Missha Pure Source Cell Sheet Mango - moja ulubiona maska w płacie

Dzisiaj będzie oda - oda do mango. Egzotyczne, soczyste, żółciutkie, przepyszne, pełne dobroczynnego miąższu, słodkie i orzeźwiające zarazem, no po prostu - rajski owoc! Mango uwielbiam, lecz niestety nie mam do niego zbyt dobrego dostępu. Mimo to, dość często funduję swojej skórze jego dobroczynne właściwości w postaci maski na tkaninie Missha z linii Pure Source. Jest to moja ukochana koreańska maska w płacie; zużyłam już prawie dziesięć opakowań i ciągle mi jej mało. Co sprawia, że tak ją polubiłam? Czytajcie dalej! 🙆



Missha Pure Source Mango posiada płat wykonany z dosyć grubej bawełny. Rozmiar płatu nie jest duży, przez co idealnie dopasowuje się do mojej małej twarzy. Otwory na oczy, nos i usta są wycięte w sam raz, na czole maska bardzo dobrze przylega, jedynie na brodzie jest trochę za długa i czasem lubi się odkleić - moim zdaniem, najlepiej się z nią położyć na 20 minut i po prostu zrelaksować. Tkanina jest solidnie nasączona esencją o konsystencji lekkiego mleczka i o fenomenalnym zapachu mango, który jest wyczuwalny przez cały zabieg. Powiem Wam, że uwielbiam takie nuty soczystych i tropikalnych owoców, zarówno w świecach zapachowych, jak i w kosmetykach, a nuty mango zawsze dodają mi energii, nawet w najbardziej męczący i parszywy dzień. 💆



W składzie maski znajdziemy m.in. glicerynę, wyciąg z mango, portulaki, alantoinę, hydrolizowane estry z jojoby, kwas fitowy.



Podczas zabiegu maska delikatnie chłodzi skórę, co jest niezwykle przyjemnym i odprężającym doznaniem. Oprócz odprężenia, maska wykazuje działanie silnie nawilżające - moja przesuszona na policzkach mieszana cera jest po niej doskonale nawodniona, ukojona, wypoczęta, miękka, a przy tym delikatnie rozjaśniona i pełna blasku. Esencja co prawda pozostawia na skórze taki trochę lepki film, ale jednocześnie nie jest zbyt ciężka i nie sprawia, że moja mieszana cera potwornie się po niej błyszczy (jak po większości nawilżających masek, które miałam okazję testować, np. z Hada Labo Tokyo czy Benton ze śluzem ślimaka).



Plusy:

  • fenomenalny, słodki i jednocześnie energetyczny zapach mango
  • płat nieduży, dobrze wycięte otwory na nos, oczy i usta, ładnie przylega do twarzy
  • ma bardzo dobre działanie nawilżające, cudownie odpręża, lekko chłodzi i koi skórę
  • nie podrażnia ani nie uczula
  • maski z tej linii zawierają kwas fitowy, który bardzo lubię (kwas ten nie tylko nawilża, ale i odmładza oraz delikatnie rozjaśnia skórę)
  • maska jest solidnie nasączona esencją o konsystencji mleczka, której jest tak dużo w saszetce, że spokojnie wystarczy nam na kilkukrotne wklepanie w skórę
  • całkiem przyzwoity skład; nie zawiera parabenów czy phenoxyetanolu
  • nie testowana na zwierzętach
  • niska cena (8-9 zł).

Minusy:
  • pozostawia lepką warstwę na skórze.

Moja ocena: 9/10.


Ogólnie rzecz biorąc, maska ma całkiem przyzwoity skład (w porównaniu do większości koreańskich masek w płacie), jej aplikacja jest niezwykle przyjemna, zapach fantastyczny, a działanie bardzo silnie nawilżające oraz rewitalizujące zmęczoną i poszarzałą skórę. Cena 9 zł za tak fajny skład, zapach i działanie jest moim zdaniem bardzo dobra. Miałam już chyba z 7 (w porywach do 10) sztuk tej maski i jak dotąd jest to mój sheet mask #1. Z tej serii miałam też m.in. maskę z bambusem, miodem i jagodami acai, ale to jednak nie to samo, co moje ukochane mango. Jeśli jeszcze nie miałyście tej maski, a lubicie maski w płacie, to koniecznie ją wypróbujcie. Ale UWAGA, uprzedzam - jest to produkt mocno uzależniający. Jak raz spróbujecie, to gwarantuję Wam, że będziecie chciały więcej, więcej, więcej... i jeszcze raz więcej soczystego mango ;-) xo


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy konstruktywny komentarz. Dodaje mi to energii i motywuje do dalszego pisania :)

- Justyna F (Elfie)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger