BIRTHDAY WISHLIST

BIRTHDAY WISHLIST

Już niedługo moje kolejne urodziny. Nie wiem, czy jest się czym cieszyć, ponieważ coraz bardziej zbliżam się do czterdziestki. Tak czy inaczej, staram się skupiać na pozytywach, więc dzisiaj przychodzę z luźnym wpisem - zapraszam na moją urodzinową listę chciejstw - są tu przede wszystkim książki (nic mnie tak nie cieszy, jak dobra książka w prezencie!), wymarzona letnia torebka/koszyk oraz zapachy. 



Część moich marzeń z listy świątecznej została już spełniona (m.in. bielizna Etam, poradnik "Make Photography Easier" Kasi Tusk czy książka Michała Witkowskiego "Wymazane"), ale część pozostaje nadal aktualna. Po pierwsze, nadal marzą mi się świece i perfumy marki Jo Malone London. Niestety, nie wąchałam ich jeszcze, więc nie mam żadnego konkretnego i sprecyzowanego zapachu na myśli. Myślę, że spodoba mi się English Pear & Freesia lub Lime Basil & Mandarin, ale najpierw wolałabym je jednak powąchać na żywca.


Źródło: DOUGLAS

Ponadto, w tym sezonie (niech mnie drzwi ścisną, jeśli to nie jest wpływ Instagram'a!) totalnie zachorowałam na taką oto cudną koszykową torebkę z Zary:


                                                                             Źródło: ZARA

No po prostu muszę ją mieć! Jest boska - modna, uniwersalna (nadaje się zarówno do pracy, na spacer, jak i na plażę), a do tego praktyczna, bo ma  w środku lniany zamykany worek. Można ją nosić przez ramię oraz w dłoni. Mój MUST HAVE na lato. [EDIT, 5.06.2018]" JUŻ MOJA!!! :)

I na koniec to, co Elfiki-moliki kochają najbardziej, czyli moje książkowe chciejstwa: najnowsza powieść Jojo Moyes "Moje serce w dwóch światach" lub poradniki: Agnieszka Maciąg "Smak szczęścia" oraz Jagoda Kutkowska "Mieszkaj pięknie"[EDIT, 5.06.2018]" JUŻ MOJA!!! :)


 

Źródło: ZNAK


Jeśli jesteś moim krewnym i nie wiesz, 
co mi kupić, to najlepiej kup książkę. xo


SYLVECO: Lekki Krem Rokitnikowy

SYLVECO: Lekki Krem Rokitnikowy

Bardzo lubię naturalne kosmetyki polskiej marki Sylveco, więc z ogromnym zaciekawieniem testuję kolejne produkty do pielęgnacji twarzy, włosów czy też ciała. Dzisiaj chcę Was zaprosić na recenzję kremu, który towarzyszy mi każdego dnia od ponad 2 miesięcy i jest ciekawą alternatywą dla kremu tonującego i jednocześnie pielęgnującego do codziennej pielęgnacji twarzy.



Lekki Krem Rokitnikowy Sylveco znajduje się w poręcznej plastikowej tubce o pojemności 50 ml. Tubka jest biała, wyposażona w etykiety ze szczegółowymi informacjami w języku polskim (działanie, wskazania i sposób użycia), a ponadto posiada praktyczny dozownik z pompką, co jest ogromnym plusem. W środku znajdziemy krem o pomarańczowym zabarwieniu i lekkiej konsystencji, dzięki czemu produkt łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Konsystencja jest bardzo przyjemna, aczkolwiek zapach bez szału. Mi to akurat nie przeszkadza, ponieważ krem ma naturalny skład i nie jest sztucznie perfumowany (co, jak wiadomo, może uczulać). Zapach to w moim odczuciu połączenie nut rokitnika z emolientami, bez żadnych sztucznych naleciałości. Krem był dodatkowo zapakowany w papierowy kartonik, na którym znajdziemy dodatkowe informacje w rodzimym języku, takie jak  lista składników INCI, szczegółowy opis składników aktywnych oraz ich działanie.



Jeśli chodzi o skład, to znajdziemy tu bogactwo roślinnych ekstraktów (z mydlnicy lekarskiej, z kory brzozy i aloesu), naturalne olejki, takie jak olej z rokitnika, z pestek winogron, z soi, arganowy czy jojoba, jak również masło shea, wit. E czy alantoina. 

Składniki/INCI:
Aqua, Vitis Vinifera Seed Oil, Glycine Soja Oil, Sorbitan Stearate, Hippophae Rhamnoides Oil, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Fruit, Glyceryl Stearate, Argania Spinosa Kernel Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Stearic Acid, Sucrose Cocoate, Cetearyl Alcohol, Benzyl Alcohol, Betulin, Tocopheryl Acetate, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Allantoin, Xanthan Gum, Dehydroacetic Acid, Saponaria Officinalis Root Extract, Lupeol, Oleanolic Acid, Betulinic Acid.

Szczegółowe informacje o produkcie znajdziecie TUTAJ

Co do działania, kosmetyk sprawdza się całkiem dobrze jako lekki krem na dzień dla mojej tłustej cery w strefie T - ładnie poprawia koloryt i dodaje zdrowego, naturalnie wyglądającego blasku, bez zbędnego obciążania, przetłuszczania czy zapychania cery. Jest fajny na sezon wiosenno-letni, ponieważ jest bardzo lekki i dodatkowo delikatnie barwi skórę, przez co czasem zastępuje mi krem bb. Gdy nie wychodzę do pracy, jestem saute, a mimo to moja cera wygląda na naturalnie rozświetloną i wypoczętą - jest to ogromny plus tego kosmetyku. Poza tym, krem doskonale sprawdza się jako baza pod makijaż lub baza pod filtry (z powodu skłonności do melasmy, używam na niego Non Chemical Sun Block z SPF50 i dogadują się bardzo dobrze). Największy zarzut mam jednak do niewystarczającego nawilżenia poza strefą T. Moja mieszana cera ma ostatnio bardzo ciężki czas - na moich policzkach jest sucho niczym na Saharze, a ostatnie badanie skóry wykazało, że nawilżenie jest niestety niewystarczające. W związku z tym, poza strefą T, na krem rokitnikowy muszę dodatkowo aplikować krem odżywczy Vianek - on ratuje moją przesuszoną skórę w problematycznych miejscach i wówczas jest OK. Krem Sylveco polecam na wiosnę i lato zwłaszcza posiadaczkom cery tłustej oraz osobom, które w naturalny sposób pragną delikatnie poprawić koloryt oraz dodać blasku zmęczonej czy poszarzałej cerze. Ja ten kremik polubiłam, jednak muszę go stosować w tandemie z kremem odżywczym (zwłaszcza w miejscach problematycznych) oraz z kremem z wysokim SPF, gdyż ten nie zapewnia ochrony przed promieniami słonecznymi.


PLUSY:
  • zawiera tylko naturalne składniki
  • nadaje skórze zdrowy wygląd (ma pomarańczową barwę, przez co daje efekt jak po  regularnym spożywaniu soku z marchwi), dodaje blasku
  • lekka konsystencja, szybko się rozprowadza i błyskawicznie wchłania
  • bardzo fajne, poręczne opakowanie z pompką
  • jest lekki, idealny dla cery tłustej, nie zatyka porów, 
  • jest hipoalergiczny; nie podrażnia, nie uczula
  • kosztuje niewiele (bez promocji zaledwie 29,90 PLN)
  • nie testowany na zwierzętach

MINUSY:
  • poza strefą T, nie daje mi wystarczającego nawilżenia (policzki dodatkowo smaruję kremem odżywczym Vianka)
  • nie jest perfumowany, przez co nie pachnie zniewalająco (choć z drugiej strony jest to także jego atutem -> nie uczula).

Moja ocena: 8/10.



Kosmetyk do testu otrzymałam od sklepu CUDA.PL
Dziękuję!

cuda.pl


ROSE GOLD #1: Living Room

ROSE GOLD #1: Living Room

Uwielbiam odcień różowego złota. Rose gold jest dla mnie najpiękniejszym kolorem, jeśli chodzi o dodatki do domu oraz biżuterię i zegarki. Od dłuższego czasu zbieram piękne przedmioty w tym kolorze, a w dzisiejszym wpisie chcę się z Wami podzielić moimi ostatnimi zdobyczami ze sklepu TK Maxx. W TK'u moim ukochanym działem jest dział domowy - podczas niemal każdej wizyty w Galerii Jurajskiej zaglądam i węszę, co nowego piszczy w dziale Home. 


Świeca - DW Home Candles @ TK Maxx
Lampka - Smukee @ Biedronka/Taca - Jysk
Koszyczki - IKEA / Książka - Empik

Ostatnio niemal godzinę wąchałam świeczki i ostatecznie zdecydowałam się na minimalistyczny i niezwykle elegancki słoik angielskiej marki DW Home - świeca nie tylko świeżo i pięknie pachnie herbatą o smaku białego melona (White Melon Tea), ale dodatkowo wieczko oraz etykieta są właśnie w odcieniu rose gold. Moim zdaniem, połączenie bieli i różowego złota sprawdza się najlepiej - jest to 100% klasy i ponadczasowej elegancji w najlepszym wydaniu. Ponadto, w dziale wyprzedaży przytuliłam do piersi metalową ramkę na zdjęcia, którą przeceniono z 40 zł na 20. Grzechem byłoby jej nie wziąć do domu. Jestem ogromnie usatysfakcjonowana moimi małymi zakupami. 




Ramka - Philip Whitney Ltd. @ TK Maxx



Dajcie znać, czy lubicie dodatki w tym kolorze oraz gdzie 
ewentualnie można je upolować w Waszych miastach. xo


Powtórka z klasyki: "Mały książę"

Powtórka z klasyki: "Mały książę"

Są czasem takie dni, kiedy mamy wszystkiego dosyć i najchętniej znowu stalibyśmy się beztroskimi dziećmi, choćby tylko na jeden dzień. Ostatnio właśnie tak się czułam, więc aby na chwilę uciec od problemów świata dorosłych, zatopiłam się w lekturze "Małego księcia" Antoine de Saint-Exupery'ego.


"Mały książę" to klasyka literatury, książka - lektura obowiązkowa, którą powienien znać każdy. Jednak z lekkim wstydem muszę Wam się przyznać, iż jakoś nigdy nie przeczytałam tej książki do końca. Oczywiście, pamiętałam doskonale niektóre obrazki, postaci Małego Księcia, Pijaka, Lisa, Róży, jak również niektóre cytaty, ale nigdy tak naprawdę nie wiedziałam, jak historia Małego Księcia się skończyła. Ostatnio postanowiłam jednak ten feler nadrobić, więc sięgnęłam po swój stary (z 1996 roku!), wyświechtany egzemplarz wydawnictwa PAX z oryginalnymi ilustracjami autora, w przekładzie Jana Szwykowskiego.


Powiem Wam, że mimo iż jest to lektura "szybka" (można ją przeczytać w godzinę lub dwie), którą czyta się łatwo i przyjemnie (ilustracje dodatkowo potęgują pozytywne wrażenia zmysłowe), to historia Małego Księcia naprawdę daje do myślenia. Po przeczytaniu książki naszło mnie sporo refleksji odnośnie miłości, przyjaźni i ludzkich przywar. W dzisiejszym świecie zdominowanym przez social media i selfie postać Próżnego wydaje mi się wyjątkowo aktualna. Czasem mam wrażenie, że dla większości liczą się tylko lajki, followersi i poklask. Ponadto, prostota języka w połączeniu z bogatą symboliką totalnie do mnie przemawia. Krótko mówiąc, zakochałam się ponownie w świecie Małego Księcia. Myślę, że raz na jakiś czas wyprawa na jego małą planetę dobrze zrobi każdemu, zarówno dzieciom, jak i dorosłym. xo 

Moja ocena: 10/10.
AutorAntoine de Saint-Exupery
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy PAX
Oprawa: Twarda
Ilość Stron: 84
Rok wydania: 1996.

Wiosenne nowości kosmetyczne z Meet Beauty Conference

Wiosenne nowości kosmetyczne z Meet Beauty Conference

W poprzednim wpisie, tj. relacji z konferencji Meet Beauty w Warszawie obiecałam, że pokażę Wam wszystkie nowości, które otrzymałam od sponsorów do przetestowania. Oczywiście, najbardziej interesuje mnie naturalna pielęgnacja, zatem nie wszystkie produkty i nie wszystkie marki przykuły moją uwagę. Stoiska makijażowe kompletnie mnie nie interesowały, więc oprócz tego, co organizatorzy wrzucili nam do toreb, nie przywiozłam żadnej kolorówki. 


Co prawda nie brałam udziału w warsztatach marki Neess (nie jestem zwolenniczką hybryd), lecz mimo to jestem zaintrygowana ich innowacyjną bazą peel-off - być może wypróbuję sobie mani hybrydowy z użyciem tych produktów i dam Wam znać (najprędzej na moim Instagramie, gdzie pojawiam się najczęściej). Ucieszyłam się również z pędzla do różu/do konturowania, aczkolwiek zauważyłam, że jeszcze przed jego użyciem włoski zaczęły wypadać :(


Od marki Mediheal otrzymałyśmy 3 maski w płacie o całkiem niezłym składzie, więc zużyję je dosyć szybko.


Od marki Tołpa przytuliłam aż dwie torebki z kosmetykami. Jestem bardzo ciekawa peelingu 3 enzymy, a ponadto już używam produktów na trądzik (wysypało mnie ostatnio na dekolcie) oraz Micelarnego żelu do demakijażu - jest rewelacyjny! 


Natura Siberica podarowała nam po warsztatach ogromne masło modelujące do pielęgnacji ciała z linii Faroe Islands - już się nie mogę doczekać, aż zacznę go używać (na razie mam otwarty balsam innej marki). Z marką nie miałam jeszcze przyjemności obcować, ale jestem oczarowana ich składami oraz filozofią.


Na temat warsztatów O2 pisałam już w relacji. Kosmetyki są dla mnie ciekawostką, jednak ze względu na skład najprędzej sięgnę po serum, natomiast kremy chyba podaruję mamie lub mężowi do wypróbowania. Co do kolorówki So chic!, którą producent wrzucił do naszych pudełek, nie jestem zainteresowana. Poza tym, jak widać na załączonym zdjęciu, lakier do paznokci jest popsuty :/


Marka Annabelle Minerals podarowała nam  dwa mineralne cienie do powiek w delikatnych pastelowych odcieniach. Mimo iż nie lubię sypkich produktów do makijażu, być może je sobie zostawię i jednak wypróbuję.


Bardzo jestem ciekawa również kremu wzmacniającego nowej polskiej marki Bartos. W 100% naturalny skład, żadnego phenoxyethanolu i innego syfu, poza tym produkt wegański, więc wstępnie jestem bardzo na tak.


Firma Biooil podarowała nam słynny olejek w wersji mini (25 ml). Ze względu na skład nie będę go używać, ale mój mąż chętnie wypróbuje na rozstępy.


Na stoisku marki Efektima dostałam płatki pod oczy (zużyte od razu w hotelu) oraz miniaturowe peelingi i balsam wyszczuplający. Od Roge Cavailles dostałam do testów kremowy żel pod prysznic o cudownym zapachu, natomiast po badaniu skóry przedstawicielka marki Pollena Eva wręczyła mi krem do twarzy na noc oraz krem do rąk na parafinie. Składy wszystkich wyżej wymienionych kosmetyków trochę mnie rozczarowały, ale mój mąż nie wybrzydza i już pomaga mi je zużyć.




Najbardziej ciekawią mnie nowości marki Tołpa (przetestowałam już mnóstwo ich kosmetyków i większość sprawdziła się bardzo dobrze), a ponadto Natura Siberica i Bartos  Cosmetics - marki te mają fantastyczne składy oraz filozofie bliskie memu sercu, więc z przyjemnością będę je testować. Poza tym, na wykładzie o aromaterapii jako bonus dostałam naturalny olejek pomarańczowy marki Hebda, który już stał się moim ulubieńcem. 


Dajcie znać, czy znacie jakieś produkty i jak się u Was spisały. xo


PS. Dziękuję Organizatorom oraz Sponsorom IV edycji 
Konferencji Meet Beauty w Warszawie za produkty do testów.
Konferencja MEET BEAUTY IV w Warszawie, 21-22 kwietnia 2018

Konferencja MEET BEAUTY IV w Warszawie, 21-22 kwietnia 2018


Wiecie, dlaczego w zeszłym roku nie zgłosiłam się na Meet Beauty? Przez pracę. Wspaniałomyślnie (nie po raz pierwszy zresztą) zgodziłam się wziąć zastępstwo za dziewczynę w ciąży, która miała takie zaległości ze swoimi zajęciami, że nie mogło być mowy o wzięciu wolnej soboty - wszystko wzięłam na siebie i robiłam, co mogłam, by ten bajzel ogarnąć i uratować zeszłorocznych maturzystów. Wiecie, dlaczego też w zeszłym roku nie pojechałam na planowane we wrześniu wczasy? Oczywiście, przez pracę. Wzięłam ostatni intensywny kurs wakacyjny, który w dodatku zazębił się z moimi kursami śródrocznymi, i oczywiście pod koniec września z zapaleniem gardła musiałam jakoś to wszystko ciągnąć. Jednak bez odpowiedniego wypoczynku, cały rok szkolny infekcje górnych dróg oddechowych wracały niczym bumerang. Ze względu na pracę zrezygnowałam nie tylko z wakacji, ale też ze swoich pasji i zainteresowań. Blogowanie zeszło na boczny tor i skupiłam się na tym, co jak myślałam, robię najlepiej i co zapewnia mi środki do życia. Niemniej jednak, już zimą poczułam, że potrzebuję odpoczynku i że chciałabym powrócić do blogowania. Zaplanowałam zatem wyjazd na konferencję, dwa miesiące wcześniej zarezerwowałam hotel, zaś w pracy poinformowałam o moim wyjeździe. Niestety, pech chciał, że z przepracowania i osłabionej odporności, kilka dni przed konferencją złapałam infekcję. Lekarz w przychodni zdiagnozował zapalenie gardła, przepisał leki i na szybko poprawił mój stan zdrowia, więc w sobotę wyruszyłam do Warszawy. Niestety, okazało się, że już w Warszawie wysiadła mi krtań i struny głosowe - na konferencji nie odzywałam się praktycznie do nikogo, a po powrocie do domu strasznie się załamałam. Mimo wszystko, nie żałuję, że wzięłam udział w tej konferencji. Sporo się nauczyłam i sporo rzeczy sobie po niej przemyślałam. Jeśli jesteście ciekawi, jak z mojej perspektywy wyglądała 4. edycja największej konferencji dla blogerów urodowych, to zapraszam do dalszej części postu.


21.04, Sobota

Zacznijmy od tego, że po raz kolejny nawigacja wyprowadziła mnie w pole - zabłądziłam w Warszawie (jakimś cudem udało mi się nawet wjechać na teren lotniska!), więc na miejsce dotarłam dopiero przed południem. Chciałam wziąć udział w panelach dotyczących Instagrama, ale nie zdążyłam. Na pocieszenie, od razu miałyśmy wolny pokój w hotelu, więc przed kolejnymi warsztatami, udało nam się z Mariolą zameldować i rozpakować. Po dłuższej chwili, zeszłyśmy na dół na wykład o aromaterapii.

12:30-13:15 "Za kulisami aromaterapii: jak olejki eteryczne mogą pomóc skórze?" Klaudyna Hebda

W tym roku nastawiłam się głównie na wykłady i na warsztaty pielęgnacyjne. Wykład Klaudyny Hebdy był rewelacyjny - dziewczyna z ogromną pasją, wiedzą i doświadczeniem prawie dwie godziny opowiadała nam o takich zagadnieniach jak destylacja czy działanie niektórych olejków aromatycznych na skórę (i nie tylko). Na koniec  otrzymałyśmy w prezencie olejek pomarańczowy, który jest moim aktualnym ulubieńcem. 




Prosto z wykładu wskoczyłyśmy w kolejkę na badanie skóry na stoisku Pollena Eva. Jak się okazało, moja cera w wieku 36 lat nie ma aż tak dużo przebarwień i zmarszczek, jak się obawiałam. Brakuje mi przede wszystkim nawilżenia. Nieco psychicznie podbudowana, wraz z Mariolą udałam się na lunch - w tym dniu skosztowałam pysznej zupy krem z papryki oraz ryżu z kurczakiem i warzywami. 



15:45-16:30 Warsztaty O2 SKIN - działanie tlenu w kosmetykach

To było największe moje rozczarowanie tej edycji. W zasadzie, o tlenie w kosmetykach można było zrobić prezentację w 20 minut. Reszta czasu była poświęcona na krytykowanie konkurencji oraz klub wzajemnej adoracji marki O2 Skin i jej ambasadorek. Dla mnie to była strata czasu, ale ciekawa jestem, czy chociaż kosmetyki się obronią. 



Po tym niezbyt udanym wydarzeniu, poszłyśmy pooglądać stoiska marek, a potem został nam już tylko odpoczynek w pokoju hotelowym, kolacja i upragniony sen (moja koleżanka ze względu na dojazd nie spała całą noc, dacie wiarę?). 







22.04, Niedziela

10:00 Warsztaty Natura Siberica - Dzikie zbiory, czyli pochodzenie ma znaczenie

To były najlepsze warsztaty z całej konferencji. Po pierwsze, oczarowała mnie filozofia marki oraz sama prowadząca, która konkretnie i merytorycznie opowiadała o pochodzeniu kosmetyków, ręcznych zbiorach czy roślinach adaptogennych oraz poinstruowała nas, jak własnoręcznie wykonać peelingi cukrowe.




Po warsztatach była przerwa, podczas której musiałyśmy się wymeldować z hotelu i pozbierać klamoty do auta, następnie wypiłyśmy kawę i poszłyśmy na wykład mojej ukochanej marki Tołpa.

12:00-12:45 Wykład przedstawicielki marki Tołpa - 
"Spędza sen z powiek i przegania uśmiech z twarzy. Trądzik"


Przedstawicielka Tołpy, którą miałam przyjemność poznać podczas drugiej edycji MB, jak zwykle fachowo i ciekawie opowiadała o pielęgnacji cer problematycznych. Mimo iż trądzik nie jest moim problemem, wykład był dla mnie niezwykle interesujący i wzbogacający. Po wykładzie dostałyśmy dodatkowe paczuszki od firmy z kosmetykami, które mają nam pomóc zwalczyć niedoskonałości.



Po tym wykładzie została nam już tylko długa przerwa (trzeba było doładować  baterie - nasze własne oraz te w telefonie przed podróżą), lunch, odprowadzenie M. na przystanek, potem wzmacniająca kawa i, ze względu na złe samopoczucie, opuszczenie Hotelu Lord. Chciałam jeszcze zostać na panelu dyskusyjnym pt. "Metamorfoza bloga - case study", prowadzonym przez Anię Pytkowską z BLOGmedia, Sylwię Lewczuk z bloga czerwonousta.pl oraz Magdę Ostrowską z Monkey Business, ale czułam się naprawde kiepsko bez możliwości odezwania się do kogokolwiek. Na szczęście, czerwonousta udostępniła cały panel na żywo na swoim IG, więc obejrzałam całość z łóżka w poniedziałek rano. 
Hotel Lord

Zatrzymałyśmy się w Hotelu Lord, który jest bardzo elegancki, wygodny i czysty. Jedzenie w restauracji podano nam na zasadzie szwedzkiego stołu (wszystko było bardzo smaczne i świeże), obsługa bez zarzutu. Niestety, nie spodobały mi się w hotelu dwie rzeczy. Po pierwsze, klimatyzacja w sali konferencyjnej i w kilku innych miejscach (np. w holu przy recepcji) była podkręcona za mocno - ja z reguły nie znoszę klimy i zazwyczaj niemiłosiernie wtedy marznę. Po drugie, jako gość hotelu, który normalnie płacił za nocleg, musiałam dopłacić ekstra 60 zł za dwie doby parkingu samochodu - pierwszy raz spotkałam się z czymś takim, aby klient hotelu płacił za parking, no ale cóż... przynajmniej miałam wszystko na miejscu. Poza tym, w pokojach znajdowały się czajniki, kawka, herbatka, woda, natomiast łazienki były wyposażone w suszarki, co jest dużym plusem. Generalnie, hotel polecam zwłaszcza na wyjazd służbowy i/lub konferencje.




Nieprzyjemne konsekwencje mojego wyjazdu

Niestety, w tym roku choroba pokrzyżowała trochę moje plany - w sobotę wieczorem straciłam całkiem głos i w konsekwencji miałam potem nieprzyjemne klimaty w pracy (nie mówiąc o wszystkich zaplanowanych i odwołanych lekcjach i urlopie w czerwcu, o którym teraz mogę jedynie pomarzyć). Byłam tak przepracowana i zmęczona, że dostałam zapalenia krtani i strun głosowych. Niestety, pewne osoby w pracy nie potrafiły docenić tego, że od 2 lat spalałam się, prowadząc zajęcia, uczestnicząc w każdym mniej lub bardziej przydatnym szkoleniu, brałam wszystkie możliwe zastępstwa za koleżanki na urlopach macierzyńskich, a w zeszłym roku zrezygnowałam nawet z wyjazdu na wczasy. Byłam potrzebna, to pracowałam. Co kilka miesięcy powracające zapalenia gardła oraz krtani dały mi w tym roku nieźle popalić. Dwa miesiące wcześniej zarezerwowałam hotel, zaplanowałam wszystko i poinformowałam koleżanki, że 21 maja mam konferencję i zajęcia odrobię w innym terminie. Niestety, okazało się, że nie powinnam była być chora przed i po konferencji. Nie powinnam była jechać do Warszawy. Nie zasługuję na chwilę odpoczynku oraz na to, by rozwijać swoje pasje. Jestem tylko pionkiem w grze, który nie zasługuje na żaden szacunek, ma tylko zapieprzać i zostaje oceniany jak jakaś siksa, której znudziła się praca, a zachciało się jechać na szkolenie kosmetyczne i pewnie jeszcze jakieś grubsze after party. Mam dość. Pojechałam i nie żałuję. Żałuję tylko tego, że byłam praktycznie na każde zawołanie w pracy, w której i tak nie jestem doceniana. W tym roku koniec z bycia jeleniem na każde zawołanie i zastępstwo. Potrzebuję odpoczynku i w wakacje zamierzam po prostu odpoczywać. Po konferencji przemyślałam sobie wiele spraw i mam nadzieję, że znowu będę miała więcej czasu na swoje pasje i hobby, jakim jest na przykład pisanie bloga. Wybaczcie mi proszę moją wylewność i te gorzkie żale. Zbierało się to we mnie od jakiegoś czasu i w końcu wybuchło. Zrezygnowałam z siebie, zrezygnowałam ze swojej pasji, bo praca była dla mnie wszystkim. Teraz to się musi zmienić, więc mam nadzieję, że wpisy będą pojawiać się minimum dwa razy w tygodniu. Tak czy inaczej, w następnym poście pokażę Wam, co przywiozłam z konferencji i co będę w najbliższym czasie testować. Trzymajcie za mnie kciuki! Do usłyszenia niebawem... xo


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger