Sposób na zimę - zrób sobie hygge!

Sposób na zimę - zrób sobie hygge!

Niedziela to idealny dzień na relaks, zapalenie świecy, poleżenie na kanapie z kubkiem ulubionej herbaty, lekturę dobrej książki, lub po prostu cieszenie się czasem wolnym z rodziną i przyjaciółmi. Jak się okazuje, niedziela to idealny czas na hygge


O hygge zrobiło się głośno już w grudniu, kiedy to dwie książki o tym tytule pojawiły się w księgarniach w całej Polsce oraz szybko wskoczyły na listy bestsellerów; wówczas wszyscy o tych książkach mówili (lub fotografowali okładki i wrzucali na Instagram ;). Ja swój egzemplarz autorstwa Meik Wiking* dostałam w prezencie od pewnej przyjaznej duszyczki i pochłonęłam w jedno popołudnie. Książka jest lekka, łatwa i przyjemna: napisana prostym językiem a do tego ładnie wydana (zawiera sporo kolorowych zdjęć). "Hygge" opowiada o tajemniczym X Factorze, który sprawia, że Duńczycy są określani mianem jednego z najszczęśliwszych narodów na świecie.

*Autor książki, Meik Wiking, jest dyrektorem Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. Swoją drogą, Dania to naprawdę fantastyczny i pełen dobrobytu kraj, skoro mają takie Instytuty oraz czas i pieniądze kontemplować szczęście. W naszym kraju to na razie niestety nie do pomyślenia...

Owym sekretnym czynnikiem x jest właśnie obco brzmiące i trudne do przełożenia na język polski słowo hygge. Hygge to nic innego, jak duńska sztuka szczęścia, duński lifestyle, polegający na tym, że cieszymy się tym, co mamy i wykorzystujemy to w celu uprzyjemnienia sobie życia (i to nawet zimą, a może przede wszystkim zimą - dacie wiarę?). Poniżej przedstawię w punktach kilka elementów, które sprawią, że nasza niedziela (ewentualnie najmniej lubiana pora roku) będą bardziej hyggelig:

Świece. Pewnie każda z Was od razu pomyśli o świecach zapachowych, takich jak słynne Yankee czy Kringle Candle, jednak w hygge nie do końca o to chodzi. Generalnie, budowanie odpowiedniej atmosfery światłem jest niezwykle istotne, ale w tym celu Duńczycy wykorzystują przede wszystkim lampy oraz białe, bezzapachowe świece (a potem dokładnie wietrzą pomieszczenia!).


Gorący napój, np. kawa, herbata, czekolada, grzaniec - cokolwiek lubicie i co Was rozgrzewa. Ja akurat nie wyobrażam sobie pobudki i poranka bez kubka kawy z ekspresu, ale w ciągu dnia rozkoszuję się także smakiem zielonej, ziołowej oraz owocowej herbaty.

Słodycze. Najlepiej czekolada, ciasteczka, cukierki. Wszystko, co słodkie i kaloryczne jest dla naszej przyjemności po prostu niezbędne!


Książka, czyli coś, co tygryski i elfiki lubią najbardziej! Dla mnie najlepszy sposób  relaksu to właśnie czytanie książek. Po studiowaniu przez kilka lat literatury angielskiej w oryginale, od jakiegoś czasu odmóżdżam się również lekkimi poradnikami o modzie, choć nie ukrywam, że uwielbiam także czytać biografie oraz powieści (moimi ulubionymi autorami są m.in. Olga Tokarczuk, Haruki Murakami, Marcin Szczygielski, Manuela Gretkowska i inni).

Ponadto, dobre towarzystwo i wspólne spędzanie czasu, np. grając w różnego rodzaju gry planszowe lub po prostu śmiejąc się, pijąc, jedząc, rozmawiając, czy też oglądając film. W tym przypadku może się przydać zestaw ratunkowy hygge pt. ciepły koc, swetry i wełniane skarpety, czyli wszystko to, co sprawi, że zimą będzie nam po prostu ciepło, miękko i wygodnie. Z tym wszystkim kojarzy mi się również jedno bardzo przyjemne słowo - otulenie. Uwielbiam się otulać zimą, a Wy?

Warto jednak zaznaczyć, że hygge to nie tylko słodkie grzeszki, przyjemności i nicnierobienie, ale także wyznawanie takich wartości, jak: harmonia, spokój, komfort, prostota, poszanowanie natury, wdzięczność, równość czy bycie razem. Niemal wszystkie wyżej wymienione aspekty hygge są bardzo bliskie memu sercu (mam tu na myśli zarówno wartości, jak i przyjemności) i zamierzam być ich orędowniczką nie tylko w niedziele, ale i na co dzień. I nie obchodzi mnie, czy moda na hygge minie z nadejściem kolejnego sezonu, czy przyjmie się u nas na dłużej. Dla mnie to po prostu idealny styl życia, bardzo bliski idei slow life.

Udanej hyggelig niedzieli Wam życzę! xo

Wyniki urodzinowego konkursu

Wyniki urodzinowego konkursu

Witajcie w dzień po 3. urodzinach bloga! Niestety, moje plany wczorajszego świętowania zostały pokrzyżowane i wczoraj nie miałam czasu napisać nawet krótkiej notki na FB. W każdym razie, dzisiaj udało mi się znaleźć chwilę, by ogłosić wyniki. Zanim jednak zdradzę nick zwycięskiej obserwatorki, pozwólcie, że wyjaśnię jedną rzecz: w trakcie trwania rozdania, musiałam zmienić pkt. 3 regulaminu (warunki wzięcia udziału). Myślę, że większość z Was domyśla się, o co chodzi, ale aby być fair w stosunku do wszystkich uczestników, informuję, iż pewne rzeczy to tylko formalność i nie wszystko musicie traktować tak bardzo serio lub, co gorsza, pouczać inne osoby, że nie spełniają regulaminu.


Tak czy inaczej, bardzo wszystkim dziękuję za tak liczny udział, przeczytałam wszystkie odpowiedzi, ale też brałam pod uwagę Waszą aktywność na blogu (oraz ewentualnie na moich kanałach Social Media). 

W związku z tym, w 3. urodzinowym konkursie na blogu Elfie's Planet główna nagroda powędruje do mojej wiernej od lat czytelniczki o wdzięcznym nicku pirelka :-) Mam nadzieję, że będzie nam dane kiedyś się wreszcie poznać w realu (np. na konferencji Meet Beauty lub innym evencie dla blogerów)...

Dodatkowo, postanowiłam też przyznać małą nagrodę niespodziankę nowej, 300. obserwatorce - świat urody. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną dłużej :)

Serdecznie gratuluję zwyciężczyniom i do końca tego tygodnia czekam na e-maile od Was z danymi teleadresowymi na justynafrymus@gmail.com. xo


NEW IN, czyli nowości kosmetyczne stycznia: Montibello, Sephora, Nacomi, Bath&Body Works, The Body Shop

NEW IN, czyli nowości kosmetyczne stycznia: Montibello, Sephora, Nacomi, Bath&Body Works, The Body Shop

Znowu ostatnio pozbyłam się kilku kosmetyków. Dlaczego? Otóż data ważności 12.2016 lub 1.2017 na kilku czy kilkunastu produktach sprawiła, że musiałam je (z lekkim żalem) po prostu wyrzucić do kosza. Tym sposobem pozbyłam się trzech świetnych naturalnych masek do twarzy, kilku kremów i balsamów, jak również odżywki do włosów farbowanych Tołpa. Nie powiem, było smutno, ale z drugiej strony bilans zostaje zachowany, ponieważ znowu mam miejsce na nowości. Na początku stycznia pokazywałam już moje grudniowe nowinki, natomiast dzisiaj pokażę Wam, co wpadło w moje ręce w styczniu.


W sobotę 14.01 byłam w Warszawie na spotkaniu Save the Date zorganizowanym przez portal Face&Look. Podczas spotkania usłyszeliśmy m.in o kilku nowościach do pielęgnacji twarzy marki Montibello, natomiast w ramach upominku dostałam Krem nawilżający na noc z serii Hydrium Aqua Source oraz Eliksir rozświetlający i korygujący koloryt skóry z perłą, które będę miała przyjemność testować jeszcze tej zimy...


Po spotkaniu, wraz z kilkoma znajomymi blogerkami, udałyśmy się na likwidację salonu Douglas przy ul. Chmielnej. Niestety, asortyment był już bardzo ubogi, a do tego zniechęcił mnie widok porozrzucanych po podłodze i pootwieranych kosmetyków. Aby się nieco pocieszyć po tej wizualnej traumie, wpadłam do perfumerii Sephora na Nowym Świecie i zakupiłam sobie takie oto świeżynki: Rozświetlający podkład nawilżający (20 ml) w kolorze 20 jasny kremowy, Maseczkę z tkaniny do twarzy efekt drugiej skóry z orchideą, dwie maseczki pod oczy (Miód oraz Ling zhi)*, jak również dwie kapsułki z kremem pod prysznic na kolejny taki weekendowy wypad. Mam nadzieję, że z tych produktów marki Sephora będę zadowolona; czytałam już opinie w internecie i zapowiadają się całkiem obiecująco...

*EDIT, 27.01.2017: W tym tygodniu weszłam jeszcze do salonu Sephora w moje Galerii Jurajskiej i dokupiłam jeszcze na promocji dwie maseczki pod oczy: Granat oraz Zielona Herbata. Na razie użyłam tych płatków z miodem i jestem pozytywnie zaskoczona efektami :)



Moja towarzyszka podróży i warszawska współlokatorka Mariola, zrobiła mi niespodziankę w postaci kilku ciekawych książek (o książkach opowiem Wam jednak innym razem) oraz świeczki Kringle Candle Welcome Home, świecy do masażu oraz kuli do kąpieli od Nacomi. Zarówno świece, jak i markę Nacomi bardzo lubię, więc już się nie mogę doczekać, aż to wszystko wypróbuję. Na pierwszy strzał pójdzie chyba właśnie świeczka ;)


W ten sam weekend, przy okazji wizyty w Złotych Tarasach, wpadłam jak szczur w obierki na wyprzedaże do dwóch sklepów: The Body Shop i Bath&Body Works, których niestety w mojej Częstochowie nie ma (i raczej nie będzie). W TBS przygarnęłam dwa żele pod prysznic w cenie jednego: malina oraz masło kakaowe, natomiast w BBW mydło w piance do rąk Honeycrisp Apple oraz małą świecę w szkle Midnight Pomegranate. 



Standardowo, jak co miesiąc, moja ulubiona farba do włosów Casting Creme Gloss z L'Oreal (kolor 801 Satynowy Blond), a do tego dwa kremy z Maroka (jeden arganowy, drugi z opuncją) plus antyperspirant w sztyfcie Lady Speed Stick, który dostałam od rodziców.


Dajcie znać, jakie produkty Wy ostatnio przygarnęłyście 
oraz które z mojego haula interesują Was najbardziej, xo

Box FACE&LOOK Piękna Cera - idealny zestaw do zimowej pielęgnacji twarzy

Box FACE&LOOK Piękna Cera - idealny zestaw do zimowej pielęgnacji twarzy

Boxy kosmetyczne wszelkiego rodzaju uwielbiam, ale nie lubię kupować kota w worku, więc preferuję te, których zawartość niespodzianką nie jest. M.in. dlatego od lat interesują mnie pudełka Joybox, od niedawna Liferia, a sporadycznie także zestawy Trendy Glam Box czy inne od Burda Media. Niestety, dopiero 3 grudnia 2016 na spotkaniu Beauty by Bloggers w moje łapki trafiło pudełko Face&Look, o którym wcześniej nie słyszałam. Pudełko jest zupełnie inne od swoich konkurentów, od jakiegoś miesiąca z powodzeniem wraz z mężem używamy kosmetyków, jakie się w nim znalazły, a od niedzieli wreszcie znalazłam czas, by również zapoznać się z lekturą, jaka była dołączona do zestawu pod nazwą Piękna Cera


W zestawie znajdziemy 3 pełnowymiarowe produkty kosmetyczne oraz bieżący numer magazynu branżowego Face&Look:

1) Płyn micelarny Dermedic HYDRAIN3 Hialuro 200 ml (ok. 20-27 zł, na promocjach nawet od 15 zł ;)
2) Krem-żel ultranawilżający Dermedic HYDRAIN3 Hialuro 50g (ok. 38 zł)
3) Hialuronowy krem do twarzy Bielenda Professional 50 ml (ok. 40 zł)
4) Magazyn face&Look (4,99 zł)


Dermokosmetyki Dermedic testowałam już wcześniej (w zestawie ELLE pojawiły się kiedyś w wersjach miniaturowych), także wiedziałam już, że są fantastyczne! Płyn micelarny i krem pachną świeżo i przyjemnie (ale w subtelny i nienachalny sposób), są dobrze tolerowane przez moją skórę i bardzo dobrze ją nawilżają. 

Płyn micelarny zasługuje na medal, ponieważ jest wyjątkowo delikatny dla moich wrażliwych oczu - bardzo delikatnie je oczyszcza z makijażu i nie wywołuje łzawienia, podrażnienia, szczypania czy choćby irytującego efektu mgły. Pozostałą część twarzy zmywa przyzwoicie, choć nie jest w tym usuwaniu zanieczyszczeń i makijażu tak sprytny i wydajny jak np. kultowa różowa Bioderma czy Garnier. Tak czy inaczej, jest to jeden z lepszych płynów micelarnych, jakich do tej pory używałam (zaliczam go do ulubieńców, zaraz obok Tołpy i Garniera). Z kolei krem-żel ultranawilżający oczarował mnie swoją lekką konsystencją i błyskawicznym wchłanianiem. Smaruję się nim codziennie zarówno na dzień, jak i na noc i zauważyłam, że moja skóra jest idealnie nawilżona (dzięki niemu nie budzę się na przykład z suchą skórą na policzkach). Krem-żel nie zapycha i nadaje się pod makijaż. Dodatkowym bonusem jest przyjemny, subtelny zapach oraz elegancki i solidnie wykonany słoik.



Jeśli natomiast chodzi o Hialuronowy Krem Bielenda, to z wielką ochotą codziennie smaruje się nim mój mąż - kremy z pompką są moim zdaniem idealne dla facetów, gdyż dzięki nim nie psuje się ph kosmetyku. Kilka razy sama się nim posmarowałam i jestem pozytywnie zaskoczona (zresztą kremy Bielenda to moje ulubione kremy do twarzy od lat - moja skóra je po prostu uwielbia, a im jestem starsza, tym chętniej sięgam po coraz bogatsze wersje). Ta wersja kremu jest bardzo odżywcza; ma w składzie kilka moich ulubionych składników, m.in. masło kakaowe, olej kokosowy i awokado, glicerynę, kwas hialuronowy i mlekowy. Co prawda, wersja hialuronowa nie wchłania się błyskawicznie i nie jest tak lekka jak większość znanych mi wcześniej kremów tej marki; przez dłuższą chwilę pozostawia lekko połyskujący film na skórze, ale przy tym cudownie nawilża, regeneruje i koi suchą skórę. Moim zdaniem zimą nadaje się idealnie na co dzień (również pod makijaż i pod podkład!), a przy tym ma praktyczną pompkę, przepięknie (słodziutko) pachnie, nie wspominając o tym, że chroni nas filtrem SPF15. 

Magazyn Face&Look jest z kolei bardzo ciekawym dodatkiem i ogromnie się cieszę, że znalazł się w pudełku. Generalnie, możecie go nabyć w Empikach (kosztuje jedynie 4,99), w sklepach sieci Fale Loki Koki lub w salonach fryzjerskich i kosmetycznych rekomendowanych przez F&L (na ich stronie jest mapka z zaznaczonymi miejscami w całej Polsce). Jeśli chodzi o numer 24 listopad/grudzień 2016, to uprzyjemniał mi drogę z Warszawy z eventu Face&Look, natomiast w kolejce czeka już na mnie numer 25 (styczeń/luty 2017), którego redaktorem naczelnym jest Conrado Moreno. W obu wydaniach polecam Wam zwłaszcza artykuły z zakresu zimowej pielęgnacji twarzy oraz ciała, przegląd trendów i nowości kosmetycznych, jak również testy blogerek dotyczących kilku wybranych kosmetyków. A, no i w pierwszym numerze przeczytałam o nowym zabiegu rozjaśniającym przebarwienia Montibello White Skin, na który jestem już totalnie przeziębiona i coś czuję, że w lutym spróbuję się na niego wybrać. ;-) 



Ogólnie rzecz biorąc, z pudełka jestem bardzo zadowolona, aczkolwiek przyzwyczaiłam się do nieco większej ilości kosmetyków w tego typu boxach (Joybox mnie chyba za bardzo rozpuścił, gdyż tam za 5 dyszek niejednokrotnie przytulałam ok. 10 produktów ;), choć z drugiej strony czasem mniej znaczy więcej. Kosmetyki w wariancie Piękna Cera mogę Wam z czystym sercem polecić - używanie ich to czysta przyjemność, zarówno micelek, jak i kremy sprawdzą się idealnie na zimę, zwłaszcza przy skórach suchych i odwodnionych. Jeśli ten box niekoniecznie wpisuje się w wasze potrzeby, to inne warianty znajdziecie TUTAJ (ceny pudełek wahają się od 39,99 do 49,99 zł). To jak, zamawiacie Face&Look? xo
PS. Dziękuję marce Face&Look, Sponsorowi II edycji spotkania Beauty by Bloggers, za pudełko do testów!


faceandlook.pl

YVES ROCHER Plaisirs Nature

YVES ROCHER Plaisirs Nature

Mam fioła na punkcie zapachów i w związku z tym to, jak pachnie kosmetyk do codziennego użytku, ma dla mnie ogromne znaczenie. Mimo, iż uwielbiam zakupy online, to czasami wolę się jednak przejechać do sklepu stacjonarnego, zwłaszcza po to, by uniknąć kupowania kota w worku i zwyczajnie kosmetyk czy perfumy po prostu powąchać "na żywca". W salonach stacjonarnych YVES ROCHER podoba mi się fakt, iż przy każdym kosmetyku z linii Plaisirs Nature są wystawione flakoniki, dzięki którym można sobie poniuchać różne warianty i zdecydować, czy opis zapachu sprostał naszym oczekiwaniom. Przy przedostatniej wizycie w salonie YR skusiłam się na Energizujący żel pod prysznic i do kąpieli Mango & Kolendra w wersji XL (400 ml), bowiem zauroczył mnie swym zapachem już w pierwszej chwili, od pierwszego sztachnięcia. Myślałam, że wybiorę wersję zieloną albo czerwoną, ale jednak słodziutkie i energetyczne mango, przełamane lekko gorzką nutką kolendry, wymówiło szeptem moje imię i skutecznie wybłagało "Weź mnie, a  nie pożałujesz!" Czy aby na pewno? O tym już za moment... 


Kosmetyk ma duże, bardzo wydajne i solidne opakowanie, ale niestety zamykanie typu "klik" nie zawsze łatwo się otwiera (zwłaszcza, gdy rączki mokre, a paznokietki kruchutkie - wówczas można się nabawić połamania, rozdwojenia tudzież nieestetycznego zadziora). Konsystencja żelu jest lekko glutowata, taka wiecie "niezbyt gęsta i niezbyt lejąca", lecz w sam raz. Dobrze się pieni (ma w składzie Ammonium Lauryl Sulfate) i pachnie bardzo intensywnie; nawet kilka-kilkanaście minut po kąpieli, łazienka wypełniona jest słodkim i hipnotyzującym zapachem żelu Mangue Coriandre (bo tak w oryginale brzmi jego nazwa). Nawet po miesiącu czy dwóch codziennych pryszniców, wciąż jestem zakochana w tej nucie zapachowej, która absolutnie mi się nie nudzi (a żel na dniach mi się skończy). Niestety, piękne opakowanie i zapach to nie wszystko; jak mawiały nasze babcie, "z pięknej miski się nie najesz", domyślam się, że z pachnącej też niekoniecznie, ale do rzeczy - żel YR Mango i Kolendra rozczarował mnie ze względu na fakt, iż masakrycznie przesusza moją skórę i trochę ją podrażnia, czego efektem jest powrót nieestetycznych, suchych i lekko zaczerwienionych placków na ramionach oraz swędzenie - a to jest mój radar, jeśli chodzi o kosmetyki do ciała - jak coś przesusza lub uczula, to zawsze prędzej czy później wylezie w tamtym miejscu :( 


Zalety produktu:
  • ładne i solidne opakowanie
  • fantastyczny, intensywny zapach mango z nutką kolendry i aloesu
  • przyjemna konsystencja
  • dobrze się pieni i przyzwoicie myje ciało (choć ma w składzie ALS, czego niektórzy raczej wolą unikać)
  • dobra wydajność w przyzwoitej cenie (ok. 16 zł/400 ml)
  • 98% składników pochodzenia naturalnego, baza myjąca roślinna, bez parabenów i etoksylanów).
Wady produktu:
  • zamykanie ciężko się otwiera (warto w salonie nabyć pompkę za ok. 3 zł)
  • przesusza skórę i może wywołać reakcje alergiczne (w moim przypadku, są to suche, zaczerwienione "placki" na ramionach)
  • dostępność tylko w salonach stacjonarnych Yves Rocher oraz w sklepie online.


Żel pod prysznic ma przede wszystkim myć ciało i ładnie pachnieć, a przy tym fajnie, gdy ma przyjazny skład i nie przesusza skóry. Ten niestety ideałem nie jest. Fajnie wygląda, cudownie pachnie, skład ma całkiem ok (98% składników pochodzenia naturalnego, baza myjąca roślinna, bez parabenów i etoksylanów), choć eko-fanki i tak znajdą w nim pewnie kilka baboków (np. wspomniany wcześniej ALS). Dla mnie dyskwalifikujące jest niestety to przesuszanie skóry i z tego względu na pewno nie kupię go ponownie. Pomimo wspaniałego zapachu, oficjalnie obrażam się na nowe żele pod prysznic z serii Plaisirs Nature i z podkulonym ogonkiem wracam do Tołpy oraz w niedalekiej przyszłości mam zamiar wypróbować również żele pod prysznic The Body Shop, które ostatnio wpadły do mojego koszyka na wyprzedaży w Złotych Tarasach. Mam nadzieję, że one nie zrobią mi kuku. ;)

Dajcie mi znać, czy znacie żele YR i czy u Was też skończyło się przesuszeniem lub podrażnieniem skóry. Pozdrawiam cieplutko i do usłyszenia niebawem! xo

LIFERIA Listopad 2016 - recenzja

LIFERIA Listopad 2016 - recenzja

Jak być może pamiętacie z mojego OPENBOX'a, listopadowa Liferia już na pierwszy rzut oka oczarowała mnie swoją zawartością. Jak się z czasem okazało, moje przypuszczenia co do kosmetyków z tej edycji w większości okazały się słuszne, zatem jeśli jesteście ciekawi mojej opinii na ich temat, zapraszam na recenzję...


UNANI Dermo Defense face mask 100 ml
Maseczka o konsystencji lekkiego żelu i delikatnym zapachu to mój ulubiony kosmetyk z listopadowego pudełka. Stosuję ją średnio 2-3 razy w tygodniu, nakładając na 10 minut a następnie zmywając. Już po pierwszym użyciu zauważyłam, iż maska fantastycznie koi skórę, zmniejsza zaczerwienienia, poprawia nawilżenie i jędrność. Produkt jest bardzo delikatny, łatwo się zmywa, a przy tym nie zastyga i nie tworzy nieprzyjemnej skorupy na twarzy. No, a opakowanie z pompką moim zdaniem zasługuje na medal. Dla mnie bomba! Oby starczyła mi na bardzo długo...



NAOBAY Mleczko do twarzy HydraPlus 200 ml
Po kilku tygodniach używania oceniam mleczko jako bardzo przyjemne i łagodne dla skóry (ponadto, ma aż 99% naturalnych składników!). Mleczko pachnie delikatnie i ma konsystencję jedwabistego kremu. Jeśli mam być szczera, to z oczyszczaniem twarzy z brudu i makijażu radzi sobie nieco gorzej niż płyny micelarne, ale jego plusem jest to, iż nie powoduje przesuszenia czy ściągnięcia skóry. Na zimę moja skóra lubi robić się sucha, zwłaszcza na policzkach (poza strefą T), więc mleczko Naobay wpisuje się idealnie w codzienną zimową pielęgnację. Skóra po użyciu produktu jest miękka, nawilżona i przyjemna w dotyku jak pupcia niemowlaka. Jednak jest jedno ale - już po pierwszym zastosowaniu zauważyłam, iż mleczko nie nadaje się u mnie do demakijażu oczu, bowiem zostawia tzw. efekt mgły, czego ja po prostu bardzo nie lubię. Zdecydowanie lepiej zmywa mi się makijaż z oka jakimś dobrym płynem micelarnym lub do demakijażu oczu.


FLOS-LEK Żel ze świetlikiem lekarskim i herbatą do powiek i pod oczy 10g
Ten żel, jak pewnie większość z Was, znam od lat i chętnie do niego wróciłam. Jest lekki i przyjemny w użyciu, aczkolwiek pozostawia na skórze pod oczami lepką warstewkę. Uwielbiam aplikować ten żel po uprzednim schłodzeniu w lodówce - cudownie koi zmęczone powieki, a przy tym nawilża skórę pod oczami. Kilka z Was pisało mi o jakichś podrażnieniach czy uczuleniach na ten żel - ja na szczęście nie mam z tym problemu. Jest to żel idealny po ciężkim dniu w pracy czy kilku godzinach spędzonych przed monitorem komputera, natomiast na dłuższą metę nie wystarczający dla skóry dojrzalszej lub z pierwszymi zmarszczkami. 




MR. SCRUBBER Kawowy Scrub do ciała 100g
Jak widać na załączonym obrazku, opakowanie po kilku użyciach wygląda jak po jakiejś klęsce żywiołowej i trochę szpeci moją łazienkę. Minusem jest kiepska wydajność (użyłam go raptem 3 czy 4 razy) oraz fakt, że potwornie brudzi całą wannę i kafelki wkoło. Plusem jest bogaty, naturalny skład (oprócz kawy, której zapach dominuje w tym peelingu, mamy tu także olej z pestek winogron, z orzeszków makadamia, arganowy, z awokado, oliwę z oliwek oraz masło shea) oraz dogłębne złuszczenie, wygładzenie i nawilżenie skóry całego ciała. Nie trzeba już po nim używać balsamu, bowiem pozostawia na skórze lekko tłusty, nawilżający i odżywczy film. 


VG Professional - Foundation Studio Fix (20 g) 
Puder mineralny w kompakcie w odcieniu 101 okazał się dla mnie zdecydowanie za ciemny, więc na razie nie jestem w stanie go używać - poczekam jeszcze do wiosny/lata, a potem ewentualnie dam Wam znać, czy się sprawdził. Na razie nałożony na twarz tworzy nieprzyjemny wizualny efekt maski, więc stwierdziłam, że nie będę się ośmieszać ani nikogo straszyć. Na razie zostawiam bez opinii.



***
Pudełko listopadowe oceniam bardzo dobrze. Pierwsze wrażenie, czyli zachwyt, w zasadzie trwa do dziś; jestem ogromnie zadowolona z możliwości przetestowania tak ciekawych i unikatowych na naszym polskim rynku kosmetyków. Moim ulubieńcem jest maska hiszpańskiej marki Unani, ponieważ cudownie nawilża i koi moją skórę, poza tym bardzo przyjemnie używa mi się mleczka Naobay (choć kremik nawilżający z poprzedniej edycji to była po prostu petarda!) i żelu polskiej marki Flos-Lek. Scrub kawowy był ciekawym produktem, ale trochę drażnił ze względów (nie)estetycznych. :) Generalnie, rewelacyjne jest to, iż dzięki Liferii miałam okazję poznać wiele nowych produktów oraz marek - szczególnie zainteresowała mnie oferta hiszpańskich marek Naobay i Unani oraz ukraiński Mr.Scrubber - te produkty pasują zarówno do mojego rodzaju skóry, jak i sposobu jej pielęgnacji. Uważam, iż drugie pudełko było jeszcze lepsze od pierwszego, ponieważ jest w nim mniej kosmetyków kolorowych (a te zazwyczaj w tego typu pudełkach mają nieodpowiednie dla nas kolory), a ponadto mamy w nim praktycznie same produkty pełnowymiarowe, które wystarczą na bardzo długo.

Aktualnie w sprzedaży znajdziecie pudełko grudniowe, a w nim m.in. takie rarytasy, 
jak żel aloesowy i maska w płachcie marki Mizon! Możecie je nabyć TUTAJ.

LIFERIA.PL

Dajcie znać, czy już się skusiłyście i który kosmetyk najbardziej Wam się spodobał, xo


DKNY Be Delicious - czy tak pachnie Nowy Jork?

DKNY Be Delicious - czy tak pachnie Nowy Jork?

Woda perfumowana DKNY Be Delicious to jedna z moich ukochanych od lat. W zasadzie tuż po premierze w 2004 roku i obejrzeniu reklam wiedziałam, że to będzie TEN zapach, że po prostu muszę go mieć. Pamiętam, jak udałam się wówczas z mamą do perfumerii po swój pierwszy egzemplarz. Był grudzień, gorączka przedświątecznych zakupów, a perfumy o pojemności 50 ml można było kupić w zestawie z antyperspirantem lub z balsamem do ciała. Ja na prezent gwiazdkowy dostałam wtedy wodę perfumowaną plus dezodorant w sztyfcie, oba zapakowane w urocze firmowe pudełko, w których do dziś trzymam zapasowe żarówki ;) Tak czy inaczej, pamiętam, że zarówno woda, jak i dezodorant pachniały przepięknie oraz były niesamowicie wydajne (sztyft służył mi chyba z rok, potem próbowałam go szukać w perfumeriach, ale niestety na próżno). Dzisiaj skończyłam właśnie kolejny flakon tych perfum i jakoś tak smutno mi się z nimi żegnać. Aby umilić sobie rozstanie i jeszcze długo pamiętać ten zapach, postanowiłam poświęcić mu osobny wpis...



DKNY Be Delicious, co widać na załączonym obrazku, to zapach - symbol Nowego Jorku, czyli jabłko. Jak głosi slogan, ta woda to 100% czystego NY. Sam flakon-jabłuszko prezentuje się niezwykle stylowo, młodzieńczo i nowocześnie; takie połączenie szkła i metalu może być kojarzone z typowo nowojorskim budownictwem (mi osobiście przywołuje na myśl wieżowce oraz apartamenty loftowe, które uwielbiam). Podobnie jak owoc, który przypomina, flakon tych perfum idealnie mieści się w dłoniach i trzeba tylko uważać, aby się nie pomylić i zwyczajnie nie próbować go schrupać ;) 

Wnętrze flakonu skrywa wodę o nietuzinkowym owocowo-kwiatowym zapachu. Z początku uderzy nas aromat grejpfruta, magnolii, ogórka (nuty głowy) i zielonego jabłka, który jest niesamowicie orzeźwiający i świeży. Z czasem jednak Be Delicious pięknie się rozwija i wzbogaca o nuty kwiatowe (nutami serca są m.in. tuberoza, róża, konwalia i fiołek, ale ja na szczęście ich tutaj prawie nie czuję), by wreszcie uwolnić nuty bazy, takie jak biała ambra i drewno sandałowe, dzięki którym perfumy DKNY Be Delicious zyskują zmysłową i apetyczną intensywność. Jest to własnie taki rodzaj zapachu, który z początkowej świeżości i pozornej delikatności przemienia się w mocno kobiecy, apetyczny, słodki i zmysłowy. Choć (jeszcze) nigdy w Nowym Jorku nie byłam, domyślam się, iż właśnie takimi przymiotnikami można opisać zarówno te perfumy, jak i miasto: świeże, dynamiczne, nowoczesne, energetyczne, intensywne, apetyczne, zmysłowe, uwodzicielskie, nietuzinkowe. Jeśli poczytacie opinie na temat tych perfum na stronach perfumerii Douglas czy Sephora, to pomyślicie, że jest to zapach "dziewczęcy, lekki, wiosenno-letni, etc." Ja nie do końca się z tym zgadzam. Te perfumy są takie przede wszystkim na początku, tuż po aplikacji, natomiast pod koniec dnia rozwijają się w bardzo ciekawą, jednocześnie słodką, owocową, kwiatową i uwodzicielską woń. 


Dla mnie DKNY Be Delicious to zapach niezwykły, pysznie owocowy i słodki, a przy tym baaaardzo zmysłowy, intensywny i trwały (oczywiście pod warunkiem, że kupicie oryginalną wodę perfumowaną, a nie podróbkę z Allegro!). Ja swój 30 ml flakon miałam już dobrych parę lat - spryskiwałam się wodą co prawda okazjonalnie, ale wystarczyła dosłownie kropelka, by cieszyć się wonią słodkiego NY aż do wieczora! :-)

Dzisiaj rozstaję się z moim zielonym jabłuszkiem. Być może na wiosnę wrócę do wersji różowej (Fresh Blossom), która jest zdecydowanie lżejsza i bardziej kwiatowa. Na razie jednak czuję, iż potrzebuję odmiany i czegoś bardziej waniliowego oraz otulającego na zimę. Niemniej, zapach ten zdecydowanie Wam polecam i zapewne za jakiś czas sama do niego powrócę (no, chyba że już się kompletnie zestarzeję!)... Znacie? Lubicie? xo

PS. Przypominam o ROZDANIU!!!

ROZDANIE
THE BEST OF 2016: Kosmetyczni ulubieńcy 2016 roku

THE BEST OF 2016: Kosmetyczni ulubieńcy 2016 roku

Rok 2016 był dla mnie bardzo ciekawy pod względem spotkań i nowych współprac. Spełniło się kilka moich kosmetycznych (i nie tylko) marzeń, m.in. wreszcie miałam okazję poznać marki takie jak Urban Decay, Bath&Body Works, Sesderma, Obagi, Mincer Pharma, Indigo, Nuxe czy The Body Shop. Spełniło się również moje postanowienie o spróbowaniu kawy w Starbuck'sie, jednak dzisiejszy wpis będzie traktował wyłącznie o moich ulubionych kosmetykach i zapachach minionego roku. Zapraszam na mój subiektywny ranking...


PIELĘGNACJA TWARZY

Jak widać na załączonym obrazku, w 2016 odkryłam sporo perełek kosmetycznych do pielęgnacji twarzy. Moja facjata była chroniona najlepszymi dermokosmetykami już w lecie, dzięki czemu jesienią było przy niej nieco mniej roboty: Obagi Sun Shield z SPF50 stosowany wraz z genialnym serum Repaskin Mender marki Sesderma zapewniły mojej skórze najlepszą ochronę nie tylko na urlopie w Grecji, ale i zapobiegły jednej wielkiej hiperpigmentacyjnej katastrofie, która zwykle wcześniej miała miejsce jesienią. A propos jesieni, nie obyło się bez kuracji kosmetykami z moją ulubioną witaminą C: w tym roku z ogromną przyjemnością stosowałam złuszczającą domową mikrodermabrazję i krem pod oczy Mincer Pharma, a poza tym serum oraz krem nawilżający do twarzy z linii C-VIT marki Sesderma. Ponadto, odkryłam cztery fantastyczne maseczki do twarzy: oczyszczającą Himalayan Charcoal The Body Shop, odmładzającą Organic Ocean, nawilżającą Nuxe oraz Unani (która pochodzi z najlepszego boxa kosmetycznego 2016 roku, czyli Liferia).


Ponadto, najlepszym płynem micelarnym do codziennego demakijażu okazał się micel tołpa:dermo face, a jeśli chodzi o akcesoria, to gąbka Konjac Sponge do mycia i masażu twarzy marki Yasumi - jak dotąd miałam już 3, ale w 2016 odkryłam wersję charcoal (z węglem), którą polecam zwłaszcza osobom młodym i/lub borykającym się z problemem trądziku lub niedoskonałości. w 2017 chciałabym wypróbować wersję z likopenem, przeznaczoną dla osób walczących z przebarwieniami.



WŁOSY

Zacznijmy od tego, że w zeszłym roku wreszcie udało mi się zapuścić włosy, rozjaśnić je i, co się z tym wszystkim wiąże, bardziej o nie dbać. Oprócz szamponu, nie wyobrażam sobie teraz pielęgnacji włosów bez odżywki oraz maski, stosowanej po dokładnym oczyszczeniu włosów Szamponem głęboko oczyszczającym marki Pilomax. Co prawda, stosowałam ten szampon tylko raz lub dwa razy w tygodniu od wiosny 2016 i jak dotąd, nie zamieszczałam jego recenzji na blogu, niemniej uważam, iż jest genialny. Nie tylko bardzo dobrze oczyszcza włosy z brudu, tłuszczu, resztek produktów do stylizacji itp., ale ma też miłą, kremową konsystencję, ładny zapach, i nie plącze włosów. 


Po tym szamponie zazwyczaj nakładam na włosy jakąś dobrą maskę - moim największym odkryciem i nr 1 była zdecydowanie Lniana maska Sylveco, ale uwaga: stosowana PRZED MYCIEM WŁOSÓW (jeśli chcecie wiedzieć więcej, klikajcie tutaj). 


Ponadto, moje włosy wiosną wyglądały świetnie po szamponie i odżywce tołpa: green. odbudowanatomiast jesienią, po drastycznej zmianie koloru (z brązu na blond), doskonale zrobiła im kuracja kosmetykami Jantar od Farmony. Z czystym sumieniem Wam te kosmetyki polecam, a najlepiej w duecie szampon + odżywka! 



CIAŁO

Kosmetyków do ciała zużywa się chyba najwięcej, więc ulubieńców też było sporo. Do mycia ciała, najlepiej zapamiętałam dwa produkty, które trafiły mi się w wiosennej edycji pudełka Joybox: gruboziarnisty peeling kawowy Perfecta oraz naturalny i niezwykle delikatny żel do mycia ciała i włosów 2w1 BioIQ. Ponadto, moim ulubionym złuszczającym kremem pod prysznic był tołpa: specialist - nigdy bym nie przypuszczała, że pokocham tak delikatnego zdzieraka! Jeśli zaś chodzi o zwykły (tzn. nie złuszczający) żel pod prysznic, to najlepszy był Dove oraz The Body Shop Pinita Colada - w 2017 muszę koniecznie dorwać inne wersje zapachowe, np. brzoskwiniową lub malinową! :)



Jeśli natomiast chodzi o smarowidła, bardzo miło wspominam pięknie pachnące lawendą i wanilią masło do ciała marki Absolute Care, które właśnie kończę (-> smutek!) oraz balsam i krem do rąk z masłem shea (kocham masło shea!) z Organic Ocean. Te trzy kosmetyki pochodzą ze sklepu esentire.pl, do którego z pewnością jeszcze kiedyś zajrzę...


MAKIJAŻ

Niestety, nie było zbyt wielu odkryć w dziedzinie make-up'u, niemniej moją perełką do makijażu oczu była paletka Urban Decay Naked 2 Basics, którą odkryłam już na początku 2016 roku. Genialnie sprawdza się do moich wrażliwych oczu - cienie są trwałe, nie osypują się, nie uczulają, a kolory są neutralne i pasują w zasadzie do wszystkiego (choć z pewnością od czasu do czasu trzeba je ożywić jeszcze jakimiś mocniejszymi odcieniami). Ponadto, latem najlepiej spisywał się u mnie Fluid matujący Bielenda, po którym cera wyglądała naturalnie i nie świeciła się nawet bez użycia pudru (!), na paznokciach najczęściej nosiłam lakiery marki Indigo z serii The Nudes (plus olejek do skórek, bazę i top coat, które też są świetne), natomiast na ustach najbardziej komfortowo czułam się w pomadce Golden Rose Sheer Shine Stylo Lipstick (w kolorze 10), która nie przesusza ust i ma SPF25. Wszystkie 3 ostatnie pozycje odkryłam na konferencji Meet Beauty w kwietniu 2016. Mam nadzieję, że w 2017 roku będzie jeszcze lepiej i ciekawiej!


ZAPACHY

Jeśli miałabym wybrać tylko jedne perfumy i jedną świecę, które odkryłam w 2016, to z pewnością wskazałabym Lancome La Vie Est Belle oraz Kringle Candle Gold & Cashmere. Jeśli chodzi o świecę, to odkryłam ją dopiero w grudniu (pisałam o niej tutaj), natomiast perfumy - na razie tylko w miniaturze - dostałam jako prezent do zakupów w perfumerii Douglas (douglas.pl). Zapach La Vie Est Belle to świeża, pobudzająca i jednocześnie trochę słodka mieszanka kwiatowo-orientalnych nut (m.in. magnolii, irysa, paczuli). Jestem pewna, że w przyszłości skuszę się na jego pełną wersję; na szczęście, zapach jest bardzo trwały i ta miniaturka będzie mi uprzyjemniać jeszcze parę miesięcy 2017 roku... :)


Jeśli jednak mam być szczera, to rok 2016 był rokiem wielu wspaniałych zapachów i świec; nie sposób nie wspomnieć również o Pain Au Raisin od Yankee Candle, Seaside Citrus marki Bath & Body Works czy też Cappuccino z Polskich Świec. Bardzo miło wspominam je wszystkie i mam nadzieję, że w 2017 będę miała okazję poznać ich jeszcze więcej... xo


Znacie moich ulubieńców? A jakie kosmetyki 
skradły Wasze serca w 2016 roku?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger