Lakier Monohybrydowy Peggy Sage 1 LAK Pomme d'amour

Lakier Monohybrydowy Peggy Sage 1 LAK Pomme d'amour

Będę z Wami szczera - nie lubię zabawy z manicure hybrydowym. Tyle buteleczek i produktów do wykonania manicure oraz czas, jaki zajmuje mi nałożenie i utwardzenie każdej warstwy, a potem bardzo nieprzyjemne usuwanie tego wszystkiego acetonem skutecznie zniechęciło mnie do hybryd. W moim przypadku, już po około tygodniu pojawia się brzydki milimetrowy odrost, więc gra nie jest po prostu warta świeczki. Od jakiegoś czasu z uporem maniaka odrzucałam prawie wszystkie propozycje współprac od firm produkujących lakiery hybrydowe. Na szczęście, jakiś czas temu pojawiła się alternatywa dla tradycyjnych hybryd, czyli lakier monohybrydowy, który z ogromnym zaciekawieniem i przyjemnością testowałam przez ostatni miesiąc. Jesteście ciekawi, co to takiego ta monohybryda i czy w ogóle warto się nią zainteresować? Zapraszam na recenzję.


Peggy Sage 1LAK to lakier do paznokci typu 3w1 - mamy tu bazę, lakier i top w jednym produkcie. Cena takiego lakieru na początku może się wydawać nieco wysoka (w paru drogeriach internetowych znalazłam go za ok. 41 zł + kw), aczkolwiek jeśli policzyć cenę bazy, lakieru hybrydowego, topu, wacików i cleaner'a, oszczędność jest jednak spora. Lakiery 1 LAK możecie dostać w internetowych drogeriach kosmetycznych, m.in. w hurtowni DLM. Mój kolor to klasyczna jasna czerwień o nazwie pomme d'amour.

dlm.net.pl

APLIKACJA

Muszę przyznać, że lakierem Peggy Sage maluje się bardzo komfortowo - pędzelek jest dosyć szeroki i gruby, dzięki czemu łatwo pokryć całą płytkę w 2-3 ruchach, konsystencja lakieru jest odpowiednia, a poza tym wszystko przebiega mega szybko - pomalowanie wszystkich paznokci wraz z wysuszeniem trwa u mnie od kilkunastu do 20 minut. Fajne jest to, iż mamy tu tylko jedną warstwę zamiast bazy, lakieru i topu i utwardzamy ją pod lampą LED przez 60 sekund (choć ja czasami utwardzam lakier nawet 2 minuty, jeżeli widzę, że sytuacja tego wymaga). Krycie jest dobre, natomiast kolor to klasyka gatunku, czyli kobieca i intensywna czerwień o nazwie Pomme d'amour

Do utwardzania lakiery Peggy Sage testowałam małą lampę LED (model Nina) marki Ronney. Lampa do paznokci ma moc 9W, jest wykonana z plastiku, posiada 3 żaróweczki  ledowe oraz kabel USB - można ją ładować zarówno z gniazdka, jak i na komputerze, co jest bardzo praktycznym rozwiązaniem (zwłaszcza jeśli np. jesteśmy za granicą i nie mamy polskiej wtyczki ani adaptera). Powiem Wam, że miałam już okazję testować mini lampę pewnej znanej polskiej marki, ale nie byłam z niej zadowolona - lampa Ronney sprawdza się znacznie lepiej, a poza tym wizualnie prezentuje się naprawdę cool.


TRWAŁOŚĆ

Co do trwałości lakieru, to dla mnie jest idealna. Podobnie jak w przypadku hybryd - lakier na dłoniach trzymam maksymalnie 2 tygodnie, ponieważ po tym czasie mam już nieestetyczny 2mm odrost. Powiem Wam, że pomalowałam monohybrydą również paznokcie na stopach i tam na dole trzyma się jeszcze lepiej. Pomimo noszenia skarpetek i ciężkiego obuwia, po 2 tygodniach lakier trzyma się perfekcyjnie, bez jakichkolwiek odprysków czy uszkodzeń, natomiast odrost jest minimalny - myślę, że tutaj monohybryda Peggy Sage wytrzyma nawet do miesiąca. Na pewno na stopach będę używać tylko tego lakieru - jestem bardzo zadowolona z jakości, trwałości oraz odcienia (czerwień to jest właśnie mój ulubiony kolor na paznokcie u stóp, natomiast na dłoniach wolę ją chyba jednak tylko od święta).

A tak lakier prezentuje się na paznokciach 
(proszę o wyrozumiałość - to moje początki z hybrydami):



Usuwanie lakieru to niestety najgorsza jego strona - jest to ta sama zabawa z moczeniem w acetonie, co w przypadku pozostałych lakierów hybrydowych. Ja ostatnio zamiast zwykłego acetonu, przerzuciłam się na acetonowy zmywacz do hybryd marki Life, dostępny w drogeriach Super Pharm). Poza tym, mam w planach zakup specjalnych nakładek do usuwania hybryd - mam wrażenie, że znacznie ułatwiają trzymanie paznokci w acetonie i ostatecznie usunięcie hybrydy z płytki paznokcia.

Plusy:

- ultrakobiecy kolor z  pięknym połyskiem
- maluje się nim mega szybko i sprawnie 
(3x szybciej niż zwykłymi hybrydami!)
- dobre krycie już przy pierwszej warstwie
- trwałość lakieru (na dłoniach trzyma się ok. 14 dni,
natomiast na stopach nawet do miesiąca).

Minusy:

- uciążliwe usuwanie za pomocą acetonu 
- ograniczona dostępność.

Moja ocena: 8/10.


Uważam, iż lakier monohybrydowy Peggy Sage 1 LAK to genialna, prosta w obsłudze i szybka alternatywa dla tradycyjnych hybryd. Aplikujemy tylko ten jeden produkt i utwardzamy pod lampą tylko jeden raz, więc dla mnie - hybrydowego marudy-sceptyka i minimalistki jest to nie tylko oszczędność czasu oraz formy, ale też prawdziwa rewolucja w tym całym pazurkowym interesie. Lakier 1 LAK jest trwały, ma piękny połysk i wygląda identycznie jak lakier hybrydowy, natomiast aplikacja jest dziecinnie prosta i szybka jak błyskawica. Jeśli mam być z Wami szczera, to jedyne hybrydy, z jakimi zamierzam się bawić w przyszłości, to właśnie monohybrydy 1 LAK. Chcę je wypróbować także w wersji nude ;)

PS. Dajcie znać, czy znacie jakieś fajne patenty na delikatne 
a jednocześnie sprawne usuwanie lakierów hybrydowych!? xo
Janusz Leon Wiśniewski "Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie"

Janusz Leon Wiśniewski "Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie"

Janusz Leon Wiśniewski jest jednym z bardziej znanych i lubianych współczesnych pisarzy polskich, a ja jakoś do tej pory nie miałam okazji zapoznać się z jego twórczością. Na szczęście niedawno dowiedziałam się, iż pan Wiśniewski napisał nową powieść, więc od razu stwierdziłam, że swoją literacką przygodę z nim zacznę właśnie od najnowszej książki. A mowa tu o powieści pt. "Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie", wydanej przez Wydawnictwo Znak, która swoją premierę miała niecały tydzień temu, tj. 8 listopada 2017 roku.

Moja ocena: 8/10.
AutorJanusz Leon Wiśniewski
Wydawnictwo: Znak literanova
Oprawa: Broszurowa
Stron: 509
Premiera: 8.11.2017 r.


"Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie" to ponoć najbardziej osobista pozycja Wiśniewskiego. Ja niestety nie mam porównania z poprzednimi dziełami pisarza, aczkolwiek bardzo lubię właśnie takie osobiste i prawdziwe powieści obyczajowe - bardziej niż thrillery czy fantasy pasjonuje mnie człowiek, życie, relacje międzyludzkie, emocje oraz duchowość. Historia opowiedziana we "Wszystkich moich kobietach" poniekąd przypomina scenariusz filmu pt. "Ja cię kocham, a ty śpisz". Mężczyzna leży w szpitalu w śpiączce, a przy jego łóżku wzdycha zakochana (dosyć naiwnie) Sandra Bullock. Z tym, że u Wiśniewskiego opowieść zaczyna się w momencie przebudzenia bohatera w amsterdamskim szpitalu, zamiast Sandry Bullock mamy kilka zakochanych bądź zranionych kobiet, które odwiedzały go podczas śpiączki, natomiast główny bohater to raczej typ egoistycznego i wyrachowanego sukinsyna, który nijak powinien wzbudzać sympatię czytelnika. Ja zapewne jestem trochę dziwna, bo mimo wszystko nie tylko rozumiem, ale także polubiłam protagonistę (niestety nie pamiętam, czy bohater ma jakieś imię, więc nazwijmy go po prostu "Przebudzonym"). 

"Sen i spanie to niebezpieczny stan, a zasypianie to akt ogromnej odwagi"

Przebudzony to typ naukowca i erudyty - niesamowicie inteligentny, obyty i oczytany (choć trochę zbyt skupiony na swojej pracy naukowej oraz na sobie), a przy tym cholernie atrakcyjny i pożądany przez niewiasty. Mimo, iż względem kobiet wielokrotnie zachowywał się jak łajdak, to w jakiś osobliwy sposób jego wspomnienia i refleksje budzą empatię oraz sprawiają, że do ostatniej strony czytelnik będzie mu po prostu kibicował. Poza tym, bohater nie zalicza pierwszej lepszej idiotki, jaka mu się trafi i będzie chciała mu wskoczyć do łóżka. Przebudzony wybiera tylko i wyłącznie kobiety na pewnym poziomie - młode (około trzydziestki), wykształcone, niezwykle inteligentne, oczytane, atrakcyjne, seksowne i lubiące seks. Niektóre znaczą dla niego bardzo dużo (jak np. jego córka Cecylia czy obecna partnerka, Ewa), natomiast niektóre - jak to określił autor - są tylko "antybiotykiem" na jego "emocjonalną epilepsję" bądź tzw. przyjaźnią z benefitami, bez jakichkolwiek dodatkowych oczekiwań czy obietnic. 

"(...) to niegodziwy biologizm, aby sprowadzać kobietę do cycków, bioder i nóg, zapominając o najważniejszym, o głowie. Ale z biologią, hormonami i ewolucją trudno jest walczyć. Z ewolucją najtrudniej. Szczególnie samcom, To ich trochę usprawiedliwia."

Spośród wszystkich postaci kobiecych, opisanych w nowej powieści Wiśniewskiego, najbardziej do gustu przypadła mi była żona bohatera, Patrycja. Podobała mi się nie tylko jej błyskotliwość i ciekawość świata, ale również impulsywność i temperament (np. niezmiernie rozbawił mnie fakt, że po kłótni z mężem Patrycja podarła ich akt ślubu, a następnie spuściła go w toalecie). Ponadto, była żona protagonisty to również kobieta pełna fantazji, a przy tym harda i sceptyczna (ma tzw. "sztywny góralski kark: ;)) - jest to osoba, z którą chętnie napiłabym się kawy i porozmawiała o literaturze, podróżach czy też związkach. Oprócz ciekawych z psychologicznego punktu widzenia postaci, w najnowszej książce Janusza Leona Wiśniewskiego podoba mi się również język autora oraz opisy miłosnych aktów pozbawione tak popularnych ostatnio wulgarnych naleciałości i tandetnej estetyki. 


Podsumowując, "Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie" to bardzo ciepła i mocno refleksyjna powieść o tym, co tak naprawdę jest w życiu ważne, o relacjach międzyludzkich, bliskości oraz jej braku, o samotności w związkach, oddalaniu się od siebie, o emocjach, jak również o kobietach i mężczyznach. Bardzo smakowita pozycja, od której do ostatniej strony ciężko było mi się oderwać, będzie idealna na długie jesienno-zimowe wieczory. Jeśli nie znacie jeszcze prozy Janusza L. Wiśniewskiego, to "Wszystkie kobiety" będą świetnym pretekstem do nawiązania nowej, bardzo obiecującej literackiej znajomości. Ja po lekturze jestem tak oczarowana, że już wypożyczyłam z biblioteki "S@motność w sieci" oraz kilka innych pozycji tego autora. 


Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.


BeautyOil - Najlepsze naturalne kremy do twarzy

BeautyOil - Najlepsze naturalne kremy do twarzy

Są takie kosmetyki, które wywołują u mnie jednocześnie wielką miłość od pierwszego użycia i smutek w momencie, gdy się kończą. Jako że jestem dosyć wybredna i staram się wybierać kosmetyki pielęgnacyjne o dobrych (najlepiej naturalnych) składach i skutecznym działaniu, rzadko który kosmetyk zasługuje u mnie na miano genialnego. Dzisiaj jednak mam wielką przyjemność przedstawić Wam naturalne, nasycone bogactwem dobroczynnych olejków kremy do twarzy marki BeautyOil - są one na razie jeszcze mało znane na polskim rynku, jednak moim zdaniem zasługują na uwagę nie tylko miłośników naturalnej pielęgnacji.


Produkty do pielęgnacji twarzy marki BeautyOil to olejek do twarzy, krem do twarzy na dzień i na noc oraz krem pod oczy, które w swoich składach bazują na następujących olejkach: marula, makadamia, oliwkowym, sezamowym, słonecznikowym, kukurydzianym, a ponadto zawierają też kwas hialuronowy i witaminę E. 


Pielęgnacyjny olejek do twarzy (50 ml) jest najdroższym produktem w ofercie marki (kosztuje 47,50 zł), jednak najmniej przypadł mi do gustu. Po pierwsze, moja mieszana cera nie przepada za czystymi olejami, więc tego produktu używałam sporadycznie do pielęgnacji szyi i dekoltu (zwłaszcza po peelingach). W składzie znajdziemy zimnotłoczony olej marula, olej lniany, olej migdałowy, naturalną witaminę E (tj. tocopherol) i substancję perfumująca. Niestety, pipeta ma zbyt twardą końcówkę, przez co ciężko wydobyć olejek z butelki, a poza tym, ten kosmetyk nie pachnie zbyt oszałamiająco (przypomina mi niestety tran), w związku z tym postanowiłam wymieszać go z brązowym cukrem i kawą i zrobić z niego naturalny peeling do ciała - cudownie natłuszcza, wygładza i odżywia skórę.


Nawilżająco-ochronny krem na dzień (50 ml) to z kolei mój ukochany produkt z całej linii. Ma średnio gęstą konsystencję i łososiową barwę, pachnie bardzo ładnie, trochę słodko. Dobrze rozprowadza się po twarzy i szybko wchłania, jednak nie pozostawia skóry idealnie matowej - na skórze zauważymy lekko połyskujący film. Moja skóra jest po tym kremie niesamowicie miękka i gładka (nawet bardziej niż przysłowiowa pupcia niemowlaka!), no i nigdy wcześniej nie była tak cudownie nawilżona i ukojona. Podczas stosowania zarówno kremu na dzień, jak i na noc, skończyły się moje problemy z przesuszeniem skóry poza strefą T i na nosie. Moja skóra jest po prostu w idealnym stanie. Krem na dzień ma również w składzie likopen, który chroni przed szkodliwym działaniem promieni UV, ja jednak z moją skłonnością do przebarwień, dodatkowo przed wyjściem na słońce aplikowałam na niego Non Chemical Sun Block marki Skin79. Oba kremy doskonale się ze sobą dogadywały. Makijaż również wygląda i trzyma się na kremie bardzo dobrze.  Ponadto, krem nie uczula ani nie zapycha; robi dla skóry tylko to, co dobre. Na koniec dodam tylko, że cena kremu (38,50 zł) jak na tak fantastyczny skład i działanie jest moim zdaniem bardzo niska. 👌


Regenerująco-odżywczy krem na noc (50 ml) ma tę samą cenę i zapach, co krem na dzień i jest dość podobny, różni się jednak m.in. kolorem (jest biały), konsystencją (jest nieco bardziej gęsty i treściwy) oraz minimalnie składem - zawiera te same olejki, kwas hialuronowy i witaminę E, co krem na dzień, lecz dodatkowo jest wzbogacony o aminokwasy (L-argininę i L-lizynę), które stymulują syntezę kolagenu i działają przeciwzmarszczkowo, jak również prebiotyk, który przywraca skórze równowagę. Podczas stosowania kremu, rano nie miałam już żadnych problemów z miejscowym przesuszeniem skóry, moja buzia znacznie się wygładziła i jest ładnie napięta oraz miękka. Bardzo dobry kosmetyk w bardzo, ale to bardzo przystępnej cenie (byłam szczerze zaskoczona, gdy okazało się, że te kremy kosztują niecałe cztery dyszki zamiast np. 100 zł). Z całego serca polecam! 👌


Nawilżająco-drenujący krem pod oczy (15 ml) jest również bardzo przyjemny - ma postać lekkiego, białego kremu o subtelnym zapachu, który łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania, a jednak pozostawia skórę pod oczami bardzo dobrze nawilżoną. W składzie ma wyżej wymienione olejki, kwas hialuronowy, kofeinę, polisacharydy i wit. E. Jak informuje producent, duża zawartość kofeiny i polisacharydu poprawiają mikrokrążenie, a co za tym idzie, odpowiadają za redukcję cieni pod oczami. Ja niestety mam od dziecka tak uporczywe sińce, że żaden krem ani serum nie jest w stanie ich zmniejszyć - w tym przypadku również nie odnotowałam takiego działania. W moim odczuciu, krem przede wszystkim bardzo dobrze nawilża i odżywia skórę wokół oczu, jest delikatny (nie podrażnia, nie uczula) i bardzo przyjemny w aplikacji. Nadaje się również pod makijaż, ale ze względu na olejki muszę nieco mocniej przypudrować skórę pod oczami transparentnym pudrem. Krem kosztuje 34 zł i moim zdaniem cena jest adekwatna do jego składu i działania.

Więcej informacji na temat produktów BeautyOil znajdziecie na stronie producenta: 

beautyoil.pl

***
Podsumowując, kremy marki BeautyOil są niezwykle przyjemne w użyciu, mają naturalne, bogate w dobroczynne olejki składy oraz genialne działanie na skórę. Co więcej, opakowania (może pomijając toporną pipetę w olejku) również sprawdziły się do samego końca - kremy mają poręczne buteleczki i praktyczne pompki, które nabierają idealną porcję kosmetyku i nie zacinają się. Jak dotąd, są to najlepsze kremy do twarzy, jakich kiedykolwiek używałam. Co prawda, olejek do twarzy mnie nie zachwycił, jednak kremy pokochałam już od pierwszych aplikacji i z wielką przyjemnością smarowałam się nimi codziennie przez około 4 miesiące. Moja mieszana i jednocześnie wrażliwa skóra chyba nigdy nie była tak piękna, doskonale nawilżona, napięta, zregenerowana i miękka. Moim zdaniem, te kremy zasługują na znacznie większą uwagę mediów, blogosfery oraz konsumentów (firma nie stosuje nachalnego marketingu, więc pewnie dlatego jeszcze o nich nie słyszałaś). Krótko mówiąc- są naprawdę super. Ja co prawda ze smutkiem muszę się z nimi pożegnać, ale wiem jedno - na 100% jeszcze do nich wrócę! xo


PS. Bardzo dziękuję marce BeautyOil oraz Organizatorce Spotkania 
Beauty by Bloggers za możliwość wypróbowania kosmetyków. 


Projekt denko: zużycia września i października 2017

Projekt denko: zużycia września i października 2017

Od dwóch miesięcy nie mogłam się zabrać za kosmetyczne porządki, więc w tym miesiącu denko będzie podwójne - z września oraz października. Zapraszam!


Twarz

Perfecta Peeling mineralny - ma fajny zapach, ale drobinki są tak ostre, że używałam go głównie jako peeling do stóp, dłoni oraz łokci. Miałam go z Joybox'a, ale sama raczej nie kupię ponownie.

GlamGlow, Flashmud Brightening Treatment (Maseczka rozjaśniająca) - Peelingująca, kremowa maska o przyjemnym zapachu i delikatnym działaniu rozświetlającym. Szkoda tylko, że jest tak droga - ja mam w zapasach jeszcze jedną miniaturę, więc na długotrwałe efekty raczej nie mam co liczyć. Gdyby kosztowała do 100 zł, z pewnością bym kupiła! 👍👍👍

Hada Labo Tokyo, Nawilżająca maska w płacie - ma dobrze wycięty, dość gruby płat i dzięki zawartości kwasu hialuronowego dobrze nawilża, jednak nie spodobało mi się masakryczne świecenie całej twarzy (nie tylko w strefie T). Więcej nie kupię, bo są lepsze maski od tej.  


MISSHA Pure Source Mango - jest to moja ukochana maseczka w płacie, więc to kolejne zużyte opakowania. RECENZJA. 👍👍👍

MultiBioMask, Odmładzające płatki pod oczy - wyciąg z mięty pieprzowej wywołał u mnie spory dyskomfort i reakcję alergiczną, więc nie polecam osobom z wrażliwą skórą wokół oczu. Nigdy więcej!

BeBeauty, Chusteczki do demakijażu Sensitive (dla skóry wrażliwej) - jedynie te różowe mnie nie podrażniają. Lubię zmywać nimi oczy lub czyścić nimi opakowania kosmetyków. Są również całkiem spoko do wstępnego demakijażu twarzy.

BENTON Snail Bee High Content Mask Pack - maska w płacie o naturalnym składzie i silnym działaniu przeciwzmarszczkowym oraz regenerującym. Niestety, moja skóra chyba nie do końca się polubiła z filtratem ze śluzu ślimaka lub jadem pszczelim zawartym w tej masce. Poza tym, zapach do najpiękniejszych nie należy, więc dla mnie maska OK, ale bez zachwytów.

Vianek Nawilżający Płyn micelarny oraz Tonik-mgiełka do twarzy - tak dobrych, naturalnych kosmetyków do pielęgnacji twarzy dawno nie miałam. Świetne składy, działanie i piękny zapach - czego chcieć więcej? RECENZJA. 👍👍👍

Włosy

Joanna Naturia Organic, Pielęgnująca farba do włosów bez amoniaku i PPD, Kolor 314 popielaty - uwielbiam odcień, jaki daje (zero żółtego blondu!), jest bardzo delikatna, nie śmierdzi chemią jak inne farby i nie podrażnia mi skóry głowy. Jedynie nie lubię szamponu i maski, które są w zestawie - dla moich włosów są zbyt obciążające, więc zawsze zużywa je mój mąż (ma suche włosy). Gorąco polecam Wam farby z tej serii, ja na promocji w hebe już kupiłam kolejne opakowanie. 👍👍👍

Isana Suchy Szampon - chciałam na wypad weekendowy kupić miniaturę Batiste, ale w Rossmann'ie akurat nie było. Ten szampon co prawda spełnił swoje zadanie, ale jednak włosy lepiej wyglądają i pachną po Batiste. 

Maska do włosów z awokado i migdałami Cosnature - niestety, pomimo wielkich nadziei i dobrego, naturalnego składu, ta maska to moje wielkie rozczarowanie - szczegóły w RECENZJI.


Dove Nourishing Secrets, Thickening Ritual Shampoo (250 ml) - szampon o dość sztucznym składzie i przesłodzonym zapachu lawendy, aczkolwiek muszę przyznać, że silikony w nim zawarte ratowały wygląd moich włosów w sytuacjach, gdy bardzo się spieszyłam rano do pracy i nie miałam czasu na stosowanie odżywek bądź masek. Faktycznie dodaje objętości, a fryzura wygląda naprawdę ładnie, jak po wyjściu od fryzjera. Mimo wszystko, nadal szukam jakiegoś naturalnego ideału do włosów, więc do tego raczej nie wrócę.

Biolaven Szampon do włosów - ten z kolei naturalny szampon ma prawdziwy zapach lawendy oraz działanie nawilżające. Wspominam go dobrze i być może jeszcze kiedyś do niego wrócę, aczkolwiek tylko i wyłącznie w połączeniu z odżywką. Bez odżywki niestety ciężko mi było po nim rozczesać włosy (bardzo mi się plączą), niemniej i tak gorąco polecam :). 👍👍

Ciało

Organic Shop, Organic bamboo & sea salt body polish - bardzo przyjemna pasta peelingująca o tropikalnym zapachu bambusa. Fajnie myje i złuszcza martwy naskórek, jest tania i ma doskonały, naturalny skład. Uwielbiam kosmetyki tej marki !👍👍👍

Eveline Slim Extreme 4D, Remodelująca maska antycellulitowa (300 ml) - megawydajne opakowanie, fajna, lekka konsystencja, miętowy zapach. Dobrze sprawdziła się do body wrappingu (ładnie napina skórę na udach i pośladkach), natomiast efekt chłodzący nie do końca mi odpowiada.

Tołpa: green, higiena intymna, Nawilżający płyn do higieny intymnej (195 ml) - niby spoko (tj. delikatnie myje i nie podrażnia), ale po genialnym płynie marki Oillan ten jest bez rewelacji. 

Oilan active, Bioaktywny balsam kojąco -ochronny (200 ml) - bardzo dobry, bezzapachowy, dogłębnie nawilżający oraz kojący skórę balsam do skóry suchej, wrażliwej oraz atopowej. Dla mnie doskonały po depilacji. Polecam Wam kosmetyki tej marki - mają dobre składy i bardzo dobrze nawilżają. 👍👍👍



Farmona, Nivelazione, Krem w sprayu do stóp (100 ml) - praktyczne w podróży lub w pośpiechu, bo natychmiast się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu na stopach. Jeśli zaś chodzi o działanie, to dla mnie trochę za słabe - zdecydowanie bardziej podszedł mi krem z tej serii z 30% mocznikiem. 

Vianek, Nawilżający krem do stóp oraz Krem do rąk - bardzo przyjemne składy, zapachy oraz niezwykle lekkie konsystencje, aczkolwiek po dłuższym stosowaniu działanie nawilżające było dla mnie niewystarczające. Do stóp potrzebuję jednak mocznika 30%, a nie 10%, jak w tym przypadku. Do tych kosmetyków raczej nie wrócę, ale chętnie wypróbuję inne serie.

Zapachy

Jeśli chodzi o zapachy, z wielkim bólem serca musiałam pożegnać świeczkę YVES ROCHER Clementine & Epices, która bosko pachniała mieszanką mandarynek i przypraw. Jeśli jesteście ciekawi, co tak bardzo mnie w niej urzekło i dlaczego żegnam ją ze smutkiem, zapraszam na RECENZJĘ. 👍👍👍


Znacie coś z mojego zestawienia? 
A jak Wam idzie zużywanie kosmetyków? xo

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger