piątek, 31 marca 2017

DIY: 2w1 kwietnik+regał ze skrzynek

DIY: 2w1 kwietnik+regał ze skrzynek
Pomimo zamiłowania do minimalizmu i industrialnych, nowoczesnych wnętrz, mam również słabość do DIY. Raz na jakiś czas lubię sobie odnowić jakąś starą komodę lub wręcz przeciwnie, postarzyć jakiś mebel lub dodatek (np. stół czy lustro). Nie lubię marnować surowców i między innymi z tego względu uwielbiam meble i dodatki "z odzysku". Mam szczęście, że mój mąż to prawdziwa "złota rączka" i sam chętnie proponuje mi podobne rozwiązania, a potem oczywiście je wykonuje. Widzieliście już kiedyś jego stolik/szafkę RTV z palet, a dzisiaj chciałam Wam pokazać mebel wykonany ze pomalowanych na biało skrzynek po jabłkach...


Przyznam, iż ten mebel jest raczej prosty i wygląda trochę topornie, ponieważ początkowo miał pełnić funkcję stolika w ogrodzie. Na razie jednak mój projekt ogrodu jest głęboko w lesie, także w międzyczasie postanowiłam wykorzystać ten DIY mebel do wystroju gabinetu. 


W gabinecie, póki co, pełni potrójną funkcję: A) jest w nim kilka półek, które służą mi za regał na książki i różnego rodzaju klamoty, B) jak widać na załączonym obrazku, idealnie spełnia się w roli kwietnika, i wreszcie C) - zastawia mi brzydko wyglądające rury od grzejnika. Na razie takie rozwiązanie jest dla mnie idealne, ale za kilka miesięcy planuję przemalować i trochę przemeblować gabinet, także skrzynki być może wówczas trafią tam, gdzie oryginalnie miało być ich miejsce (czyli do ogrodu). xo


poniedziałek, 27 marca 2017

Deser z chia w roli głównej

Deser z chia w roli głównej
Nasiona chia stają się coraz bardziej popularne i coraz łatwiej dostępne nawet w mniejszych miastach, co ogromnie mnie cieszy, ponieważ są bardzo zdrowe i dietetyczne. Po pierwsze, te maleńkie i niepozorne ziarenka są cennym źródłem antyoksydantów, witamin i minerałów (przede wszystkim kwasów Omega-3, błonnika, wapnia, magnezu, żelaza, selenu, czy też witaminy C). Regularne ich spożywanie skutkuje m.in. wzrostem energii, poprawą koncentracji, przyspieszeniem przemiany materii, poprawą kondycji włosów, skóry i paznokci, a także wzmocnieniem kości. Co więcej, nasiona chia pomagają regulować poziom cukru we krwi, obniżają poziom złego cholesterolu i działają przeciw nowotworowo, więc naprawdę warto się za nimi rozejrzeć w sklepach ze zdrową żywnością lub w supermarketach.

nasiona chia

Aby wykonać bardzo prosty i zdrowy deser tudzież szybkie drugie śniadanie z nasionami chia w roli głównej, potrzebujemy: 
  • 2-3 łyżki nasion chia
  • 3/4 szklanki ulubionego mleka (może być mleko sojowe, ryżowe lub mleczko kokosowe, choć moim zdaniem to ostatnie jest nieco mdłe w smaku)
  • garść owoców (idealne są np. maliny, jagody, śliwki - oczywiście najlepsze są owoce świeże, ale by nie czekać do lata, na razie można sobie dogadzać również owocami mrożonymi, domowymi konfiturami lub ewentualnie dodać kilka orzechów i bakalii).

nasiona chia

Nasiona chia sypiemy na dno szklanki, zalewamy mlekiem, odstawiamy do lodówki na około 2 godziny, a na koniec dodajemy na wierzch owoce. Jak zapewnia Ania Lewandowska w swoich książkach oraz na blogu Healthy plan by Ann, pudding chia to również doskonały koktajl przed treningiem, aczkolwiek ja czasami zjadam go sobie po - fantastycznie syci oraz uzupełnia niedobory energetyczne, a przy tym świetnie smakuje. 


nasiona chia

To jak, przekonałam Was do nasion szałwii hiszpańskiej? 
A może macie jakiś inny przepis na chia? xo

czwartek, 23 marca 2017

SKIN79 The ORIENTAL BB Moist Sun BB Pact

SKIN79 The ORIENTAL BB Moist Sun BB Pact
Bardzo długo nie mogłam się przekonać do używania pudru. Przede wszystkim dlatego, że moja cera poza strefą T zazwyczaj odczuwała nieprzyjemne ściągnięcie, przesuszenie czy nawet szczypanie. Próbowałam kilka różnych produktów różnych marek, i z żadnego do końca nie byłam zadowolona. Aż do jesieni 2015 roku, kiedy to w moje łapki trafiło złote cudeńko koreańskiej marki Skin79, czyli The ORIENTAL BB Moist Sun BB Pact SPF25 PA++ Plus.


Jeśli jesteście sroczkami, to Waszą uwagę przyciągnie oczywiście to złote i niezwykle eleganckie opakowanie z lusterkiem i puszkiem w środku. Opakowanie ucieszy również gadżeciary, ponieważ lusterko wykręca się i obraca (wokół własnej osi o 360 stopni oraz pod różnymi kątami) niczym Yoga Tablet. Opakowanie/puzderko/gadżet jest nie tylko nowoczesne i efektowne, ale też bardzo solidne i praktyczne. Będąc w podróży, stawiałam sobie lustereczko na blacie i wykonywałam makijaż i w tej roli sprawdzało się naprawdę dobrze. Dzięki temu, nie musiałam dodatkowo taszczyć żadnych innych lusterek do make-up'u, więc moja kosmetyczka była znacznie lżejsza. Dodatkowym atutem jest tutaj także obecność aplikatora-puszku. Kilka razy zdarzyło mi się zapomnieć pędzla do pudru, w związku z tym puszek okazał się wybawieniem (jest on również świetny do torebki i szybkich poprawek np. w pracy).



Jednak to nie opakowanie mnie w sobie rozkochało. Sam puder okazał się dla mnie ogromnie pozytywnym zaskoczeniem i to właśnie dzięki niemu zaczęłam tak naprawdę swoją przygodę z pudrami, "gruntowaniem" twarzy po podkładzie a przed aplikacją bronzera, różu czy rozświetlacza, dzięki czemu wszystko łączy się w jedną zgraną całość. Pamiętam, że już po kilku pierwszych użyciach doceniłam zalety tego produktu i używałam go z wielką przyjemnością przez prawie półtora roku (z kilkoma przerwami).

Zalety produktu:
  • bardzo skuteczne i długotrwałe matowienie skóry (zwłaszcza w problematycznej dla mojej mieszanej cery strefie T) przy jednoczesnym uczuciu nawilżenia
  • efektowne, solidnie wykonane i praktyczne opakowanie z lusterkiem
  • kolor idealny dla jasnych karnacji
  • doskonale łączył się z większością podkładów (z wyjątkiem matującego fluidu z Bielendy, który dawał na tyle pudrowy efekt, że nie wymagał już aplikacji pudru)
  • daje bardzo naturalny efekt (nie czuję, jakbym w ogóle miała na sobie jakiś puder!)
  • puder ma bardzo przyjemną, jedwabistą konsystencję
  • delikatnie wyrównuje koloryt cery, lekko kryjąc drobne zaczerwienienia czy przebarwienia
  • nie przesuszał, nie ściągał mojej suchej i wrażliwej na policzkach cery, nie uczulił i nie podrażnił (ostatnio co prawda odczuwałam delikatny dyskomfort, ale jest to związane z faktem, iż zgodnie z zaleceniami producenta, kosmetyk należy zużyć do 12 miesięcy od otwarcia, a ja używałam go nieco dłużej niż rok)
  • bardzo wydajny (opakowanie zawiera 13g, które starczy na parę dobrych miesięcy do roku)
  • posiada filtr (SPF25).
Wady produktu:
  • dostępność głównie w wybranych sklepach online (m.in na douglas.pl, kosmetykomania, minti shop czy w sklepie Skin79).


Jak widzicie, jest to kosmetyk praktycznie bez wad. Mimo niechęci do pudrów, ten okazał się dla mnie strzałem w dziesiątkę i z pewnością prędzej czy później do niego wrócę. Moim zdaniem, jest on wart swojej ceny - 99 zł to w końcu nie majątek, tym bardziej, że puder jest niezwykle wydajny, a często można go złapać na jakiejś promocji (np. obecnie - 20% na produkty do makijażu twarzy w Douglas'ie). Dla mnie ten kosmetyk to po prostu ideał i z wielkim żalem po ponad roku przyjaźni muszę się z nim pożegnać. Ale nie ma tego złego, bowiem prawdziwi przyjaciele zawsze wracają i zawsze są po prostu niezawodni. Już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z The ORIENTAL BB Moist Sun BB Pact... ;) 

Znacie kosmetyki Skin79? 

środa, 15 marca 2017

O kąpieli słów kilka

O kąpieli słów kilka
  "Gorąca kąpiel jest dobra na wszystko, no, prawie na wszystko. (...)
  W kąpieli medytuję. Woda musi być bardzo gorąca, tak gorąca, żeby parzyła, kiedy się wkłada nogę do wanny. Trzeba się zanurzać bardzo powoli, centymetr po centymetrze, aż woda dojdzie do szyi. 
  Pamiętam sufit nad każdą wanną, w jakiej się kiedykolwiek wylegiwałam. Pamiętam kolor tynku, rysy, pęknięcia, wilgotne zacieki, no i lampy. Pamiętam kształt wanien: stare, na wygiętych nogach, i nowoczesne, podobne do trumien, i wymyślne, różowe, marmurowe, w cudownych łazienkach z oknami o zamglonych szybach (...). Pamiętam też kształty i rozmiary kurków i mydelniczek.
   W wannie z gorącą wodą staję się naprawdę sobą."

Sylvia Plath, "Szklany Klosz", Czytelnik, Warszawa 1975, str. 36.


Jak widać, Sylvia Plath miała hopla na punkcie kąpieli. Kąpiele uwielbia zapewne także większość z nas. Jest to nie tylko moment fizycznego oczyszczenia się i zmycia z siebie wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń, ale również upragniona chwila wyciszenia się i błogiego relaksu, którą możemy połączyć także z pielęgnacją całego ciała oraz twarzy. Jak zatem sprawić, by kąpiel dała nam maksimum pielęgnacyjnych korzyści, a przy tym uprzyjemniła wieczór po ciężkim dniu pracy oraz ukoiła nerwy? Poniżej kilka moich ulubionych produktów oraz patentów na kąpiel idealną. Zapraszam!

Po pierwsze: temperatura
W przeciwieństwie do Plath, nie jestem zwolenniczką zbyt gorących kąpieli. Po pierwsze, zbyt gorąca woda zwyczajnie mnie parzy, a po drugie, nie jest wskazana ze względów zdrowotnych. Ponoć idealna temperatura wody waha się w granicach 34-37 stopni Celsjusza. Tak ciepła kąpiel pozwoli nam się odprężyć, rozgrzać i jednocześnie rozluźnić mięśnie (zwłaszcza po treningu), a poza tym ułatwi nam zasypianie. Istotny jest przy tym czas trwania kąpieli, który nie powinien przekraczać 20 minut. Zbyt gorąca woda oraz zbyt długa kąpiel będzie męczyć zarówno naszą skórę, jak i dla układ krwionośny, dlatego też nie warto na siłę sprzeciwiać się naukowcom ;)


Po drugie: pielęgnacja
Poza temperaturą wody i czasem trwania terapeutycznej sesji w wannie, niezwykle istotne jest również to, w czym się kąpiemy. Ja osobiście zwracam uwagę zarówno na zapach, jak i na skład oraz właściwości wszelkiego rodzaju płynów, żeli i kul do kąpieli. Fajnie, jeśli kosmetyk ma przewagę naturalnych składników, a przy tym zawiera bogactwo olejków i relaksujących wyciągów roślinnych (moimi ulubionymi są m.in. olejek ze słodkich migdałów, olej makadamia, ylang ylang, masło shea). Ideałem są oczywiście płyny i żele pozbawione SLS i SLeS, jednak niestety ciężko znaleźć żele pod prysznic i szampony pozbawione tych detergentów (niemniej, zawsze warto czytać składy i zwracać uwagę na reakcje naszej skóry). Bardzo przyjemne produkty do kąpieli ma w swojej ofercie m.in. marka Kneipp (właśnie zużywam trzecią buteleczkę ich słynnego olejku Kwiat Migdała), Nacomi (jak choćby widoczna na zdjęciu Półkula musująca do kąpieli o zapachu pomarańczy i wanilii z olejem makadamia), czy też Sweet Bath - firma produkująca cudowne słodycze (ciasteczka, muffiny, puddingi etc.) przeznaczone do rozpuszczenia w wannie. 



[EDIT, 16.03.2017] Zapomniałabym wspomnieć również o moich ulubionych żelach pod prysznic, których często gęsto używam w roli płynu do kąpieli. Bardzo przyjemne zapachy ma w swojej ofercie marka The Body Shop (o żelach widocznych na zdjęciu nieco więcej napiszę niebawem), i co dla mnie ważne, żele tej marki nie przesuszają mi skóry. Ponadto, zawsze wracam też do kosmetyków marki Tołpa, ponieważ kosmetyki te nie zawierają detergentów, parabenów i całej tej szkodliwej chemii, a przy tym są niezwykle delikatne dla skóry i bardzo delikatnie pachną.



No i nie byłabym sobą, gdybym minimum raz w tygodniu podczas kąpieli nie zrobiła sobie peelingu całego ciała, a na twarz nie położyła jakiejś nawilżającej lub odmładzającej maseczki (po więcej pomysłów odnośnie domowego SPA odsyłam Was tutaj).

Po trzecie: umilacze
No i wreszcie, poza wszelkiego rodzaju kosmetykami, warto umilać sobie kąpiele relaksującą muzyką, aromatycznymi świecami bądź woskami ulubionych marek (a jest w czym wybierać!). Na zagranicznych kanałach youtube widziałam również dziewczyny umilające sobie kąpiele truskawkami, szampanem oraz ulubioną książką, ale powiem Wam szczerze, że dla mnie to spora przesada i lans pod publiczkę. Zwłaszcza pomysł czytania książek w wannie wydaje mi się idiotyczny; po pierwsze, istnieje ogromne ryzyko zachlapania książki, a po drugie, czytanie wciąga, w związku z czym nasza kąpiel musiałaby trwać dłużej niż zalecane 20 minut. U mnie czytanie książki zawsze ma swoje miejsce już po kąpieli, w najwygodniejszym miejscu na świecie, czyli moim łóżku. ;)


A jakie są Wasze patenty na relaksującą kąpiel? xo

sobota, 11 marca 2017

BATH & BODY WORKS: Midnight Pomegranate

BATH & BODY WORKS: Midnight Pomegranate
Bath & Body Works to amerykańska firma słynąca na całym świecie z fantastycznych zapachów, niestety w Polsce raczej słabo dostępna dla większości konsumentów (w zasadzie, produkty tej marki możemy nabyć tylko w 3 miejscach: w salonach stacjonarnych w Galerii Mokotów i Złotych Tarasach oraz online). Podczas mojej ostatniej wizyty w Warszawie (w połowie stycznia) obowiązkowym punktem było zatem odwiedzenie salonu Bath & Body Works w Złotych Tarasach, gdzie na promocji -50% zakupiłam mydło w piance do rąk (genialne są!) oraz świecę w słoju o zapachu Midnight Pomegranate. 


Midnight Pomegranate (z ang. Granat o północy) to seria zapachów do domu i ciała, w których dominują słodko-kwaśne owocowe nuty, takie jak czerwony granat, borówka, czy czarna porzeczka. Aby dodać produktom wielowymiarowości, zmysłowości i tajemnicy Orientu, uszlachetniono je wonią anyżu i paczuli (które, na szczęście, są wyczuwalne raczej w delikatny i nienachalny sposób). Dla mnie ta mieszanka okazała się strzałem w dziesiątkę; zapach jest idealnie wyważoną kompozycją słodko-kwaśnych owoców z nutami drzewnymi i orientalnymi. Z jednej strony jest świeżo i lekko, a z drugiej strony też trochę słodko i romantycznie. 


Pomimo nazwy, lubię palić tę świecę o każdej porze dnia i nocy. Rano dodaje mi energii do działania i pozytywnie nastraja, natomiast po pracy fantastycznie odpręża i poprawia nastrój. Zapach Midnight Pomegranate jest piękny i nietuzinkowy, a przy tym na tyle subtelny i wyważony, iż absolutnie nie dusi, nie drażni i nie wywołuje bólu głowy. Zgodnie z zapewnieniami producenta, średnia świeca pali się od 20 do 30 godzin. Ja co prawda palę ją bardzo oszczędnie (nie często mam okazję coś kupić w BBW!), ale mimo to jestem zaskoczona tym, że świeczka tej wielkości starcza na dość długi okres czasu - w moim przypadku Granat o północy cieszy mnie swą wonią już trzeci miesiąc z rzędu ;). Świeczkę udało mi się nabyć na promocji, gdzie kosztowała jedynie 35 zł (zamiast 49 PLN).


Znacie zapach Midnight Pomegranate ? Jakie produkty BBW polecacie?

 

wtorek, 7 marca 2017

Ulubieńcy lutego: film, książka, muzyka

Ulubieńcy lutego: film, książka, muzyka
Hejka! Moich kosmetycznych ulubieńców lutego już poznaliście w poprzednim wpisie, zatem dzisiaj zapraszam Was na przegląd lajfstajlowo-kulturalny... Here we go!


ULUBIONY FILM
Nikogo tutaj chyba nie zaskoczę, bowiem w lutym najbardziej spodobała mi się najpopularniejsza polska produkcja sezonu, czyli "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej". Jako nastolatka widziałam raz doktor Wisłocką na żywo pod szpitalem na Woli, w kolorowej chuście na głowie i sukience w kwiaty. Wydała mi się wówczas nieco ekscentryczną starszą panią, ale gdyby nie mój tato, nie miałabym zielonego pojęcia, kim była i czym się zajmowała. Pamiętam, jak potem w liceum książka pani doktor (z tą słynną ugrzecznioną małżeńską okładką!) krążyła wśród moich kolegów i koleżanek z klasy. Do mnie niestety nie dotarła, niemniej zawsze byłam (i wciąż jestem) jej ogromnie ciekawa. Sama postać Wisłockiej jest dla mnie niezwykle ciekawa, inspirująca i niebanalna; była to kobieta nie tylko wykształcona, ambitna, odważna i niezwykle nowoczesna jak na swoje czasy, ale również skłonna do wielkich kompromisów w imię miłości. Jak się okazało, decyzje, które podejmowała, nie zawsze wychodziły jej (oraz jej bliskim) na dobre. Niemniej jednak, była to postać niewątpliwie inspirująca i niezwykła: z niesłabnącym uporem potrafiła walczyć o swoje dzieło oraz szczęście osobiste i to moim zdaniem zasługuje na uwagę i szacunek. Film wyreżyserowany przez Marię Sadowską, z jedną z lepszych ról Magdaleny Boczarskiej oraz fantastyczną muzyką Radzimira Dębskiego aka Jimka to pozycja, której po prostu nie można przegapić! Jeśli nie zdążyliście pójść na ten film do kina, to koniecznie wyczekujcie premiery na DVD! :-)


ULUBIONA KSIĄŻKA
Ostatnio było u mnie raczej słabo z czytaniem książek, ale wreszcie znalazłam czas, by przeczytać 3. tom sagi Millennium pt. "Zamek z piasku, który runął" autorstwa Stiega Larsson'a. Nie będę Wam tutaj pisać o samej fabule, ponieważ to po prostu trzeba przeczytać (o ile jeszcze nie trafiliście na tę pozycję); Millennium to niesamowicie wciągający skandynawski kryminał, zaś Lisbeth Salander to jedna z moich ulubionych bohaterek literackich ostatnich lat. Trzecia część jest trochę spokojniejsza i mniej drastyczna od poprzednich, a mimo to do ostatniej chwili byłam ogromnie ciekawa, jak to wszystko się skończy. Ku mojemu zdziwieniu, po ogłoszeniu wyroku pod koniec książki uroniłam nawet kilka łez... a powiem szczerze, że bardzo, ale to bardzo rzadko zdarza mi się płakać nad książką. Jeśli jeszcze nie czytaliście Larsson'a, to gorąco polecam, a tymczasem ja sama już rozglądam się za czwartym tomem sagi autorstwa Davida Lagercrantz'a... ;) 

ULUBIONA MUZYKA
Ostatnio zachwyciła mnie muzyka kanadyjskiego artysty o pseudonimie The Weeknd, a zwłaszcza jego kawałki nagrane wspólnie z zespołem Daft Punk (który zresztą od paru dobrych lat bardzo lubię). Ostatnio najczęściej słuchałam 2 utworów tego duetu: "I feel it coming" oraz "Starboy"; lubię takie lekkie, wpadające w ucho piosenki, które nastrajają mnie pozytywnie na resztę dnia. Bardzo przyjemne do słuchania zarówno w domu, jak i w samochodzie. Jest to rhythm&blues w bardzo udanym, klimatycznym wydaniu, trochę przypominającym twórczość Miguela w połączeniu ze starym, ale jakże jarym Maxwell'em, którego wielbię od lat... Posłuchajcie i koniecznie dajcie znać, czy przypadnie Wam do gustu ;) 




Jeśli natomiast nie przepadacie za Daft Punk, to polecam też jeden z jego starszych kawałków solo pt. "Can't feel my face", który moim zdaniem jest po prostu mistrzostwem świata R'n'B:

 

   ❤❤❤

Dajcie znać, jakie książki i filmy ostatnio wywarły na Was duże 
wrażenie i co możecie mi polecić na pierwsze wiosenne popołudnia... xo

środa, 1 marca 2017

Kosmetyczni ulubieńcy lutego

Kosmetyczni ulubieńcy lutego
Luty był miesiącem krótkim, ale za to bardzo pracowitym. W związku z nowymi obowiązkami w pracy, miałam niestety zastój w blogowaniu i udało mi się opublikować zaledwie cztery wpisy. Chyba jeszcze nigdy nie było u mnie tak słabo, ale wraz z początkiem marca postanawiam się wreszcie ogarnąć i bywaj częściej (zarówno tutaj, jak i na Waszych blogach). Promise! A skoro słowo się rzekło, zaczynamy nowy, obiecujący miesiąc podsumowaniem poprzedniego. Dzisiaj zapraszam na ulubione kosmetyki, natomiast w kolejnym poście przedstawię Wam zapach, książkę, film oraz piosenkę, które skradły moje serce w lutym...


ULUBIONE KOSMETYKI

W lutym oczarowały mnie przede wszystkim produkty marki Sephora, zakupione jeszcze w styczniu: maseczki pod oczy oraz paleta do makijażu. Maski pod oczy zużyłam w lutym dwie: odżywczą z miodem (Honey) oraz odmładzająco-wygładzającą Lingzhi. Maski mają formę płatków nasączonych płynem, które przyklejamy na skórę pod oczami i zostawiamy na 15 minut. Trzymają się dobrze, nie uczulają, doskonale nawilżają, i wygładzają skórę pod oczami, a poza tym niwelują cienie. Płatki kupiłam na promocji (po 9,90 za 1 opakowanie) i z pewnością będę jeszcze do nich wracać. Genialne są!  

The Graceful - Elegancka paletka cieni do powiek również pochodzi z zimowej wyprzedaży -45% (kosztowała  39 zł). Ma fikuśne, sześciokątne opakowanie z kartonu, wyposażone w lusterko i zawiera 16 przyzwoicie napigmentowanych kolorków: od jasnego beżu po ciemny granat czy grafit. 8 kolorów w palecie jest perłowych, a 8 matowych; cienie są różnorodne (będą odpowiednie zarówno na co dzień, do biura, jak i na imprezę) i niezwykle łatwo się nimi maluje. Co więcej, cienie nie osypują się i nie podrażniają moich wrażliwych oczu, więc jestem z nich naprawdę zadowolona, tym bardziej, że udało mi się je zdobyć za tak niską cenę. W lutym najczęściej nakładałam na powieki odcienie nude oraz złoto, ale chciałabym jeszcze wypróbować ciemniejsze odcienie (na razie jednak trochę brakuje mi odwagi ;).



Do codziennego makijażu twarzy najchętniej używałam Hypoalergicznego Fluidu korygującego marki Bell Hypoallergenic, który u mnie sprawdził się o niebo lepiej niż rozsławiony i chwalony przez większość blogerek podkład HD z Catrice. Przede wszystkim, ten krem cc ma lekką, nawilżającą formułę, nie podkreśla suchych skórek i zmarszczek, delikatnie kryje i wygląda na skórze bardzo naturalnie, niczym druga skóra (i praktycznie wcale nie czujemy, że mamy go na buzi!). Ponadto, odcień 01 Porcelain nie jest dla mnie za ciemny i nie odznacza się od szyi, jak większość jasnych kremów cc czy podkładów. Oczywiście, polecam ten produkt do makijażu codziennego, a nie na większe wyjścia ;) 

Na koniec jeszcze chciałabym wspomnieć o dwóch kosmetykach do pielęgnacji. Pierwszy z nich to odżywka stymulująca wzrost rzęs Revitalash Advanced, a w zasadzie jej miniatura, która wystarczyła mi na ok. 1,5 miesiąca codziennej aplikacji. Moje rzęsy są z natury raczej długie, a oczy dosyć wrażliwe, dlatego odżywkę aplikowałam na moje lichutkie i rzadziutkie brwi. Po kilkunastu dniach zauważyłam, że zaczęły mi wyrastać nowe włoski, więc uważam to za spory sukces - ta odżywka naprawdę działa! Niestety, ta miniatura nie jest zbyt wydajna, natomiast produkt pełnowymiarowy do najtańszych nie należy. Mimo to, jest naprawdę skuteczna i z całego serca Wam ją polecam. Poza tym, piękne jest to, iż ten produkt został stworzony z miłości męża do chorej na raka żony. 



I na koniec niepozorny kremik, który już po kilku pierwszych aplikacjach uratował moje przesuszone po zimie dłonie oraz stopy. Bioaktywny Krem Barierowy marki Oillan o pojemności 40 ml jest dosyć uniwersalny i można go stosować na przesuszoną czy szorstką skórę całego ciała. Muszę przyznać, że byłam zdesperowana i po prostu próbowałam z moich kosmetycznych zapasów wszystkiego, co było pod ręką i to dopiero ten kremik przywrócił mojej skórze właściwe nawilżenie oraz miękkość, jakiej potrzebowałam (a  wierzcie mi, ostatnio nawet masło shea okazało się niewystarczające !). Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tym produktem i jedyne minusy, jakie w nim dostrzegam, to średni (aczkolwiek nie nieprzyjemny) zapach oraz mała pojemność. Mimo to, będę na pewno wracać do tego kremu oraz sięgać po inne produkty tej marki, gdyż zapowiadają się bardzo dobrze. xo


Copyright © 2016 Elfie's planet , Blogger