Sally Franson "Jak upolować pisarza?"

Sally Franson "Jak upolować pisarza?"

Są czasem takie książki, które z pozoru wydają się fajne, ale mimo wszystko jakoś ciężko przez nie przebrnąć lub po prostu jakaś postać denerwuje cię tak bardzo, że masz ochotę książkę wyrzucić przez okno (choć po przemyśleniu postanawiasz ją po prostu dać do poczytania komuś innemu, a nóż widelec polubi). Dzisiaj opowiem Wam właśnie o takiej książce, która generalnie była całkiem fajna, ale główna bohaterka doprowadzała mnie do białej gorączki, i z tego też powodu raczej już do niej wracać nie zamierzam.


"Jak upolować pisarza?" to debiutancka powieść amerykańskiej pisarki Sally Franson, w Polsce wydana nakładem Wydawnictwa Znak 18 lipca 2018 roku (czyli ponad tydzień temu). Powieść w Stanach została bardzo pozytywnie przyjęta, zarówno przez krytykę, jak i influencerów, natomiast w Polsce polecała ją między innymi moja ulubiona bookstagramerka Lady Margot, w związku z czym ogromnie zależało mi, aby ją przeczytać. 


Główna bohaterka, Casey Pendergast, młoda, atrakcyjna i ambitna pracownica agencji reklamowej People's Republic Advertising, dostaje od przełożonej awans oraz związany z nim nowy projekt, któremu ma nadzorować. Nowe zadanie prowadzi do zaangażowania słynnych współczesnych pisarzy do kampanii reklamowych różnych brandów i prowadzi główną bohaterkę do poznania faceta. Jak rozwinie się współpraca z pisarzami oraz znajomość z jednym z nich, tego już dowiecie się z książki. Jako że w swoich recenzjach nie chcę spojlerować, napiszę Wam o swoich odczuciach związanych z powieścią Franson. 

Zacznijmy od tego, że pierwsze dwa rozdziały jakoś nie bardzo mnie porwały. Mimo iż od samego początku książka przypominała mi klimat serialu "Seks w wielkim mieście" oraz filmu "Diabeł ubiera się u Prady" (tj. filmy/seriale, które bardzo lubię), to jakoś nie bardzo potrafiłam się wczuć w fabułę i zainteresować losami Casey. Wciągnęłam się dopiero w rozdziale trzecim (zaintrygował mnie tytułowy "Błękitny ocean") i to właśnie około strony 70 cała historia mnie porwała. Potem, niestety, zachowanie Casey zaczęło mnie do tego stopnia wkurzać, że miałam ochotę się poddać. Jednak jestem osobą, która jak już się czegoś podejmuje, to lubi to skończyć, więc postanowiłam dać Casey szansę. Po zwrocie akcji w rozdziale XI ("Co dzieje się w Vegas...") książka znacznie bardziej mi się podobała, więc w ogólnym rozrachunku jest OK. 


Co mi się podobało?
  • Zgodnie z blurb'em, miał to być romans, jednak na szczęście nie jest to powieść tylko o miłości. Książka porusza przede wszystkim takie zagadnienia jak: praca w reklamie i public relations, media społecznościowe, problem hejtu, sięganie dna, przyjaźń oraz wzajemne oddalanie się od siebie oraz budowanie swego życia i poczucia wartości na nowo.
  • Bardzo podobało mi się również to, że powieść w głównej mierze traktuje o pisarzach (m.in. przyjaciółka i facet głównej bohaterki są pisarzami) i o książkach. Co więcej, stawia literaturę i pisarzy w nowej roli, łącząc ich ze światem social media i branżą reklamową.
  • Koncepcja błękitnego oceanu - dla mnie totalna nowość, a ja lubię się stale rozwijać oraz uczyć nowych rzeczy z książek.
Co mi się nie podobało?
  • Główna bohaterka na początku bardzo, ale to bardzo mnie irytowała (pod koniec nieco mniej), jednak mimo wszystko dla mnie była zbyt naiwna i momentami po prostu głupia. Poza tym, zbyt namolnie stara się przypodobać swojej szefowej - nie cierpię natrętów oraz ludzi, którzy bez mydła lubią wchodzić innym w ich cztery litery.
  • Zdecydowanie zbyt przewidywalna fabuła oraz nieco banalne zakończenie. 
  • Sprowadzanie w niektórych momentach pisarzy do jednego wora, pełnego dziwaków łamane przez odludków.
Podsumowując, jest to całkiem fajna obyczajowa powieść; bardzo trendy, nowoczesna i taka typowo "amerykańska"; jeśli znacie film pt. "Diabeł ubiera się u Prady" czy seriale takie jak "Seks w wielkim mieście" lub "Dziewczyny nad wyraz" (z ang. "The Bold Type"), książka powinna przypaść Wam do gustu. Klimat i tematyka są bardzo podobne, aczkolwiek akcja książki rozgrywa się przede wszystkim w Minneapolis, a nie w Nowym Jorku (NY jest tylko miejscem podróży służbowych głównej bohaterki). Jeśli z kolei lubicie czytać książki nieco bardziej ambitne, takie jak thrillery psychologiczne i/lub medyczne i przy okazji rozwiązywać zawiłe zagadki kryminalne, to książkę zdecydowanie Wam odradzam. Po pierwsze, naiwność i niedojrzałe zachowanie Casey może Was zdenerwować, a po drugie, dość banalne i przewidywalne zakończenie rozczaruje Was na 100% lub nawet więcej. W moim odczuciu, jest to czytadło dla mniej wymagających czytelników lub taki lekki, łatwy i przyjemny odmóżdżacz, idealny na letnie popołudnie na hamaku lub przy basenie hotelowym. 


Autor: Sally Franson
Tytuł: Jak upolować pisarza?
Tytuł oryginału: Lady's Guide to Selling Out
Wydawnictwo: Znak 
Oprawa: Miękka broszurowa ze skrzydełkami
Ilość Stron: 384
Premiera: 18.07.2018
Moja ocena: 6/10.


Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Znak ☺


Mała metamorfoza mojej kuchni

Mała metamorfoza mojej kuchni

Jakieś cztery lata temu, na samym początku istnienia tego bloga, pokazywałam Wam stopniowo mój dom po remoncie. Jeśli pamiętacie moją kuchnię ze słynną ceglaną ścianą, mam dla Was małą zmianę - cegła została pobielona. Po pierwsze, moja kuchnia łączy się z salonem i ma przypominać loft, jednak niedostateczny dostęp światła dziennego sprawiał, że wnętrze było za ciemne. Poza tym, płytki w kuchni oraz ściana nad nimi są czarne, więc potrzebowałam trochę rozjaśnienia. Decyzja o pomalowaniu cegły na biało zapadła już jakiś czas temu, ale jakoś nie było kiedy się za to zabrać. Dzisiaj nareszcie mogę się cieszyć moją odświeżoną kuchnią, a efektami chcę się z Wami podzielić właśnie w tym wpisie. Uważam, że jest dużo jaśniej i bardziej przestronnie, nie wspominając o tym, że dodatki w moim ulubionym kolorze rose gold na tle bieli prezentują się o niebo lepiej.





Dajcie znać, co myślicie: czy cegła podoba Wam się bardziej 
w odcieniu cegły, czy jednak biała? xo


Aleksandra Chrobak "Beduinki na Instagramie"

Aleksandra Chrobak "Beduinki na Instagramie"

"Beduinki na Instagramie" Aleksandry Chrobak to książka, którą bardzo chciałam przeczytać już od premiery w 2016 roku. Jakiś rok temu zamówiłam ją sobie na Znaku, ale i tak jakoś nie miałam kiedy się za nią zabrać, więc przeleżała dzielnie na stosie "do przeczytania". Aż w końcu zobaczyłam ją niecały miesiąc temu w mojej bibliotece (mrugała do mnie z regału), więc wypożyczyłam ją i postanowiłam w ciągu miesiąca przeczytać, zgodnie z regulaminem biblioteki. Wreszcie "Beduinki" przeczytałam i muszę przyznać, że jestem zachwycona. Zachwycona i zła. Zachwycona treścią, humorem i językiem autorki, a zła na siebie, że tak długo zwlekałam z lekturą. 


"Beduinki na Instagramie" to książka-reportaż, podzielona na trzynaście tematycznych rozdziałów (dla mnie najciekawszy był rozdział I pt. "Tinder po Emiracku", V "Nikaby kontra szpilki", VI "Matki, żony i kochanki", VI "Beduinki na Instagramie" oraz IX "Seks, alkohol i wieprzowina"). Z książki Chrobak dowiemy się mnóstwa interesujących rzeczy o ZEA. Po pierwsze, Zjednoczone Emiraty Arabskie to nie tylko kraj pełen luksusu, manii wielkości i ekstrawagancji, lecz także kraina seksualnego tabu, hipokryzji oraz... beztroskiej zabawy na L4 (tak właśnie - w ZEA pracownicy korporacji po prostu najczęściej odpoczywają na ogólnie dostępnym zwolnieniu lekarskim; bo przecież po co się przemęczać - lekarz i tak wypisze stosowny druczek, a hajsu i tak jest pod dostatkiem). Z jednej strony, jest tu sporo niesprawiedliwości i dyskryminacji (przekichane mają zwłaszcza robotnicy budowlani, nie-dziewice i rozwódki), ale z drugiej strony, za czarnymi szybami maybachów czy parawanami w hotelach odbywa się jedna wielka zakrapiana rumem impreza. Książka może się okazać nieco szokująca, nawet dla osób, które w Emiratach były. Moja mama, choć była na wczasach w Dubaju i zwiedziła Abu Dhabi, stwierdziła, że dopiero Beduinki" Chrobak otworzyły jej oczy na prawdziwe życie w ZEA. 


Co mi się szczególnie podobało w książce Chrobak? Przede wszystkim swobodny styl i przystępny język - jest tu sporo kolokwializmów i mowy potocznej, ale nie brakuje też nieco bardziej wyrafinowanych sformułowań (określenie "hymenoplastyka all inclusive" chyba najbardziej zapadło mi w pamięć!). Ponadto, dużym plusem jest duża czcionka i przejrzysty układ (wspomniany podział na rozdziały), przez co książkę czyta się bardzo szybko i lekko. Treść jest niezwykle interesująca i wciąga niczym najlepszy kryminał; podczas lektury wcale nie czułam, iż mam do czynienia z literaturą faktu. Dodatkowymi bonusami jest wkładka z kolorowymi zdjęciami autorki oraz słowniczek podstawowych terminów na końcu. Jeśli lubicie reportaże i/lub podróże, będzie to dla Was pozycja obowiązkowa. Zdecydowanie polecam! xo


Moja ocena: 8/10.
AutorAleksandra Chrobak
Tytuł: "Beduinki na Instagramie. 
Moje życie w Emiratach"
Wydawnictwo: Znak literanova
Oprawa: Miękka
Stron: 287
Data wydania: 25.07.2016 r.

Wakacje z książką - Michał Witkowski "Wymazane"

Wakacje z książką - Michał Witkowski "Wymazane"

Michał Witkowski jest jednym z moich ulubionych polskich prozaików (obok Tokarczuk, Szczygielskiego, Wiśniewskiego czy Gretkowskiej) i uważam, że każdy powinien dać mu szansę, bez względu na to, jak bardzo Was wqrwia w roli blogerki modowej. Jest to autor niezwykle utalentowany, a jego książki barwne, zabawne, często gęsto skandaliczne. Niemniej jednak, zawsze ciekawe. Ostatnia powieść Witkowskiego, "Wymazane", jest w moim odczuciu najlepszą jego książką i w dzisiejszym wpisie dam Wam aż dziesięć powodów, dla których MUSICIE po nią sięgnąć. 



#1 
Książka jest tak cholernie zabawna, że będziecie śmiać się w głos (no, chyba że czytając jedziecie tramwajem lub pociągiem, to wtedy raczej będziecie musieli się pohamować).

#2 
"Wymazane" to miejsce niesamowite, z całą plejadą fascynujących postaci - od głównego bohatera, Damiana Pięknego, młodego chłopaka jak z żurnala, który ma lekkie zboczenie względem... starych, cycatych i pomarszczonych bab, poprzez Alexis - lampucerę i lokalną biznesłumen, aż po Witalija, Jagodę czy Mańkę Badziewie.

#3 
Witkowski ma ogromny dystans do siebie i potrafi sam się z siebie śmiać. W powieści udowadnia to niejednokrotnie.

#4 

Język Witkowskiego jest niezwykle kolorowy, pełen humoru i jednocześnie bardzo prawdziwy; złożony z języka potocznego, makaronizmów, spolszczeń, jak również z bardziej wyszukanych określeń. Czyta się to bardzo dobrze, w zasadzie nawet nie czuje się, że się czyta.

#5 

Książka jest gruba (prawie pińcet stron!), ale za to bardzo wciąga i szybko się czyta. 



#6 

Ma fajną okładkę (patrz zdjęcie powyżej); twarda oprawa plus grzybki trujaki równa się połączenie godne stylizacji Miss Gizzy.

#7 

Wewnątrz okładki, znajdziecie niezwykle przydatne mapki Wymazanego i okolic. Cieszy oko i ułatwia rozeznanie ;-)

#8 

"Wymazane" jest jeszcze bardziej pokręcone niż "Fynf und cfancyś" i "Margot" razem wzięte i sto razy lepsze niż "Lubiewo".

#9 
Powieść jest tak dobra, że została doceniona nawet przez krytyków oraz nominowana do Nagrody Literackiej Nike 2018. 

#10 
A jeśli powyższe dziewięć punktów Was nie przekonuje, posłuchajcie fragmentów czytanych przez samego autora na jutjubie, o tutaj:




Moja ocena: 8/10.
AutorMichał Witkowski aka Michaśka
Tytuł: Wymazane
Wydawnictwo: Znak literanova
Oprawa: Twarda
Stron: 498
Data wydania: 25.09.2017 r.

PS. Niniejsza recenzja została napisana w ramach akcji  Klubu Książki "PRZECZYTAJ I PODAJ DALEJ" promującej czytelnictwo pod nazwą Wakacje z książką. #WAKACJEzKSIĄŻKĄ to inicjatywa blogerek oraz pozostałych członkiń klubu, która ma pomóc w doborze odpowiedniej lektury na lato. PRZEZ MIESIĄC (a może i dłużej, kto wie) CODZIENNIE (z wyłączeniem weekendów) NA NASZYCH BLOGACH POJAWIAĆ SIĘ BĘDZIE RECENZJA KSIĄŻKI, KTÓRĄ POLECAMY NA WAKACJE. Znajdziesz je pod hasłem #wakacjezksiążką wpisane w media społecznościowe. 


Tom Hanks "Kolekcja nietypowych zdarzeń"

Tom Hanks "Kolekcja nietypowych zdarzeń"


Toma Hanksa chyba nikomu przedstawiać nie trzeba - wszyscy znamy i lubimy tego amerykańskiego aktora i pamiętamy go za wspaniałe role filmowe (m.in. Forresta Gump'a, Paula Edgecombe'a z "Zielonej Mili", Viktora Navorski'ego z "Terminalu" czy nieco upierdliwego Joe Fox'a z komedii romantycznej "Masz wiadomość"). Jednak nie każdy wie, że Tom Hanks jest nie tylko aktorem, ale również reżyserem i producentem filmowym. Co więcej, niedawno okazało się, że ma kolejny talent - potrafi pisać całkiem dobre opowiadania. Jesienią 2017 roku w Polsce, nakładem Wydawnictwa Wielka Litera, ukazał się tom opowiadań zatytułowany "Kolekcja nietypowych zdarzeń". Jeśli jesteście ciekawi, co o nim sądzę, zapraszam do dalszej lektury.



Zacznijmy od tego, że przed przystąpieniem do lektury "Kolekcji" naczytałam się i nasłuchałam wielu skrajnych opinii. Instagram i blogi chwaliły dzieło Hanksa, natomiast moi bliscy byli bardzo rozczarowani książką. Ja sama byłam ogromnie ciekawa i jednocześnie nieco sceptyczna (zwłaszcza po przeczytaniu zbioru opowiadań i felietonów Woody'ego Allen'a). W tym tygodniu postanowiłam się wreszcie zmierzyć z dziełem Toma Hanksa i muszę przyznać, że zaskoczyło mnie pozytywnie już od pierwszych stron. Po pierwszym opowiadaniu ("Trzy tygodnie męki") odetchnęłam z ulgą, myśląc sobie, że nie jest źle, a w zasadzie to jest całkiem nieźle. Potem było jeszcze lepiej. Bardzo podobał mi się tekst pod tytułem "Miesiąc na ulicy Greene" o rozwódce, która wraz z trójką swoich dzieci przeprowadza się do większego domu i próbuje ułożyć swoje życie na nowo. "Nota o aktorach" to kolejna historia, która przypadła mi do gustu, ponieważ opowiada o młodej dziewczynie, która szuka szczęścia w Nowym Jorku (Boże, jak ja uwielbiam czytać o NYC!). Z kolei inne opowiadanie, zatytułowane "Wigilia 1953" zaczyna się bardzo ciepło i przyjemnie niczym kolejna świąteczna opowieść, jednak wspomnienia wojenne głównego bohatera sprawiają, że nie jest to tak do końca tekst lekki, łatwy i przyjemny. Jeśli miałabym jednak wskazać swoje ulubione opowiadanie z "Kolekcji", to zdecydowanie wybrałabym historię małego Kenny'ego z "Niezwykłego Weekendu". 


Oczywiście, niektóre opowiadania niekoniecznie skradły moje serce i muszę przyznać, że po prostu je zmęczyłam. Mam tu na myśli m.in. "Alan Bean i czwórka", "Przeszłość jest dla nas ważna" czy "Zatrzymajcie się u nas". Niemniej jednak, mamy do wyboru aż 17 krótkich form z motywem przewodnim maszyny do pisania, więc jest w czym wybierać. Opowiadania można sobie dawkować zgodnie z naszymi zainteresowaniami oraz czasem wolnym, jakim dysponujemy. Książkę można zabrać w podróż lub czytać powoli, partiami w wolne wieczory lub w leniwe niedzielne poranki. Myślę, że warto sięgnąć po "Kolekcję nietypowych zdarzeń" Hanksa, by choć na chwilę przenieść się do Ameryki z lat 50., 60. czy 70., poczuć niezwykłe perypetie bardzo zwykłych bohaterów i przez moment usłyszeć nostalgiczne stukanie palcami po maszynie do pisania. Tom Hanks "wystukał" swe opowiadania naprawdę zacnie. Ciekawa jestem, jak  brzmią w oryginale... xo

Autor: Tom Hanks
Tytuł: Kolekcja nietypowych zdarzeń
Tytuł oryginału: Uncommon Type: Some Stories
Wydawnictwo: Wielka Litera
Oprawa: Miękka broszurowa ze skrzydełkami
Ilość Stron: 400
Premiera: 25.10.2017
Moja ocena: 6/10.

Kosmetyk bez wad, czyli ORIENTANA Bio Maska-Esencja Papaja & Kurkuma

Kosmetyk bez wad, czyli ORIENTANA Bio Maska-Esencja Papaja & Kurkuma

Bardzo lubię odkrywać naturalne kosmetyki polskich marek i uważam, że często można trafić na produkty prawdziwie genialne, które w niczym nie odbiegają od drogich zagranicznych produktów (zwłaszcza azjatyckich), a często są od nich lepsze pod względem składu. Dzisiaj na tapecie mam właśnie rewelacyjny polski naturalny kosmetyk, który od ponad 3 miesięcy jest stałym elementem mojej codziennej wieczornej rutyny pielęgnacyjnej. Jeśli jesteście ciekawi, co to za cudo i dlaczego tak je pokochałam, zapraszam na recenzję.



Bio Maska-Esencja Papaja & Kurkuma marki ORIENTANA znajduje się w poręcznej plastikowej tubce o pojemności 50 ml. Tubka jest biała, ale posiada nalepki-etykiety z informacjami w języku polskim odnośnie sposobu użycia i składu, a ponadto ma praktyczny dozownik z pompką, co jest dla mnie ogromnym plusem. Produkt był dodatkowo zapakowany w papierowy kartonik, na którym znajdziemy informacje zarówno w języku polskim, jak i angielskim (na kartoniku mamy sposób użycia, listę składników (Ingredients), szczegółowy opis składników aktywnych oraz obiecywane działanie kosmetyku).

W środku tej uroczej, plastikowej tubki znajdziemy transparentny żel o lekko pomarańczowym zabarwieniu i niesłychanie lekkiej konsystencji, dzięki czemu produkt szybko się wchłania (wg zaleceń producenta, maskę-esencję należy wklepać w skórę po wieczornym demakijażu i pozostawić na noc). Konsystencja żelu jest bardzo przyjemna, zapach również bardzo przypadł mi do gustu - jest świeży, owocowy i trochę słodki, czyli taki jak lubię. 



Jeśli chodzi o składniki aktywne, to znajdziemy tu m.in.: konjac mannan, trechalozę, owies i alantoinę, które odpowiadają głównie za nawilżenie, ale również papaję i kurkumę, które wyrównują koloryt skóry i niwelują przebarwienia.

Składniki/INCI:
Aqua, Glycerin, Amorphophallus Konjac Root Extract, Trehalose, Carica Papaya Fruit Extract, Avena Sativa Kernel Extract, Allantoin, Curcuma Longa Root Extract, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Sodium Phytate, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Citric Acid, Benzyl salicylate, Linalool, Hexyl cinnamal.

Szczegółowe informacje o produkcie znajdziecie TUTAJ

Co do działania, kosmetyk sprawdza się fantastycznie jako lekka maska-esencja na noc - ładnie wyrównuje koloryt, "na bieżąco" zmniejsza przebarwienia i dodaje zdrowego, naturalnie wyglądającego blasku bez zbędnego obciążania, przetłuszczania czy zapychania cery. Na początku, po kilku pierwszych aplikacjach maski miałam wrażenie, że moja cera po nocy delikatnie się łuszczyła. Moja skóra była na początku w nieco gorszej kondycji, dlatego musiałam się wspomagać odżywczym kremem Vianka poza strefą T. Po krótkim czasie, skóra na policzkach już nie była przesuszona, więc zrezygnowałam z aplikacji kremu i w związku z tym maskę-esencję stosowałam solo po demakijażu i toniku.

Jest to fantastyczny, naturalny kosmetyk o bardzo dobrym działaniu. Moja mieszana, skłonna do przebarwień cera rano wygląda niezwykle świeżo (jest nie tylko nawilżona, ale też rozświetlona i wypoczęta), natomiast wszelkie plamy po słońcu są na bieżąco rozjaśniane. Oczywiście, w ciągu dnia nigdy nie zapominam o kremie z SPF50, jednak na noc ta maska jest idealnym uzupełnieniem mojej codziennej pielęgnacji oraz moją tajną bronią w codziennej walce z hiperpigmentacją.


PLUSY:
  • zawiera naturalne składniki (98,7 %) 
  • nadaje skórze zdrowy wygląd, zmniejsza przebarwienia, dodaje blasku
  • maska wygładza skórę (w delikatny sposób złuszcza martwy naskórek)
  • ma lekką, żelową konsystencję; szybko się wchłania
  • bardzo fajne, poręczne opakowanie z pompką
  • jest idealna dla cery tłustej, nie zatyka porów, 
  • jest hipoalergiczna; nie podrażnia, nie uczula
  • przystępna cena przy takim bogactwie składników aktywnych (54,90 PLN)
  • produkt nie testowany na zwierzętach
  • kosmetyk wydajny (wystarczy na ok. 3-4 miesiące codziennego stosowania).

MINUSY: brak.

Moja ocena: 10/10.


Polecam ten kosmetyk przede wszystkim osobom z przebarwieniami, które w naturalny (ale i widoczny!) sposób pragną poprawić koloryt oraz dodać blasku cerze. Ja tę bio maskę-esencję tak ogromnie polubiłam, że na pewno zamówię sobie kolejne opakowanie. Dla mnie jest to kosmetyk idealny. xo


Kosmetyk do testu otrzymałam od sklepu CUDA.PL
Dziękuję!

cuda.pl


K.A. Tucker "Chroń ją"

K.A. Tucker "Chroń ją"

Właśnie przeczytałam najnowszą powieść K.A. Tucker pt. "Chroń ją". Jest to co prawda moje pierwsze spotkanie z tą autorką, lecz z pewnością nie ostatnie. Jeśli jesteście ciekawi, dlaczego tak spodobała mi się ta książka, zapraszam na recenzję.


K. A. Tucker to kanadyjska powieściopisarka, która zasłynęła w Polsce bestsellerową serią "Dziesięć płytkich oddechów" i jest lubiana zwłaszcza wśród miłośników gatunku Young Adult. Ja niestety dotąd nie spotkałam się z  jej twórczością, ale byłam ogromnie ciekawa jej pióra. Jej najnowsza powieść - tak zwany romans z dreszczykiem pod tytułem "Chroń ją" (w oryginale "Keep her safe") przyszła do mnie jakoś na początku maja i towarzyszyła mi przede wszystkim w weekendy lub luźniejsze popołudnia po pracy.


Głównymi bohaterami i jednocześnie narratorami są przede wszystkim Noah i Grace. Noah Marshall to przystojny, niebieskooki blondyn z doskonałymi teksańskimi manierami, który pewnego dnia znajduje w kuchni martwą matkę. Grace to z kolei jego dawna znajoma z dzieciństwa, której niestety w życiu się nie poszczęściło i swoje życie spędziła głównie wśród narkomanów i biedaków w dzielnicy przyczep kempingowych. Niesamowicie atrakcyjna i harda mulatka, którą przeznaczenie po latach prowadzi do Austin oraz do domu Marshall'ów. Mimo dzielących ich różnic, Noah i Gracie tworzą naprawdę gorący duet i nieźle sobie radzą, wspólnie docierając do prawdy. Przyznam Wam się w tajemnicy, że w pewnym momencie obawiałam się nieco, że książka będzie słabym romansidłem w stylu Gray'a, ale na szczęście "Chroń ją" to zupełnie inna historia. Po pierwsze - bohaterka K.A. Tucker jest naprawdę inteligentna i ma twardy charakter, a po drugie - w powieści nie znajdziemy pikantnych scen łóżkowych i rozmyślań głownej bohaterki w stylu "w myślach przyklaskuję swojej wewnętrznej bogini". Fabuła skupia się przede wszystkim na wyjaśnieniu tajemnicy morderstwa oraz odnalezieniu wewnętrznego spokoju po wstrząsających i traumatycznych przeżyciach obu głównych bohaterów.

Moim zdaniem, "Chroń ją" to bardzo udana powieść z pogranicza dwóch gatunków - jest w niej wszystko, co lubię zarówno w kryminałach, jak i powieściach obyczajowych: samobójstwo, tajemnice z przeszłości, ciekawe postaci, problemy społeczne, takie jak walka z biedą, prostytucją i nałogami, praca w policji, korupcja, wielki skandal i wreszcie romans. Ponadto, książkę czyta się lekko, gdyż jest napisana przystępnym językiem, fabuła wciąga, natomiast słodko-gorzkie zakończenie bardzo pozytywnie zaskakuje (mimo, iż z drugiej strony postępowanie jednej z postaci może również mocno zniesmaczyć). Niemniej, gorąco polecam Wam tę powieść jako idealną książkę na lato - jest ciekawa, ma fajne postaci i szybko się czyta, ale na szczęście nie ma w niej banału i nie pozostawia niedosytu związanego z rozwiązaniem intrygi. Polecam gorąco!

Moja ocena: 8/10.
Autor: K. A. Tucker
Wydawnictwo: FILIA
Oprawa: Miękka
Ilość Stron: 536
Premiera: 23.05.2018.


 Dajcie znać, jakie książki tej autorki warto jeszcze przeczytać!, xo


Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu FILIA.


BIRTHDAY WISHLIST

BIRTHDAY WISHLIST

Już niedługo moje kolejne urodziny. Nie wiem, czy jest się czym cieszyć, ponieważ coraz bardziej zbliżam się do czterdziestki. Tak czy inaczej, staram się skupiać na pozytywach, więc dzisiaj przychodzę z luźnym wpisem - zapraszam na moją urodzinową listę chciejstw - są tu przede wszystkim książki (nic mnie tak nie cieszy, jak dobra książka w prezencie!), wymarzona letnia torebka/koszyk oraz zapachy. 



Część moich marzeń z listy świątecznej została już spełniona (m.in. bielizna Etam, poradnik "Make Photography Easier" Kasi Tusk czy książka Michała Witkowskiego "Wymazane"), ale część pozostaje nadal aktualna. Po pierwsze, nadal marzą mi się świece i perfumy marki Jo Malone London. Niestety, nie wąchałam ich jeszcze, więc nie mam żadnego konkretnego i sprecyzowanego zapachu na myśli. Myślę, że spodoba mi się English Pear & Freesia lub Lime Basil & Mandarin, ale najpierw wolałabym je jednak powąchać na żywca.


Źródło: DOUGLAS

Ponadto, w tym sezonie (niech mnie drzwi ścisną, jeśli to nie jest wpływ Instagram'a!) totalnie zachorowałam na taką oto cudną koszykową torebkę z Zary:


                                                                             Źródło: ZARA

No po prostu muszę ją mieć! Jest boska - modna, uniwersalna (nadaje się zarówno do pracy, na spacer, jak i na plażę), a do tego praktyczna, bo ma  w środku lniany zamykany worek. Można ją nosić przez ramię oraz w dłoni. Mój MUST HAVE na lato. [EDIT, 5.06.2018]" JUŻ MOJA!!! :)

I na koniec to, co Elfiki-moliki kochają najbardziej, czyli moje książkowe chciejstwa: najnowsza powieść Jojo Moyes "Moje serce w dwóch światach" lub poradniki: Agnieszka Maciąg "Smak szczęścia" oraz Jagoda Kutkowska "Mieszkaj pięknie"[EDIT, 5.06.2018]" JUŻ MOJA!!! :)


 

Źródło: ZNAK


Jeśli jesteś moim krewnym i nie wiesz, 
co mi kupić, to najlepiej kup książkę. xo


SYLVECO: Lekki Krem Rokitnikowy

SYLVECO: Lekki Krem Rokitnikowy

Bardzo lubię naturalne kosmetyki polskiej marki Sylveco, więc z ogromnym zaciekawieniem testuję kolejne produkty do pielęgnacji twarzy, włosów czy też ciała. Dzisiaj chcę Was zaprosić na recenzję kremu, który towarzyszy mi każdego dnia od ponad 2 miesięcy i jest ciekawą alternatywą dla kremu tonującego i jednocześnie pielęgnującego do codziennej pielęgnacji twarzy.



Lekki Krem Rokitnikowy Sylveco znajduje się w poręcznej plastikowej tubce o pojemności 50 ml. Tubka jest biała, wyposażona w etykiety ze szczegółowymi informacjami w języku polskim (działanie, wskazania i sposób użycia), a ponadto posiada praktyczny dozownik z pompką, co jest ogromnym plusem. W środku znajdziemy krem o pomarańczowym zabarwieniu i lekkiej konsystencji, dzięki czemu produkt łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Konsystencja jest bardzo przyjemna, aczkolwiek zapach bez szału. Mi to akurat nie przeszkadza, ponieważ krem ma naturalny skład i nie jest sztucznie perfumowany (co, jak wiadomo, może uczulać). Zapach to w moim odczuciu połączenie nut rokitnika z emolientami, bez żadnych sztucznych naleciałości. Krem był dodatkowo zapakowany w papierowy kartonik, na którym znajdziemy dodatkowe informacje w rodzimym języku, takie jak  lista składników INCI, szczegółowy opis składników aktywnych oraz ich działanie.



Jeśli chodzi o skład, to znajdziemy tu bogactwo roślinnych ekstraktów (z mydlnicy lekarskiej, z kory brzozy i aloesu), naturalne olejki, takie jak olej z rokitnika, z pestek winogron, z soi, arganowy czy jojoba, jak również masło shea, wit. E czy alantoina. 

Składniki/INCI:
Aqua, Vitis Vinifera Seed Oil, Glycine Soja Oil, Sorbitan Stearate, Hippophae Rhamnoides Oil, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Fruit, Glyceryl Stearate, Argania Spinosa Kernel Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Stearic Acid, Sucrose Cocoate, Cetearyl Alcohol, Benzyl Alcohol, Betulin, Tocopheryl Acetate, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Allantoin, Xanthan Gum, Dehydroacetic Acid, Saponaria Officinalis Root Extract, Lupeol, Oleanolic Acid, Betulinic Acid.

Szczegółowe informacje o produkcie znajdziecie TUTAJ

Co do działania, kosmetyk sprawdza się całkiem dobrze jako lekki krem na dzień dla mojej tłustej cery w strefie T - ładnie poprawia koloryt i dodaje zdrowego, naturalnie wyglądającego blasku, bez zbędnego obciążania, przetłuszczania czy zapychania cery. Jest fajny na sezon wiosenno-letni, ponieważ jest bardzo lekki i dodatkowo delikatnie barwi skórę, przez co czasem zastępuje mi krem bb. Gdy nie wychodzę do pracy, jestem saute, a mimo to moja cera wygląda na naturalnie rozświetloną i wypoczętą - jest to ogromny plus tego kosmetyku. Poza tym, krem doskonale sprawdza się jako baza pod makijaż lub baza pod filtry (z powodu skłonności do melasmy, używam na niego Non Chemical Sun Block z SPF50 i dogadują się bardzo dobrze). Największy zarzut mam jednak do niewystarczającego nawilżenia poza strefą T. Moja mieszana cera ma ostatnio bardzo ciężki czas - na moich policzkach jest sucho niczym na Saharze, a ostatnie badanie skóry wykazało, że nawilżenie jest niestety niewystarczające. W związku z tym, poza strefą T, na krem rokitnikowy muszę dodatkowo aplikować krem odżywczy Vianek - on ratuje moją przesuszoną skórę w problematycznych miejscach i wówczas jest OK. Krem Sylveco polecam na wiosnę i lato zwłaszcza posiadaczkom cery tłustej oraz osobom, które w naturalny sposób pragną delikatnie poprawić koloryt oraz dodać blasku zmęczonej czy poszarzałej cerze. Ja ten kremik polubiłam, jednak muszę go stosować w tandemie z kremem odżywczym (zwłaszcza w miejscach problematycznych) oraz z kremem z wysokim SPF, gdyż ten nie zapewnia ochrony przed promieniami słonecznymi.


PLUSY:
  • zawiera tylko naturalne składniki
  • nadaje skórze zdrowy wygląd (ma pomarańczową barwę, przez co daje efekt jak po  regularnym spożywaniu soku z marchwi), dodaje blasku
  • lekka konsystencja, szybko się rozprowadza i błyskawicznie wchłania
  • bardzo fajne, poręczne opakowanie z pompką
  • jest lekki, idealny dla cery tłustej, nie zatyka porów, 
  • jest hipoalergiczny; nie podrażnia, nie uczula
  • kosztuje niewiele (bez promocji zaledwie 29,90 PLN)
  • nie testowany na zwierzętach

MINUSY:
  • poza strefą T, nie daje mi wystarczającego nawilżenia (policzki dodatkowo smaruję kremem odżywczym Vianka)
  • nie jest perfumowany, przez co nie pachnie zniewalająco (choć z drugiej strony jest to także jego atutem -> nie uczula).

Moja ocena: 8/10.



Kosmetyk do testu otrzymałam od sklepu CUDA.PL
Dziękuję!

cuda.pl


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger