WoodWick Candle: Lemongrass

WoodWick Candle: Lemongrass

Uwielbiam świece zapachowe i nawet latem lubię sobie udekorować dom ładnym aromatem. Ostatnio w moim częstochowskim TK Maxxx był wysyp marki WoodWick Candle, których jeszcze nigdy nie paliłam, więc dorwałam na próbę małą świeczkę o zapachu Lemongrass (plus jeszcze jedną, chyba różaną, dla kogoś na prezent). 



Świeczka urzekła mnie prostym i eleganckim designem - lubię takie proste słoiczki bez nadmiaru bzdetów, etykiet i kolorów, więc stwierdziłam, że jeśli zapach mi się nie spodoba, to przynajmniej przez moment będzie się ładnie prezentować w salonie. Na wewnętrznej stronie równie gustownego drewnianego wieczka wyczytałam, że świece tej marki są wyposażone w specjalnie zaprojektowane knoty z naturalnego drewna, które po odpaleniu mają skwierczeć niczym płomień w kominku. Cóż, może pora letnia niekoniecznie kojarzy nam się z takimi klimatami, niemniej postanowiłam spróbować i zorganizować sobie małą namiastkę kojących jesienno-zimowych wieczorów w samym środku lata. I tutaj, niestety, przyszło małe rozczarowanie - zamiast kojących i relaksujących trzasków kominka słyszę irytujące "pierdzenie", przy którym absolutnie nie potrafię się skupić i wyciszyć (zresztą nagrałam krótki filmik, abyście sami zobaczyli, co mam na myśli). 👎👎👎 


Co do samego zapachu świeczki, to jest to raczej proste połączenie trawy cytrynowej (z ang. lemongrass) ze skórką cytrynową. Producent na swojej stronie opisuje ten wariant jako "świeży zapach słodkiej trawy z nutami skórki z cytryny". Owszem, świeczka ma świeży aromat, jak na cytrusy przystało, jednak wspomnianej słodyczy trawy nie jestem w stanie tu wyczuć. Dla mnie jest to aromat świeży i raczej gorzkawy, a szkoda, bo najbardziej lubię połączenia świeżych nut z tymi ciepłymi i słodkimi. W tym przypadku jest całkiem przyjemnie i orzeźwiająco, ale raczej bez zapachowych fajerwerków.



Plusy:
  • eleganckie opakowanie
  • świeca do samego końca bardzo równo się wypala, nie "tuneluje" (ale zgodnie z zaleceniem producenta, trzeba ją odpalać na min. 3-4 godziny), nie dymi
  • dobrze odświeża mieszkanie
  • zapach jest lekki, nie męczy i nie wywołuje ataku migreny
  • pali się długo (jak twierdzi producent, do 40 godzin).
Minusy:
  • trzaskanie knota bardziej drażni aniżeli sprzyja relaksowi
  • zapach raczej "gorzki" (mam tu na myśli m.in. brak słodkich lub ciepłych nut)
  • cena - 49 zł za mały słoik dla mnie trochę za wysoka; w outlecie cena regularna to 27 zł, przy odrobinie szczęścia można trafić na wyprzedaże (ale trzeba często tam zaglądać).

Podsumowując, moje pierwsze spotkanie z marką WoodWick oceniam tak sobie. Być może jestem dziwna, że drażnią mnie te trzaski, a być może jest to też kwestia kiepskiego doboru zapachu do moich osobliwych wymagań i upodobań. Mimo wszystko, chciałabym wypróbować jeszcze jakiś inny (czytaj: słodszy i bardziej owocowy) wariant, bo nie chcę się zniechęcać do marki po jednym średnio czarującym dla mnie produkcie. Ciekawi mnie na przykład świeca o zapachu Raspberry Yuzu, Cucumber Lemon lub Perfect Pear. No cóż, jeśli będzie mi dane któryś z nich poznać, na pewno prędzej czy później się o tym dowiecie...

Znacie WoodWick Candle? 
Cameron Diaz & Sandra Bark "Ja, Kobieta"

Cameron Diaz & Sandra Bark "Ja, Kobieta"

Wiedziałyście, że Cameron Diaz napisała książkę? Ja o tym fakcie dowiedziałam się w 2014 roku, gdy w "ELLE" ukazał się artykuł pt. "Jutro będzie futro", nawiązujący do jednego z rozdziałów poradnika Diaz, zachwalającego zapuszczenie włosów w tzw. okolicach bikini. Przyznam szczerze, że od momentu przeczytania artykułu w ELLE, miałam ogromną ochotę przeczytać poradnik Cameron (mimo iż jej wielką fanką nie jestem) i przez jakiś czas szukałam go w różnych księgarniach oraz na aukcjach internetowych. Wreszcie, po trzech latach zdecydowałam się nabyć książkę na jednym z portali aukcyjnych (za symbolicznego piątaka!), a dziś opowiem Wam, czy warto było tyle czekać oraz poświęcić weekend na przeczytanie tej pozycji.


"Ja, Kobieta. Jak pokochać i zrozumieć swoje ciało" (w wersji oryginalnej "The Body Book") to poradnik napisany przez Cameron Diaz oraz Sandrę Bark, wydany w Krakowie 2014 roku przez Wydawnictwo IUVI. Książka ma ok. 270 stron, jest szyta i ładnie oprawiona (z apetyczną i seksowną autorką-gwiazdą Hollywood, tajemniczo uśmiechającą się do swych czytelników z okładki). Niniejsza książka została podzielona na trzy części: Odżywianie, Kondycja i Umysł. Już te trzy tytuły mówią nam, o czym tak naprawdę jest ta pozycja - zasadniczo jest to poradnik o zdrowym stylu życia i fitnessie, czyli w skrócie o tym, jak zdrowo się odżywiać i utrzymywać ciało w dobrej kondycji za pomocą ćwiczeń fizycznych. 

W pierwszej części, poświęconej zdrowemu odżywianiu, autorki zawarły aż 13 rozdziałów, z których dowiemy się między innymi tego, co mówi nam nasz głód (i że generalnie warto go słuchać), dlaczego nie warto sięgać po fast foody i żywność przetworzoną, jak unikać cukrów dodanych czy też jakie bakterie są dobre dla naszego zdrowia. Ponadto, Diaz i Bark przypominają nam wiedzę zdobytą na lekcjach biologii w szkole podstawowej, dotyczącą różnych składników pokarmowych (węglowodany, białka, tłuszcze, mikro- i makroelementy) oraz procesów trawienia czy usuwania zbędnych produktów przemiany materii.


Kolejna, druga część książki traktuje o naszym ciele i kondycji. W tej sekcji znajdziemy masę przydatnych wskazówek i informacji na temat szeroko pojętego znaczenia ruchu dla naszego ciała, konsekwencji, energii pobieranej vs zużywanej, oddychania, czy też podstaw treningu. Niestety, trochę zbyt wiele miejsca poświęcono tutaj anatomii (znowu powtórka z rozrywki, czyli lekcje biologii ze szkoły podstawowej) - budowa kości, mięśni itp. Bardzo ciekawy jest z kolei rozdział 21 - "Twoje kobiece ciało", w którym Diaz opowiada o naszych częściach intymnych, PMS i miesiączce, owłosieniu łonowym, ciąży oraz seksie. Myślę, że podobnie jak w przypadku "Sztuki kochania" Wisłockiej, trzeba ten rozdział po prostu przeczytać (tak jak trzeba znać i stale dbać o nasze ciała). W moim odczuciu kolejny, 22. rozdział pt. "ABC snu" jest równie interesujący i przydatny; warto go przeczytać nawet jeśli zdecydujecie się pominąć wcześniejsze powtórki z lekcji anatomii.

Ostatnia, trzecia część poradnika, zatytułowana "Umysł. Już rozumiesz" nawiązuje do samoświadomości i samoakceptacji, podpowiada jak starzeć się z godnością, jak unikać pokus i pozbywać się złych nawyków, jak planować posiłki oraz jak wypracować dyscyplinę i przekształcić całą tę przeczytaną teorię w praktykę. 


"Ja, Kobieta" to w zasadzie fit-poradnik dla początkujących - Diaz we wszystkich rozdziałach książki zachęca do tego, by dbać o własne ciało i zdrowie oraz by przez całe swoje życie po prostu się ruszać (i nigdy, ale to przenigdy nie przestawać!). Jeśli od lat uprawiacie sporty, prawidłowo się odżywiacie i generalnie prowadzicie tzw. zdrowy tryb życia, to zbyt wiele nowego się z tej książki nie dowiecie. Jak dla mnie, powtórka z biologii była zbędna (w końcu od czego jest stary, dobry wujek Google?), aczkolwiek wybaczam autorce ze względu na sposób zaserwowania tej wiedzy - przystępnie, metodą na tzw. chłopski rozum, z ułatwiającymi całą sprawę ilustracjami. Co prawda, książka Ameryki nie odkrywa, niemniej jest całkiem przyjemną i inspirującą lekturą. Przyda Wam się zwłaszcza w momentach, gdy opuści Was motywacja do ćwiczeń czy chęć przestawienia się na tryb fit. Poza tym uważam, że warto po nią sięgnąć zwłaszcza przed znaną wielu z nas "akcją urlop" - książkę należy najpierw przeczytać, potem przetrawić i wreszcie... ruszyć swoje cztery litery i po prostu zacząć ćwiczyć. Tylko tyle i aż tyle. Ja już ćwiczyć zaczęłam, więc Was również zachęcam do podjęcia aktywności fizycznej. xo

Ulubieńcy czerwca 2017

Ulubieńcy czerwca 2017

Czerwiec powinien być dla mnie najpiękniejszym miesiącem w roku, ponieważ mam wtedy urodziny. Niestety, sezonowe alergie nie dają mi się cieszyć tym czasem tak, jakbym sobie tego życzyła. W związku z tym, w czerwcu zmuszona byłam chować się w domu, czytać książki, oglądać filmy oraz przy okazji robić sobie małe domowe SPA. Jeśli jesteście ciekawi, jakie produkty kosmetyczne, filmy i książki umiliły mi ten czas, to zapraszam Was na kolejne zestawienie ulubieńców i odkryć miesiąca - tym razem inspiracje czerwcowe. 


KOSMETYKI

W czerwcu w dalszym ciągu używałam kosmetyków, które znalazły się w zestawieniach z poprzednich miesięcy (m.in. nadal chronię twarz filtrem Skin79 i aplikuję koreańskie maseczki w płacie), niemniej jednak skupiłam się przede wszystkim na stopniowej wymianie moich kosmetyków do pielęgnacji na produkty naturalne. Co prawda, moja cera z przebarwieniami wymaga nieco bardziej zaawansowanych kosmetyków i dlatego też np. koreańskie filtry, kremy bb, sera i maseczki rozjaśniające sprawdzają się w tym aspekcie bardzo dobrze. Poza azjatyckimi markami pokochałam również polskie naturalne kosmetyki i po kolei testuję różne produkty z rodziny Sylveco (m.in. wróciłam do Lnianej maski Sylveco, próbuję szamponu marki Biolaven, trzech różnych płynów micelarnych oraz toniku-mgiełki z Vianka, którą wprost uwielbiam!).



Ponadto, cały czas odkrywam i zachwycam się kosmetykami polskiej marki Biolove, która jest dostępna tylko w Kontigo (również online)Pokochałam przede wszystkim ich owocowe żele pod prysznic, olejek do demakijażu twarzy, po którym moja buzia wygląda przepięknie, a ponadto w dalszym ciągu używam ich malinowego kremu do rąk oraz naturalnego dezodorantu o zapachu kwiatowym (co prawda, nie zapewnia on dostatecznej ochrony, ale chcę dać skórze odpocząć od całej tej chemii i soli aluminium, które występują w większości tego typu produktów dostępnych w drogeriach). 


W czerwcu wzięłam również udział w testowaniu oczyszczających kosmetyków marki Himalaya Herbals (pianka, peeling i maseczka z serii Neem). Moim ulubieńcem okazała się przede wszystkim pianka oczyszczająca z tej linii, ale generalnie wszystkie trzy kosmetyki stosowane regularnie przyczyniły się do znacznej poprawy stanu cery - w efekcie moja buzia jest doskonale oczyszczona, pozbawiona jakichkolwiek wyprysków (nawet podczas menstruacji) i znacznie mniej się przetłuszcza w strefie T. 



Ponadto, moje domowe SPA to przede wszystkim maski w płacie, które lubię sobie nakładać kilka razy w tygodniu. Moimi ulubionymi maskami na bawełnianej tkaninie okazały się maseczki koreańskiej marki Missha z linii Pure Source, a przede wszystkim cudownie pachnące i odżywcze Mango. Maski te są dość dobrze nasączone esencją, są komfortowe w noszeniu i mają całkiem przyzwoite składy (bez parabenów, phenoxyethanolu itp.); oprócz ekstraktów roślinnych zawierają też kwas fitowy, który bardzo lubię (kwas ten wygładza, nawilża skórę i lekko rozjaśnia przebarwienia), a do tego nie są testowane na zwierzętach, co ma dla mnie duże znaczenie. Zdecydowanie polecam!


KSIĄŻKI

W czerwcu udało mi się przeczytać 8 książek, co jest całkiem niezłym wynikiem. Najciekawszą pozycją był dla mnie poradnik pt. "Sekrety urody Babuszki. Słowiański elementarz pielęgnacji" autorstwa Raisy Ruder i Susan Campos. Książka ta jest nie tylko pięknie wydana, ale zawiera też sporo ciekawych informacji i przepisów, dzięki którym możecie dbać o urodę w naturalny sposób i za naprawdę niewielkie pieniądze. Jeśli ciekawi Was ta książka, to odsyłam Was do recenzji. 



Jeśli chodzi o beletrystykę, to w czerwcu po raz drugi przeczytałam powieść "Samotny mężczyzna" Christopher'a Isherwood'a. Jest to historia geja, który utracił swoją wielką miłość i który próbuje odnaleźć siebie oraz odzyskać sens życia na nowo. Książkę czyta się szybko - jest to w zasadzie opis jednego dnia z życia George'a Falconer'a, ale wbrew pozorom nie jest to pozycja z gatunku "lekkich, łatwych i przyjemnych". Powieść jest przepełniona nostalgią i egzystencjalnymi przemyśleniami i pewnie nie każdemu przypadnie do gustu, ale jeśli lubicie tematykę gejowską i/lub smutne historie miłosne, to myślę, że nie pożałujecie. Na podstawie książki powstał również film w reżyserii Toma Ford'a pod tym samym tytułem, z rewelacyjną rolą Colina Firth'a. Jeśli nie macie dostępu do książki, to zobaczcie sobie chociaż dzieło słynnego projektanta - moim zdaniem arcydzieło! 

FILM

W czerwcu zdecydowałam się wypróbować portal showmax.com (dla abonentów Play jest teraz promocja - roczny dostęp zupełnie za darmo, z możliwością zrezygnowania w dowolnym momencie). Jako że zaczęłam wakacje i jednocześnie chowałam się w domu przed pyłkami traw i niektórych drzew, uznałam, że jest to idealny czas na tzw. odchamienie się i obejrzenie kilku nowych dla mnie filmów. Spośród propozycji dostępnych na stronie, najbardziej spodobał mi się polski komediodramat pt. "Pani z przedszkola" z Agatą Kuleszą, Karoliną Gruszką i Adamem Woronowiczem w rolach głównych. Zarówno fabuła, jak i kreacje aktorów (w tym również świetna rola Krystyny Jandy jako babci i Mariana Dziędziela jako psychoterapeuty) bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły - nie będę Wam za dużo zdradzać, zamiast tego zobaczcie sobie zwiastun, a na pewno zechcecie obejrzeć ten film sami!


Poza tym, moje serce w czerwcu skradł brytyjski film pt. "Zanim się pojawiłeś". Jest to przepiękna, zabawna i jednocześnie wzruszająca opowieść o niesamowicie kolorowej dziewczynie oraz bogatym przystojniaku, który w wyniku wypadku jest sparaliżowany i stracił chęć do życia. Film powstał na kanwie powieści Jojo Moyes o tym samym tytule, której, niestety nie czytałam. Szczerze mówiąc, byłam sceptycznie nastawiona - spodziewałam się banalnej komedii romantycznej lub ckliwego romansidła i obejrzałam go głownie z ciekawości ("O co tyle szumu?"). Film jednak do tego stopnia mnie zaskoczył, że jestem nim totalnie zauroczona do dziś (tuż po projekcji nie mogłam dojść do siebie i nie byłam w stanie obejrzeć nic innego!) i już czekam na kolejne części. Zanim jednak nakręcą kontynuację, chyba po prostu przeczytam książkę i zobaczę, czy lepiej się to czyta, czy ogląda...


Dajcie znać, czy znacie moich ulubieńców
oraz jakie książki i filmy polecacie na lato, xo
Wieloetapowe oczyszczanie twarzy z Himalaya Neem

Wieloetapowe oczyszczanie twarzy z Himalaya Neem

Odkąd stosuję wieloetapowe oczyszczanie twarzy, stan mojej cery znacznie się poprawił. Pierwszym krokiem jest u mnie zmycie makijażu z oczu za pomocą płynu micelarnego. Przy okazji przemywam także resztę twarzy. Drugim krokiem oczyszczania jest olejek do demakijażu (najlepiej taki, który emulguje pod wpływem wody), natomiast trzeci krok stanowi przemycie buzi pianką i delikatne wytarcie czystym ręcznikiem. Po tym oczywiście tonizuję skórę i nakładam serum oraz krem. Wszystkie te kroki wchodzą w skład mojej rutyny pielęgnacyjnej. Dodatkowo, dwa razy w tygodniu złuszczam skórę peelingiem i nakładam oczyszczającą maskę na bazie glinki. Robię sobie wtedy takie małe domowe SPA, które często łączę z zabiegami na włosy oraz ciało. Jest to dla mnie nie tylko pielęgnacyjna konieczność, ale i chwila wytchnienia oraz błogiego relaksu.


Jeśli chodzi o kosmetyki, których używam w celu dogłębnego oczyszczania cery, to oczywiście zmieniają się one co jakiś czas. Przez ostatni miesiąc miałam przyjemność testować 3 oczyszczające produkty marki Himalaya Herbals: piankę do mycia twarzy, peeling oraz maseczkę oczyszczającą z serii Neem. Wszystkie kosmetyki z tej linii zawierają ekstrakt z miodli indyjskiej, której liście mają działanie oczyszczające, antybakteryjne, przeciwtrądzikowe oraz ogólnie odżywcze.  

Oczyszczająca pianka do mycia twarzy Neem

Pianka znajduje się w przezroczystym plastikowym opakowaniu o pojemności 150 ml i jest wyposażona w praktyczną pompkę. Zazwyczaj wyciśnięcie jednej pompki starcza mi na zmycie olejku do demakijażu z całej twarzy. Po użyciu tego kosmetyku buzia jest bardzo czysta, przyjemna w dotyku i odświeżona.


Plusy i minusy produktu:

+ ładne, poręczne i solidnie wykonane opakowanie z pompką, która niesamowicie ułatwia dozowanie produktu
+ doskonale oczyszcza i odświeża cerę (oraz delikatnie ją chłodzi)
+ zmniejsza wydzielanie sebum oraz powstawanie wyprysków
+ nie zostawia uczucia ściągnięcia ani nie przesusza skóry 
+ ma orzeźwiający, ziołowy zapach
+ nie zawiera SLS, SLeS (ma w składzie łagodniejszy ALS), parabenów i ftalanów
+ produkt nie jest testowany na zwierzętach  
+ rewelacyjnie domywa pędzle do makijażu oraz moją gąbkę do podkładu Blend It (z którą nawet olejki nie dawały rady!)
+ pianka jest wydajna - w moim przypadku wystarcza na ponad miesiąc (w porywach do 2 miesięcy) codziennego stosowania 
+ przystępna cena (ok. 31 zł)
- zawiera phenoxyethanol, którego staram się unikać
- [EDIT, 10.07]: wczoraj pisałam przed północą i zapomniałam dodać, że pod koniec pompka lubi się zacinać, co jest ewidentnie minusem.

Jak widzicie, bardzo polubiłam się z tą pianką i nie dostrzegam w niej prawie żadnych wad. W moim odczuciu jest to idealny kosmetyk do oczyszczania skóry, a do tego doskonale nadaje się do mycia pędzli oraz gąbek do makijażu (mój beauty blender po umyciu za pomocą pianki wygląda praktycznie jak funkiel nówka nie śmigana!). Co więcej, pianka nie przesusza skóry i nie uczula i jest bardzo przyjemnym produktem do demakijażu. Z pewnością będę do niej wracać (ewentualnie wypróbuję również inne warianty oraz żele do demakijażu twarzy marki Himalaya). 

Peeling + maseczka oczyszczająca Neem

Tak jak wspominałam na wstępie, peelingu wraz z maseczką używam 2 razy w tygodniu. Zarówno peeling, jak i maska znajdują się w bliźniaczych tubach wykonanych z miękkiego plastiku o pojemności 75 ml i są zamykane na tzw. klik. Tubki są nie tylko estetyczne i porządnie wykonane, ale i bardzo poręczne. Peeling ma przyjemnie kremową konsystencję i dość intensywny ziołowy zapach, natomiast drobinki zdzierające (zmielone pestki moreli) są na szczęście dosyć drobne i delikatne. Scrub jest bardzo przyjemny w użyciu, a skóra po nim jest doskonale oczyszczona i gładka. Po peelingu nakładam pędzelkiem maseczkę, zostawiam ją na 15 minut, spryskując w międzyczasie nawilżającą mgiełką, by nie zastygła na skorupę. Po tym czasie zmywam, tonizuję skórę twarzy i nakładam serum oraz krem. W efekcie, moja cera jest doskonale oczyszczona, wygładzona, miękka i odświeżona, a pory wyraźnie zwężone (co jest ogromnym plusem i wielkim zaskoczeniem dla mnie). 


Plusy i minusy tych produktów:

+ peeling ma fajną kremową konsystencję i małe drobinki, które delikatnie złuszczają naskórek
+ maska dogłębnie oczyszcza skórę oraz zmniejsza widoczność porów
+ po regularnym stosowaniu kosmetyków, moja skóra jest idealnie oczyszczona, wygładzona, pory są zmniejszone, cera znacznie mniej się przetłuszcza i świeci
+ zauważyłam, że w trakcie stosowania kosmetyków nie miałam żadnych przygodnych "nieprzyjaciół" na twarzy (nawet w czasie menstruacji, co ogromnie mnie zaskoczyło)
+ kosmetyki te mają w składzie kilka naprawdę ciekawych i skutecznych roślinnych składników (np. wyciąg z liści miodli indyjskiej - Neem, wyciąg z kurkumy, która ma działanie przeciwzapalne, czy wetiweria, a poza tym takie składniki jak m.in glinka kaolinowa i bentonit (Fuller's Earth), która wykazuje właściwości oczyszczające i rozjaśniające
+ ładne, porządnie wykonane i poręczne tubki

- ziołowe zapachy peelingu oraz maski są dość intensywne i specyficzne, przez co nie każdemu przypadną do gustu
- maska już w pierwszej minucie po nałożeniu na twarz trochę szczypie (zwłaszcza w okolicy nosa), co nie jest zbyt komfortowe
- zmywanie maski do najprzyjemniejszych nie należy (ale taki jest niestety urok glinek)
produkty te dość szybko się kończą (3-4 tygodnie i trzeba kupić kolejne opakowania)
- peeling ma w składzie phenoxyethanol, natomiast maska zawiera 2 parabeny i SLS.


Podsumowując, cała seria Neem to strzał w dziesiątkę, jeśli zależy Wam na dogłębnym oczyszczeniu i zmniejszeniu przetłuszczania się skóry. Ja co prawda nie mam problemu z pryszczami i trądzikiem, niemniej zauważyłam brak jakichkolwiek niedoskonałości zwłaszcza podczas menstruacji, kiedy to zazwyczaj pojawiają się u mnie jakieś "syfki" na brodzie i/lub na nosie. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie również zmniejszenie się widoczności porów i zaskórników, a dodatkowym plusem jest fakt, iż moja cera jest nie tylko cudownie oczyszczona, ale również gładka oraz miękka jak pupcia niemowlaka. Z całej trójki najbardziej polubiłam piankę do codziennego oczyszczania oraz peeling oczyszczający - do tych produktów na pewno będę jeszcze wracać. Najmniej komfortowa w użyciu okazała się maseczka (zastygające i trochę szczypiące błotko o niezbyt przyjemnym zapachu), aczkolwiek jej działanie oceniam bardzo dobrze. Ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolona z produktów z tej serii i polecam Wam je zwłaszcza przy nadmiernym przetłuszczaniu się skóry oraz przy trądziku. 


PS. Jeśli jesteście ciekawe tej linii, to odsyłam Was na stronę producenta 
oraz na stronę z recenzjami napisanymi przez blogerki, 
które brały udział w testowaniu serii Neem. 

Bardzo dziękuję marce Himalaya za możliwość przetestowania kosmetyków.

himalayaherbals.pl

Projekt denko: wiosna - czerwiec 2017

Projekt denko: wiosna - czerwiec 2017

Dzień dobry, cześć i czołem! Ostatnio mało było we mnie energii do pisania (zmagam się z alergią oraz z kaprysami pogody), więc w zeszły weekend wyjechałam w Góry Świętokrzyskie, by doładować nieco baterie i zebrać pomysły na przyszłe wpisy dla Was. 


Dzisiaj postanowiłam zrobić wreszcie trochę porządku w domu, więc mam dla Was projekt denko. Dawno nie robiłam wpisów tego typu, ale wiem, że chętnie czytałyście właśnie te zbiorowe recenzje zużytych kosmetyków, dlatego dzisiaj wracam, zwarta i gotowa. Puste opakowania, które tu widzicie, zbierałam skrupulatnie od wiosny do końca czerwca, dlatego jest tego całkiem sporo (z przewagą masek w płachcie). Jeśli jesteście ciekawe, to zapraszam dalej, tym bardziej, że jest tu kilka prawdziwych perełek... ;)

Ciało


The Body Shop Early Harvest Raspberry Shower Gel (250 ml) - cudownie pachnący żel pod prysznic w bardzo eleganckim flakonie; niestety, miałam wrażenie, że trochę przesuszał mi skórę, więc jeśli znowu będę na wyprzedaży w TBS, to raczej wybiorę jakiś inny wariant, np. Pinita Colada, który bardzo dobrze wspominam.

Bath & Body Works PocketBac Chillout Sea Breeze - ten maleńki (29 ml) żel antybakteryjny to po prostu najlepszy tego typu produkt, z jakim miałam do czynienia. Miałam go zawsze w torebce, często stosowałam w autobusie czy na spacerach z psem i muszę przyznać, że z żalem muszę się z nim rozstać. Zapach przecudowny, opakowanie też niczego sobie. Genialny, genialny i jeszcze raz genialny! Na pewno przy kolejnej wizycie w BBW zaopatrzę się z żele antybakteryjne, jak i w świece. Są najlepsze!

Avisea Krem do ciała (300 ml) - bardzo przyjemne, wydajne i treściwe masło do ciała o zapachu białej herbaty. Całkiem dobry skład, delikatna formuła i fajne działanie - krem łagodził różnego rodzaju podrażnienia (dzięki zawartości alantoiny i D-pantenolu), długotrwale nawilżał i zmiękczał skórę ciała, więc czego chcieć więcej? Polecam!

Biolove Żel pod prysznic Migdał (250 ml) - rewelacyjny naturalny skład, aczkolwiek konsystencja trochę dziwna (dla mnie trochę za rzadka). Przyjemny, choć bardzo delikatny zapach. Moim zdaniem, inne warianty są o niebo lepsze - mam już zapas żeli pod prysznic oraz innych kosmetyków tej marki i jestem nimi oczarowana :)

Twarz


Unani Dermo Defense face mask (100 ml) - Aloesowa maseczka o konsystencji lekkiego żelu, fantastycznie koiła skórę, zmniejszała zaczerwienienia, poprawiała nawilżenie i jędrność. Produkt bardzo delikatny, łatwo się zmywał, a przy tym nie zastygał i nie tworzył nieprzyjemnej skorupy na twarzy. No, a opakowanie z pompką moim zdaniem zasługuje na medal. Dla mnie bomba! Niestety, był to kosmetyk z pudełka Liferia i obawiam się, że nie będzie mi dane prędko do niego powrócić :(

Iva Natura Black Face Mask (50 ml) - czytałam same superlatywy na temat tej maski, ale u mnie niestety bez szału. Biorąc pod uwagę fakt, że maska kosztuje ok. 100 zł, muszę przyznać, że nie zachwyciło mnie ani jej działanie (żadnego efektu wow nie odnotowałam), ani zapach, ani to nieco tandetne plastikowe opakowanie. Zmycie tej maski to istny koszmar, więc na pewno sama tego kosmetyku nie kupię. Na plus oczywiście naturalny skład, ale dla mnie to by było na tyle. Wyrzucam z ulgą.

Skin79 Non-chemical sun block z SPF50+ PA+++ (50 ml) zawiera filtry mineralne i liczne ekstrakty roślinne; zapewnia bardzo dobrą ochronę, a przy tym matowi cerę, więc dla mnie jest idealny na lato. Właśnie zaczynam drugie opakowanie i szykuję jego recenzję, więc bądźcie czujni! ;)

Baviphat Peeling Gel (miniatura) - żel do złuszczania twarzy, do stosowania przed demakijażem. Niestety, dla mnie okazał się bublem - miał dziwną konsystencję i spadał z twarzy, a poza tym nie zauważyłam żadnego efektu wow. 

Hygge All In One Cleansing Water - miniatura płynu micelarnego (20 ml). Zużyłam od razu, w jakieś 3-4 dni. Na początku obawiałam się, że będzie szczypać w oczy, ale było całkiem ok. W sumie mogłam ją sobie zostawić na jakiś weekendowy wypad, ale ciekawość wzięła górę i produktu już nie ma. 

DermoFuture Precision Intensywna kuracja do twarzy z nanopetydami i komórkami macierzystymi (20 ml) - Genialna kuracja! Ma silne działanie nawilżające, regenerujące, ujędrniające i przeciwstarzeniowe. Niestety, dość szybko się kończy, ale ma dobry skład i cenę (ok. 38 zł w hebe), więc na pewno do niej wrócę i będę stosować z dermorollerem. 

Bielenda Nawilżający Krem Różany (50 ml) - całkiem przyjemny, niezwykle lekki nawilżający krem-żel do stosowania na dzień i noc. Co prawda, moja skóra (35+) wymaga nieco bardziej zaawansowanej pielęgnacji, ale polecam młodym dziewczynom, które tolerują różany zapach w kosmetykach. 

Perfecta Matujący Peeling Gruboziarnisty (75 ml) - skład raczej kiepski (zawiera m.in parafinę) i dla mnie zdecydowanie za szorstki do stosowania na twarz, więc zużyłam jako scrub do dłoni i stóp. Więcej jednak nie kupię.

Farmona Dermiss 0'2 Ideal Balancer (200 ml) - Bardzo przyjemny nawilżający płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu. Ma ładne i praktyczne opakowanie z pompką, przyjemny zapach, był delikatny dla moich wrażliwych oczu, nie pozostawiał uczucia ściągnięcia czy przesuszenia skóry, więc dla mnie całkiem dobry produkt- RECENZJA.

Maseczki w płacie i pod oczy


GlySkinCare Gold Collagen Eye Pads - kolagenowe płatki pod oczy ze złotem. Wiązałam z nimi spore nadzieje, jednak po jednej 30 minutowej aplikacji nie zauważyłam żadnej redukcji zmarszczek czy cieni pod oczami, za to nabawiłam się reakcji alergicznej. Na pewno do nich nie wrócę!

Holika Holika Makgeolli Brightening Mask Sheet Mimo, iż płat trochę kiepsko trzymał się skóry na brodzie, a skład maski idealny nie jest, to zawartość ekstraktów roślinnych i sfermentowanego ryżu dobrze działała na moje zmiany hiperpigmentacyjne. Być może jeszcze kiedyś do niej wrócę, tym bardziej że maska mnie nie uczuliła i nie podrażniła (a zużyłam kilka sztuk)...

Ze Skin79 zużyłam jedną sztukę Fresh Garden Mask Snail, którą bardzo dobrze wspominam. Jest przyjemna i niezwykle komfortowa, wykonana z czystej bawełny, delikatna, i dobrze nawilża przesuszoną skórę. Ponadto, na próbę wzięłam 2 sztuki słynnej rozjaśniającej Animal Mask For Dark Panda. Sporo osób pisało, że maska nie jest komfortowa, że lubi podrażniać itp., ale ja nic takiego nie odnotowałam, więc zakupię sobie na jakiejś promocji cały zapas i po dłuższym stosowaniu ocenię jej właściwości rozjaśniające.

Missha Pure Source Cell Sheet Mask - świetne maseczki w płachcie o całkiem przyzwoitych składach. Acai Berry oraz Bamboo mają działanie odżywcze i rewitalizujące, ale to jednak cudnie pachnące i nawilżające Mango skradło moje serce i już czekam na kolejną ich dostawę z Kontigo (niestety, po ostatniej promocji, brakło ich już dla mnie, więc muszę się uzbroić w cierpliwość). Maski Missha nie zawierają parabenów i phenoxyethanolu, za to mają w składzie liczne ekstrakty roślinne oraz kwas fitowy, który dodatkowo rozjaśnia przebarwienia i wspaniale wygładza skórę. Poza tym, kosztują niewiele (9 zł), więc z pewnością będę stale uzupełniać ich zapas i polecać wszystkim wkoło.

Cettua Hydrating Facial Mask - przyjemnie nawilżająca i regenerująca maska na tkaninie; jest bardzo przystępna cenowo, więc chętnie do niej powrócę i wypróbuję też inne wersje.

Goodal Waterfull Mask Mercedes Benz wśród masek w płachcie! Tkanina cieniutka i tak delikatna, że praktycznie jej nie czuć, a do tego idealnie dopasowuje się do kształtu twarzy. Po 20 minutach moja skóra (twarzy, szyi i dekoltu, gdyż je również posmarowałam resztkami esencji) była ukojona, gładka, ładnie napięta i doskonale nawilżona (zapewne dzięki bogatym ekstraktom i minerałom z wód oceanu). Jest to zdecydowanie najlepsza nawilżająca maska na tkaninie, z jaką miałam styczność.

Baviphat Woori Gukmul Rice Bran Mask - genialne opakowanie, ale na temat rozjaśniających właściwości maseczki nie jestem w stanie powiedzieć nic sensownego po zaledwie jednym użyciu. Mimo to, maska przyjemnie pachniała i była dobrze nasączona esencją.

Sephora Orchid Face Mask była spoko, ale w porównaniu z niektórymi koreańskimi maskami na tkaninie bez rewelacji, a do tego skład bardzo słaby. Najlepiej wspominam jednak maseczki pod oczy, które nie tylko nawilżają, ale i widocznie rozjaśniają zasinienia i zaczerwienienia. Tym razem zużyłam Pomegranate oraz Green Tea Eye Mask i to tę ostatnią wspominam najlepiej. Myślę, że do maseczek pod oczy będę jeszcze wracać, bo nie podrażniały (w przeciwieństwie do np. płatków SkinLite) i miały naprawdę zacne działanie. 

Makijaż i perfumy


Oriflame Lovely Garden (woda toeletowa, 50 ml) - cudowny, słodko-świeży zapach w pięknym, minimalistycznym flakonie. Chętnie jeszcze do niego wrócę. RECENZJA

Essence Nail Polish Remover (coconut & papaya) - bardzo wydajny zmywacz do paznokci bez acetonu (150 ml wystarczyło mi chyba na ponad 6 miesięcy). Co prawda, zmywa lakier trochę topornie, ale nie przesusza płytki i ładnie pachnie, więc dla mnie jest spoko. Mam ochotę teraz wrócić do wersji czerwonej, bo trochę lepiej pachniała.

Effective Nails Acetone - jako że z hybrydami się nie polubiłam (a zwłaszcza z ich ściąganiem, o zgrozo!), to ten produkt służył mi przede wszystkim do usuwania kleju z wszelkiego rodzaju opakowań i szklanych słoików - w tej roli spisał się wzorowo! 

AVON True Colour Supershock Max Volume Mascara (10 ml) - niedrogi (ok. 17 zł), ale rewelacyjny pogrubiający tusz - nie skleja rzęs, fajnie pogrubia, a przy tym nie kruszy się i nie rozmazuje. Mój ulubieniec, do którego lubię co jakiś czas wracać, mimo iż ciągle szukam bardziej naturalnego zamiennika... RECENZJA

Delia Cosmetics CC Correction Cream 9in1 (30 ml) - trafił mi się w jakimś Joybox'ie i o dziwo, bardzo się z nim polubiłam (i zużyłam do cna). Używałam go całą wiosnę do codziennego makijażu do pracy; kolor miał odpowiedni dla mnie, czyli dość jasny, bez różowych tonów, których nie cierpię. Co więcej, trzymał się całkiem nieźle (choć bez dokładania pudru na dłuższą metę nie dał rady) i nie przesuszał skóry, więc jeśli szukacie czegoś taniego i dobrego, serdecznie polecam!

Skin79 The Oriental Moist Sun BB Pact SPF25 PA++ Plus (13 g) - Najlepszy puder ever! Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego tak go kocham i żegnam z wielkim żalem, odsyłam Was do pełnej recenzji -> RECENZJA.

I jak? Dobrnęliście do końca? ;)
Dajcie znać, czy znacie te kosmetyki 
i oczywiście co o nich myślicie.
Kolejne denko będzie na pewno szybciej 
i na pewno mniejsze - obiecuję! xo

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger