OnlyBio: Ekologiczne produkty do mycia i pielęgnacji ciała

OnlyBio: Ekologiczne produkty do mycia i pielęgnacji ciała

Od jakiegoś czasu dążę do wyeliminowania szkodliwej chemii ze swojego życia, zarówno w pożywieniu, środkach czystości, jak i w kosmetykach, których używam na co dzień. Aktualnie naturalne, ekologiczne kosmetyki stanowią jakieś 90-95% wszystkich moich zapasów. Od listopada mam przyjemność używać dwóch produktów do mycia ciała od Laboratorium Naturella: mydła w płynie oraz płynu do kąpieli OnlyBio. Jeśli dbałość o środowisko oraz stosowanie naturalnych produktów to idee bliskie Twemu sercu, zapraszam Cię do dalszej lektury i do poznania kosmetyków ekologicznych OnlyBio - są to naprawdę dobre polskie produkty, o których niebawem będziemy mówić z wielką dumą... 


O marce
Laboratorium Naturella to nowa marka na rynku kosmetyków naturalnych, której produkty zawierają przynajmniej 99% składników pochodzenia naturalnego oraz są biodegradowalne, jednocześnie zapewniając wysoką efektywność działania.

Bazą wszystkich produktów firmy jest unikalna na skalę światową biosurfaktyna z rzepaku. Jest to substancja powierzchniowo czynna, która posiada właściwości myjące i czyszczące oraz antybakteryjne. Jej produkcja jest w pełni ekologiczna, a pozostałości po rzepaku służą jako pasza dla zwierząt. W portfolio Laboratorium Naturella znajdują się dwie marki: OnlyBio – kosmetyki przeznaczone do higieny i pielęgnacji ciała dorosłych i dzieci od pierwszego dnia życia oraz OnlyEco – oferująca ekologiczne środki czystości. 


Wszystkie produkty są pozbawione szkodliwej chemii, m.in. SLS, SLES, PEG-ów, silikonów oraz olejów mineralnych, a także substancji petrochemicznych i zwierzęcych oraz barwników mogących wywoływać podrażnienia i alergie.

Mydło w płynie OnlyBio

Płyn znajduje się w szklanym słoju z pompką o pojemności 500 ml. Słoik jest wykonany z ciemnego, matowego szkła. W skład produktu wchodzą: 

Składniki/ INCI: Aqua, Coco-Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Coco-Sulfate, Glycerin, Sodium Chloride, Disodium Cocoyl Glutamate, Sodium Cocoyl Glutamate, Sodium Surfactine, Canola Oil, Glyceryl Oleate, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate.


To mydło bez mydła delikatnie myje dłonie, jednocześnie usuwając brud oraz tłuszcz. Pachnie przyjemnie (jest to subtelny aromat przypominający cytrusy), jednak pieni się raczej słabo (co mi zupełnie nie przeszkadza - dla mnie nawet szampon może być bez piany, najlepiej, by nie zawierał SLS). Podczas regularnego, codziennego używania mydła moje dłonie odzyskały nawilżenie, miękkość i elastyczność, a wcześniej były wprost potwornie przesuszone. Dla mnie jest to bardzo dobry produkt. Jedynym minusem jest pompka, która działa trochę topornie i dozuje nieco za dużo produktu. Mimo to, po zużyciu całego mydła z opakowania, mam w planach dokupić sobie saszetkę uzupełniającą (tzw. refill).  

Płyn do kąpieli OnlyBio

Płyn do kąpieli znajduje się w podobnym, szklanym słoju co mydło w płynie (ma również sporą pojemność, bo 500 ml), jednak nie posiada pompki dozującej. Do jednej kąpieli zużywam ok. 2-3 nakrętki produktu i mimo braku SLSów, cieszę się przyjemną, otulającą moje ciało pianą. 

Składniki/ INCI: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Coco-Glucoside, Sodium Coco-Sulfate, Glycerin, Disodium Cocoyl Glutamate, Sodium Cocoyl Glutamate, Sodium Chloride, Sodium Surfactine, Canola Oil, Glyceryl Oleate, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate.


Zapach płynu jest zbliżony do mydła w płynie (również naturalny i nienachalny, przywodzący na myśl trawę cytrynową) - nie jest to jakieś super intensywne doznanie zmysłowe, niemniej kąpiel jest delikatna i przyjemna i, co najważniejsze, nie przesusza skóry. W zasadzie oba produkty są do siebie bardzo podobne - mają prawie identyczne składy i robią, co mają robić (tj. przede wszystkim myją dłonie i ciało), a moja skóra pokochała je za delikatność oraz za działanie nawilżające, zmiękczające i uelastyczniające. Płyn do kąpieli jest oczywiście o wiele bardziej wydajny niż mydło w płynie, więc jeszcze długo będzie sobie mieszkał w mojej łazience (z czego bardzo się cieszę). Jeśli po dłuższym stosowaniu znudzi mi się jego zapach, będę do niego dodawać naturalne olejki eteryczne i będzie git (-> czasem tak mam, że po bardzo długim stosowaniu nudzi mi się jeden i ten sam zapach).


Plusy:


  • pozbawione szkodliwej chemii, naturalne składy 
  • ekologiczne, eleganckie i solidne opakowania z ciemnego szkła
  • produkty łagodnie oczyszczają, jednocześnie nawilżając skórę ciała i rąk
  • nie wywołują reakcji alergicznych i są bezpieczne do stosowania (nawet dla wrażliwców i u małych dzieci, już od pierwszego dnia życia!)
  • płyn do kąpieli tworzy przyjemną pianę pomimo braku SLSów w składzie
  • produkty mają ładne, naturalne i bardzo subtelne zapachy
  • podoba mi się zarówno filozofia marki, jak i fakt, że firma nie stosuje nachalnego marketingu  
  • bardzo wydajne produkty w przystępnych cenach (43,99 PLN za 500 ml); opakowania są solidne i wielorazowe - po zużyciu mydła w płynie można kupić tzw. refill za jedyne 32 złotówki ;).

Minusy:
  • pompka w mydle do rąk działa trochę topornie i wydobywa zbyt wiele produktu.

Gdybym miała wystawić szkolną ocenę, to byłaby to piątka z małym minusem (minusik właśnie za zacinającą się pompkę w mydle do rąk). Kosmetyki OnlyBio nie tylko skutecznie myją ciało i dłonie, ale przy okazji są w 100% bezpieczne i naturalne, nie wywołują podrażnień, alergii czy przesuszeń (wręcz przeciwnie: stosując te kosmetyki, zauważyłam znaczną poprawę nawilżenia na skórze moich dłoni i ramion). Z czystym sumieniem polecam Wam wypróbować kosmetyki tej firmy. Więcej produktów znajdziecie na stronie producenta oraz na FB Laboratorium Naturella


Laboratorium Naturella
Serdecznie dziękuję Laboratorium Naturella za produkty do testów.


BLOGMAS 2017 #2: Christmas Wishlist

BLOGMAS 2017 #2: Christmas Wishlist


Z listów do Mikołaja w pewnym wieku się wyrasta, ale na szczęście w blogosferze istnieje takie cuś jak "wishlista" (znana niektórym jako lista chciejstw). W dzisiejszym wpisie postanowiłam opublikować właśnie taką Świąteczną listę moich małych materialnych marzeń - niech to będzie podpowiedź zarówno dla moich bliskich na Gwiazdkę, jak i lista zakupowa dla mnie samej na zbliżający się Nowy Rok...

Kosmetyki 

2018 roku MUSZĘ wreszcie przytulić jakieś kosmetyki marki Rituals, Origins, a także wypróbować pielęgnację Iossi i zapachy Jo Malone. Zaczynając od Sephory, z Origins chciałabym wypróbować peeling oraz krem pod oczy z serii GinZing (Refreshing Scrub Cleanser +  Refreshing Eye Cream to Brighten and Depuff). Z Rituals może być np. zestaw upominkowy The Ritual of Ayurveda Balancing Ritual w rozmiarze M (kosztuje tylko 109 zł, a aktualnie jest promka -20%). 


Źródło: SEPHORA

Z Iossi chciałabym z kolei serum nawilżająco-wygładzające lub rozświetlające, natomiast jeśli chodzi o Jo Malone London, to najpierw muszę się przejść do Douglas'a w jakimś większym mieście i powąchać na żywo ich zapachy oraz świece. Chyba już zacznę odkładać powoli pieniądze, bo ceny trochę zwalają z nóg. ;-)

Źródło: DOUGLAS

Buty


Od jakiegoś czasu ślinię się do butów Eva Minge - mam już jedne skórzane espadryle w kolorze złotym i je po prostu uwielbiam. Chętnie przygarnęłabym też baleriny oraz szpileczki. Jeśli zaś chodzi o wygodne sportowe buty, to chcę Adidas Superstar, tylko jeszcze nie wiem, na jaki kolor się zdecydować... chyba jednak wybiorę białe z różowym złotem albo czernią. 
Źródło: EOBUWIE

Bielizna, piżamy i skarpetki

Podobnie jak w roku poprzednim, tego mam zawsze za mało i czuję się jak ostatni dziad. Brakuje mi zarówno ładnej, eleganckiej bielizny (mężu, musimy się razem wybrać na zakupy!), jak i gustownych, nie-obciachowych piżam, i to nie tylko na wyjazdy.


 


Źródło: ETAM

Książki

Dobra książka popularnonaukowa bądź poradnik to dla mnie chyba najlepszy prezent. W tym roku pod choinką bardzo chciałabym znaleźć poradnik Kasi Tusk pt. "Make Photography Easier". Zazwyczaj powieści wypożyczam z biblioteki lub wymieniam się na nie z innymi, jednak dla Michała Witkowskiego robię wyjątki. "Wymazane" to książka, którą koniecznie muszę przeczytać i mieć w swoim zbiorze!


Źródło: ZNAK


Wpis powstał w ramach weekendowego cyklu blogowego dotyczącego Świąt. 
Koniecznie zajrzyjcie też na blogi pozostałych, fantastycznych dziewczyn:






APIS: Rozjaśniające Serum Redukujące Przebarwienia

APIS: Rozjaśniające Serum Redukujące Przebarwienia

Mówi się, że walka z przebarwieniami to walka z wiatrakami. Na pewno coś w tym jest - jeśli przebarwienia raz pojawią się na twojej twarzy, to możesz mieć pewność, że walka z nimi (albo lepiej: zapobieganie im) to permanentny proces, który stale będzie Ci spędzał sen z powiek. Ja tak miałam do czasu, aż zaprzyjaźniłam się z koreańskimi filtrami (np. SPF 50+ PA +++) i smarowałam się nimi nałogowo od wiosny 2017 roku. Dzięki dobrym filtrom, w tym roku moich przebarwień posłonecznych miałam o połowę mniej niż zazwyczaj. Tak czy inaczej, zawsze w okresie jesienno-zimowym w pielęgnacji cery stawiam na zabiegi kosmetyczne i stosowanie serum rozjaśniającego przebarwienia. W tym roku od 20 września stosuję Rozjaśniające serum redukujące przebarwienia od APIS Natural Cosmetics, które połączyłam z domowymi zabiegami mezoterapii mikroigłowej (na początek używałam igieł o długości 0,25 mm). Muszę przyznać, że udało mi się uzyskać rewelacyjne efekty, zatem dzisiaj zapraszam Was na recenzję kosmetyku, który w znacznym stopniu pomógł mi zredukować brunatne plamy na czole, skroniach i policzkach.


APIS Rozjaśniające serum redukujące przebarwienia z linii Discolouration Stop to wysoko skoncentrowany kosmetyk, który zawiera kompleksy Melavoid TM i Darkout TM, ekstrakt z ogórka, grejpfruta, proteiny jedwabiu, kwas hialuronowy, ceramidy, d-panthenol, olej kokosowy i sojowy. Jest przeznaczony dla cer z przebarwieniami różnego pochodzenia (piegi, przebarwienia po słońcu, po trądziku, starcze), a kosztuje zaledwie 56 zł za 100 ml opakowanie. Więcej informacji na jego temat znajdziecie TUTAJ


Ja stosuję serum codziennie wieczorem już trzeci miesiąc, nakładając je na dokładnie oczyszczoną skórę, tuż przed nałożeniem kremu na noc. Polubiłam się z nim praktycznie od pierwszej aplikacji, ponieważ ma lekką konsystencję, szybko się wchłania i nie zostawia irytującego lepkiego czy tłustego filmu na skórze. Co więcej, kosmetyk ten daje efekty już w pierwszym miesiącu stosowania - moje plamy na czole, skroniach i policzkach do tego stopnia się rozjaśniły, że są już praktycznie niewidoczne, a moja skóra po sezonie letnim już dawno nie wyglądała tak dobrze. Oczywiście, liczę się z tym, że może to być efekt codziennego stosowania serum w połączeniu z mezoterapią (2-4 razy w miesiącu), niemniej jestem zachwycona i zamierzam kontynuować taką pielęgnację aż do rozpoczęcia sezonu wiosennego. Najważniejsze jest dla mnie to, że efekty są naprawdę widoczne - praktycznie już zapomniałam, że mam problem z pigmentacją. A jakby tego wszystkiego było mało, serum nie podrażnia ani nie przesusza skóry, więc dla mnie to po prostu ideał.


Oprócz działania, podoba mi się również opakowanie tego produktu - jest nie tylko bardzo ładne, ale też poręczne i mega wydajne (mieści aż 100 ml serum, a zazwyczaj tego typu specyfiki zawierają zaledwie 30 ml). Ogromnym plusem jest też pompka, która się nie zacina i dozuje odpowiednią ilość preparatu. Czy można chcieć więcej? Na plus przemawia również skład kosmetyku - mamy tu naprawdę wiele dobrych składników aktywnych (patrz wyżej), a przy tym 0% parafiny, silikonów, barwników czy parabenów.

Plusy:
  • solidne i eleganckie opakowanie
  • mega wydajny kosmetyk
  • skuteczne działanie rozjaśniające
  • lekka konsystencja i szybkie wchłanianie
  • nie pozostawia lepkiej ani tłustej warstwy
  • przyjemny ziołowy zapach
  • 0% parafiny, silikonów, barwników, parabenów
  • nie przesusza skóry i nie ściąga jej
  • nie zapycha, nie podrażnia, nie uczula
  • bardzo przystępna cena (ok. 51-56 zł/100 ml).

Minusy:
  •  phenoxyethanol w składzie (mimo, iż jest to delikatny 
                                 konserwant, ja staram się go unikać w nadmiarze)
  • dostępność tylko w wybranych sklepach (np. TUTAJ).

Moja ocena: 9/10.


Jak widzicie, jestem bardzo zadowolona zarówno z konsystencji, zapachu, działania tego kosmetyku, jak również z eleganckiego i solidnie wykonanego opakowania z wygodną pompką. Kosmetyku używam codziennie od 20.09.2017 roku i wiem, że jest on wart każdej złotówki (choć cena moim zdaniem jest naprawdę bardzo, ale to bardzo przystępna za tak dużą pojemność). Jeśli tak jak ja macie problem z przebarwieniami, serdecznie polecam Wam wypróbować serum marki APIS. Jestem z niego do tego stopnia zadowolona (na pewno pojawi się w Ulubieńcach Roku!), że na jednym opakowaniu na pewno się nie skończy... xo


PS. Serdecznie dziękuję marce APIS za możliwość przetestowania serum :)

Więcej informacji na temat produktów znajdziecie na stronie APIS Cosmetics.


BLOGMAS 2017 #1: Moje ulubione filmy świąteczne

BLOGMAS 2017 #1: Moje ulubione filmy świąteczne

Kocham grudzień i już z ogromną radością odliczam dni do Świąt Bożego Narodzenia. W tym roku na promocjach z okazji Black Friday skusiłam się na dwa kalendarze adwentowe (jeśli jesteście ciekawi, koniecznie obserwujcie mnie na moim Instagramie!), jednak jedna firma od tygodnia przetwarza moje opłacone z góry zamówienie (jestem mega rozczarowana z tego powodu, ale nadal pozostaje mi cierpliwie czekać), więc na razie o kalendarzach nie będę opowiadać. Dzisiaj mam dla Was zestawienie moich ulubionych filmów świątecznych - bez Kevina! Jeśli jesteście ciekawi, co lubię oglądać w okresie Gwiazdki, zapraszam dalej. Zamiast plakatów zamieściłam dla Was zwiastuny, więc sami możecie szybko zobaczyć, o czym mówię. To co, miłego oglądania! ☺


5. TO WŁAŚNIE MIŁOŚĆ (LOVE ACTUALLY) [2003]

Przyznam szczerze, że ten film widziałam już z milion razy, fabułę i teksty znam już na pamięć, więc dla mnie jest już trochę wyświechtany niczym serial "Przyjaciele" (przez co już mnie nie bawi tak, jak kiedyś). Niemniej, jeśli jeszcze nie znacie tej brytyjsko-amerykańskiej komedii obyczajowej, obejrzyjcie koniecznie. Hugh Grant w roli brytyjskiego premiera oraz Colin Firth w roli zdradzonego pisarza na bank skradną Wasze serca! Jest jeszcze jeden mały bonus, tj. Rowan Atkinson aka Jaś Fasola pakujący prezenty w Harrodsie - bezcenne! :) 


4. LISTY DO M [2011]

Jedyna chyba jak dotąd polska świąteczna komedia romantyczna i, muszę przyznać, całkiem udana. Pierwsza część co prawda podobała mi się znacznie bardziej od drugiej, natomiast trzeciej jeszcze nie widziałam. Na dniach planuję się na nią wybrać na randkę z mężem i mam nadzieję, że nie będzie to czas stracony (dajcie koniecznie znać, czy już widzieliście i czy Wam się podobało).


3. W KRZYWYM ZWIERCIADLE: WITAJ ŚWIĘTY MIKOŁAJU 
(NATIONAL LAMPOON'S CHRISTMAS VACATION) [1989]

Ten film oglądam od 15 lat w każde Święta i myślę, że chyba nigdy mi się nie znudzi. Co tu dużo gadać: Clark Griswold i jego słynne lampki czy też choinka z wiewiórką w gratisie to już po prostu klasyka gatunku. Kto nie widział, ten trąba! 😉


2. SEKS W WIELKIM MIEŚCIE
(SEX & THE CITY THE MOVIE) [2008]

Może trochę nietypowo, gdyż tylko część filmu zawiera fragmenty związane z obchodami Świąt Bożego Narodzenia oraz powitanie Nowego Roku w nowojorskim stylu glam (albo w stylu Carrie). Seks w wielkim mieście uwielbiam (zarówno serial, jak i dwie części pełnometrażowe) i dlatego w Święta z wielką ochotą do niego wracam. 


1. HOLIDAY [2006]

Świetna historia: dwie laski, które mają dosyć facetów, postanawiają wymienić się na Święta domami. Załamana swoim nędznym życiem singielki brytyjka Iris (Kate Winslet) leci do Stanów, natomiast Amanda, amerykańska producentka zwiastunów filmowych (Cameron Diaz), wyrusza do Anglii. Kobiety całkowicie odmieniają swoje życie i przeżywają niesamowitą przygodę. Swoją drogą, sama chętnie spróbowałabym takiej zamiany miejsc, znajomych i samochodów na jakiś czas. Poza tym, ubóstwiam Jude'a Law oraz Jacka Black'a w tym filmie. Dla mnie jest to najlepszy świąteczny film ever



Dajcie znać, jakie są Wasze typy i czy byliście już w kinie na "Listach do M. 3"! xo

Wpis powstał w ramach weekendowego cyklu blogowego dotyczącego Świąt. 
Koniecznie zajrzyjcie też na blogi pozostałych, fantastycznych dziewczyn:







Buña - dobroczynne zioła w codziennej pielęgnacji skóry

Buña - dobroczynne zioła w codziennej pielęgnacji skóry

Witajcie po przerwie! Tak się złożyło, że w drugiej połowie listopada zniknęłam na moment i nie pojawiałam się ani w blogosferze, ani w SM. Na swoje usprawiedliwienie powiem Wam tylko, że poza ogromem pracy miałam dodatkowe zlecenie - artykuł do przetłumaczenia dla magazynu naukowego, więc nie miałam już czasu na żadną dodatkową aktywność. Mój Instagram i blog zaczęły już trącić myszką, więc dzisiaj postanowiłam do Was wrócić z zaległą recenzją. Kosmetyki, które ostatnio zużyłam i o których Wam opowiem to maseczka oczyszczająca oraz płyn micelarny marki Buña


Marka Buña to nowość na polskim rynku (choć zapewne niektóre z Was już widziały te kosmetyki w ostatnim Joybox'ie lub u innych dziewczyn na Instagramie). Marka ta bazuje na zaufaniu do naturalnych składników, m.in.:

· uwodząca cytrusowym aromatem melisa, która regeneruje i odżywia skórę nadając jej wyjątkową miękkość,
· działający przeciwzmarszczkowo, rewitalizujący i ujędrniający cerę rozmaryn,
· bogata w witaminy oraz minerały, oczyszczająca i normalizująca szałwia 
· nawilżający, kojący i łagodzący aloes.


Drożdżowo-glinkowa maseczka 
oczyszczająca SZAŁWIA

Maseczkę o konsystencji gęstego kremu i o relaksującym, ziołowym zapachu nakładałam na 15 minut (czasem ciut dłużej) na oczyszczoną skórę twarzy, po czym zmywałam. Producent co prawda sugeruje, że po kwadransie wystarczy nadmiar usunąć wacikiem i nałożyć krem, jednak ja wolałam ją zmyć, stonizować skórę, a następnie nałożyć krem na noc. Czasami zdarzyło mi się użyć maski rano - wówczas po zmyciu aplikowałam krem na dzień i nakładałam makijaż. Muszę przyznać, że maseczka bardzo dobrze nadawała się także do nakładania w ciągu dnia oraz pod makijaż, aczkolwiek ja najbardziej lubiłam taki relaks i oczyszczenie cery wieczorem, po dokładnym demakijażu.


Jeśli chodzi o moje wrażenia, to maskę oceniam jako bardzo przyjemny produkt - ładnie pachnie, nie zastyga "na skorupę" jak inne glinkowe maski, fajnie relaksuje i lekko chłodzi skórę. Po użyciu skóra była czysta, odświeżona i matowa, zaś pory lekko zwężone. Nie odnotowałam żadnych reakcji alergicznych, aczkolwiek na początku czułam delikatne szczypanie (co jednak absolutnie nie było dokuczliwe). Co do wydajności, to jest zaskakująco dobra - używałam jej od 20 września do połowy lub ok. 20 listopada (średnio raz lub dwa razy w tygodniu), natomiast gdy produkt trafił w moje ręce, miałam wrażenie że jest go raczej mało w tubie (tak, jakby ktoś wysmarował ok. 1/4 kosmetyku z opakowania). Niemniej, jest to kosmetyk bardzo fajny i bardzo tani (kosztuje 11,50 PLN/70 ml). Sama jestem ciekawa innych wariantów,a zwłaszcza żelowej maski z aloesem.

Płyn micelarny do skóry suchej i wrażliwej ALOES

Płyn znajduje się w sporej (380 ml) plastikowej butli i ma mocny aloesowo-ziołowy zapach. Oczyszcza skórę z makijażu, sebum i brudu bardzo dobrze i szybko (o wiele szybciej niż np. micelek Biolaven), dzięki czemu nie musimy się zbyt długo męczyć i zużywać zbyt wielu wacików; ponadto, doskonale zmywał cienie do powiek, tusz oraz eyeliner (wodoodporny musiałam domywać ciut dłużej) i przede wszystkim nie szczypał, nie powodował zaczerwienienia oraz łzawienia oczu. 


Ponadto, jego zaletą jest duża wydajność i przystępna cena (ok. 14 PLN) - używałam go od 26 września przede wszystkim w charakterze płynu do wstępnego demakijażu oraz do zmywania oczu (przed olejkiem i pianką), jak również w roli toniku, przed aplikacją kremu - starczył na niecałe 2 miesiące, więc uważam to za całkiem przyzwoity wynik. Fajne jest też to, że micelek nie przesusza skóry, a dzięki zawartości alantoiny dodatkowo ją koi.

Krem do skóry dojrzałej na dzień i na noc ROZMARYN

W mojej paczce znalazł się również krem do codziennej pielęgnacji cery dojrzałej. Z racji tego, iż zaczęłam go używać dopiero w listopadzie, recenzji na razie nie będzie (ale na pewno za jakiś czas pojawi się aktualizacja). Moje pierwsze wrażenia są następujące: praktyczny w podróży, lekki słoiczek (poj. 50 ml), a w nim dość gęsty krem o mocnym zapachu ziół. Łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania w skórę, pozostawiając delikatny efekt "glow". 


Krem jest tani jak barszcz (kosztuje zaledwie 15-16 złotówek). Producent obiecuje, iż ten kosmetyk spłyca zmarszczki, wygładza linie, napina skórę oraz poprawia jej koloryt. Co do działania, ja od kremu oczekuję przede wszystkim nawilżenia, odżywienia oraz tego, by mnie nie uczulił i nie zapchał. Oczywiście, na razie nie będę wypowiadać się na ten temat, ale na pewno po dłuższym przetestowaniu jeszcze do Was wrócę z opinią na temat działania tego kremu. 


Generalnie, jestem zadowolona z charakterystycznych, ziołowych zapachów oraz z działania maseczki oraz płynu micelarnego. Są to co prawda nowe produkty na polskim rynku, ale zdecydowanie godne uwagi. Dwa pierwsze produkty mogę Wam spokojnie polecić, tym bardziej że ceny są bardzo przyjazne naszym portfelom, natomiast jeśli chodzi o krem, to polecam śledzić mojego bloga oraz moje social media, by w odpowiednim czasie dowiedzieć się więcej. xo


PS. Serdecznie dziękuję marce Buña za kosmetyki do testów. 
Więcej na ich temat znajdziecie m.in. TUTAJ oraz na FB marki.

Lakier Monohybrydowy Peggy Sage 1 LAK Pomme d'amour

Lakier Monohybrydowy Peggy Sage 1 LAK Pomme d'amour

Będę z Wami szczera - nie lubię zabawy z manicure hybrydowym. Tyle buteleczek i produktów do wykonania manicure oraz czas, jaki zajmuje mi nałożenie i utwardzenie każdej warstwy, a potem bardzo nieprzyjemne usuwanie tego wszystkiego acetonem skutecznie zniechęciło mnie do hybryd. W moim przypadku, już po około tygodniu pojawia się brzydki milimetrowy odrost, więc gra nie jest po prostu warta świeczki. Od jakiegoś czasu z uporem maniaka odrzucałam prawie wszystkie propozycje współprac od firm produkujących lakiery hybrydowe. Na szczęście, jakiś czas temu pojawiła się alternatywa dla tradycyjnych hybryd, czyli lakier monohybrydowy, który z ogromnym zaciekawieniem i przyjemnością testowałam przez ostatni miesiąc. Jesteście ciekawi, co to takiego ta monohybryda i czy w ogóle warto się nią zainteresować? Zapraszam na recenzję.


Peggy Sage 1LAK to lakier do paznokci typu 3w1 - mamy tu bazę, lakier i top w jednym produkcie. Cena takiego lakieru na początku może się wydawać nieco wysoka (w paru drogeriach internetowych znalazłam go za ok. 41 zł + kw), aczkolwiek jeśli policzyć cenę bazy, lakieru hybrydowego, topu, wacików i cleaner'a, oszczędność jest jednak spora. Lakiery 1 LAK możecie dostać w internetowych drogeriach kosmetycznych, m.in. w hurtowni DLM. Mój kolor to klasyczna jasna czerwień o nazwie pomme d'amour.

dlm.net.pl

APLIKACJA

Muszę przyznać, że lakierem Peggy Sage maluje się bardzo komfortowo - pędzelek jest dosyć szeroki i gruby, dzięki czemu łatwo pokryć całą płytkę w 2-3 ruchach, konsystencja lakieru jest odpowiednia, a poza tym wszystko przebiega mega szybko - pomalowanie wszystkich paznokci wraz z wysuszeniem trwa u mnie od kilkunastu do 20 minut. Fajne jest to, iż mamy tu tylko jedną warstwę zamiast bazy, lakieru i topu i utwardzamy ją pod lampą LED przez 60 sekund (choć ja czasami utwardzam lakier nawet 2 minuty, jeżeli widzę, że sytuacja tego wymaga). Krycie jest dobre, natomiast kolor to klasyka gatunku, czyli kobieca i intensywna czerwień o nazwie Pomme d'amour

Do utwardzania lakiery Peggy Sage testowałam małą lampę LED (model Nina) marki Ronney. Lampa do paznokci ma moc 9W, jest wykonana z plastiku, posiada 3 żaróweczki  ledowe oraz kabel USB - można ją ładować zarówno z gniazdka, jak i na komputerze, co jest bardzo praktycznym rozwiązaniem (zwłaszcza jeśli np. jesteśmy za granicą i nie mamy polskiej wtyczki ani adaptera). Powiem Wam, że miałam już okazję testować mini lampę pewnej znanej polskiej marki, ale nie byłam z niej zadowolona - lampa Ronney sprawdza się znacznie lepiej, a poza tym wizualnie prezentuje się naprawdę cool.


TRWAŁOŚĆ

Co do trwałości lakieru, to dla mnie jest idealna. Podobnie jak w przypadku hybryd - lakier na dłoniach trzymam maksymalnie 2 tygodnie, ponieważ po tym czasie mam już nieestetyczny 2mm odrost. Powiem Wam, że pomalowałam monohybrydą również paznokcie na stopach i tam na dole trzyma się jeszcze lepiej. Pomimo noszenia skarpetek i ciężkiego obuwia, po 2 tygodniach lakier trzyma się perfekcyjnie, bez jakichkolwiek odprysków czy uszkodzeń, natomiast odrost jest minimalny - myślę, że tutaj monohybryda Peggy Sage wytrzyma nawet do miesiąca. Na pewno na stopach będę używać tylko tego lakieru - jestem bardzo zadowolona z jakości, trwałości oraz odcienia (czerwień to jest właśnie mój ulubiony kolor na paznokcie u stóp, natomiast na dłoniach wolę ją chyba jednak tylko od święta).

A tak lakier prezentuje się na paznokciach 
(proszę o wyrozumiałość - to moje początki z hybrydami):



Usuwanie lakieru to niestety najgorsza jego strona - jest to ta sama zabawa z moczeniem w acetonie, co w przypadku pozostałych lakierów hybrydowych. Ja ostatnio zamiast zwykłego acetonu, przerzuciłam się na acetonowy zmywacz do hybryd marki Life, dostępny w drogeriach Super Pharm). Poza tym, mam w planach zakup specjalnych nakładek do usuwania hybryd - mam wrażenie, że znacznie ułatwiają trzymanie paznokci w acetonie i ostatecznie usunięcie hybrydy z płytki paznokcia.

Plusy:

- ultrakobiecy kolor z  pięknym połyskiem
- maluje się nim mega szybko i sprawnie 
(3x szybciej niż zwykłymi hybrydami!)
- dobre krycie już przy pierwszej warstwie
- trwałość lakieru (na dłoniach trzyma się ok. 14 dni,
natomiast na stopach nawet do miesiąca).

Minusy:

- uciążliwe usuwanie za pomocą acetonu 
- ograniczona dostępność.

Moja ocena: 8/10.


Uważam, iż lakier monohybrydowy Peggy Sage 1 LAK to genialna, prosta w obsłudze i szybka alternatywa dla tradycyjnych hybryd. Aplikujemy tylko ten jeden produkt i utwardzamy pod lampą tylko jeden raz, więc dla mnie - hybrydowego marudy-sceptyka i minimalistki jest to nie tylko oszczędność czasu oraz formy, ale też prawdziwa rewolucja w tym całym pazurkowym interesie. Lakier 1 LAK jest trwały, ma piękny połysk i wygląda identycznie jak lakier hybrydowy, natomiast aplikacja jest dziecinnie prosta i szybka jak błyskawica. Jeśli mam być z Wami szczera, to jedyne hybrydy, z jakimi zamierzam się bawić w przyszłości, to właśnie monohybrydy 1 LAK. Chcę je wypróbować także w wersji nude ;)

PS. Dajcie znać, czy znacie jakieś fajne patenty na delikatne 
a jednocześnie sprawne usuwanie lakierów hybrydowych!? xo
Janusz Leon Wiśniewski "Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie"

Janusz Leon Wiśniewski "Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie"

Janusz Leon Wiśniewski jest jednym z bardziej znanych i lubianych współczesnych pisarzy polskich, a ja jakoś do tej pory nie miałam okazji zapoznać się z jego twórczością. Na szczęście niedawno dowiedziałam się, iż pan Wiśniewski napisał nową powieść, więc od razu stwierdziłam, że swoją literacką przygodę z nim zacznę właśnie od najnowszej książki. A mowa tu o powieści pt. "Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie", wydanej przez Wydawnictwo Znak, która swoją premierę miała niecały tydzień temu, tj. 8 listopada 2017 roku.

Moja ocena: 8/10.
AutorJanusz Leon Wiśniewski
Wydawnictwo: Znak literanova
Oprawa: Broszurowa
Stron: 509
Premiera: 8.11.2017 r.


"Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie" to ponoć najbardziej osobista pozycja Wiśniewskiego. Ja niestety nie mam porównania z poprzednimi dziełami pisarza, aczkolwiek bardzo lubię właśnie takie osobiste i prawdziwe powieści obyczajowe - bardziej niż thrillery czy fantasy pasjonuje mnie człowiek, życie, relacje międzyludzkie, emocje oraz duchowość. Historia opowiedziana we "Wszystkich moich kobietach" poniekąd przypomina scenariusz filmu pt. "Ja cię kocham, a ty śpisz". Mężczyzna leży w szpitalu w śpiączce, a przy jego łóżku wzdycha zakochana (dosyć naiwnie) Sandra Bullock. Z tym, że u Wiśniewskiego opowieść zaczyna się w momencie przebudzenia bohatera w amsterdamskim szpitalu, zamiast Sandry Bullock mamy kilka zakochanych bądź zranionych kobiet, które odwiedzały go podczas śpiączki, natomiast główny bohater to raczej typ egoistycznego i wyrachowanego sukinsyna, który nijak powinien wzbudzać sympatię czytelnika. Ja zapewne jestem trochę dziwna, bo mimo wszystko nie tylko rozumiem, ale także polubiłam protagonistę (niestety nie pamiętam, czy bohater ma jakieś imię, więc nazwijmy go po prostu "Przebudzonym"). 

"Sen i spanie to niebezpieczny stan, a zasypianie to akt ogromnej odwagi"

Przebudzony to typ naukowca i erudyty - niesamowicie inteligentny, obyty i oczytany (choć trochę zbyt skupiony na swojej pracy naukowej oraz na sobie), a przy tym cholernie atrakcyjny i pożądany przez niewiasty. Mimo, iż względem kobiet wielokrotnie zachowywał się jak łajdak, to w jakiś osobliwy sposób jego wspomnienia i refleksje budzą empatię oraz sprawiają, że do ostatniej strony czytelnik będzie mu po prostu kibicował. Poza tym, bohater nie zalicza pierwszej lepszej idiotki, jaka mu się trafi i będzie chciała mu wskoczyć do łóżka. Przebudzony wybiera tylko i wyłącznie kobiety na pewnym poziomie - młode (około trzydziestki), wykształcone, niezwykle inteligentne, oczytane, atrakcyjne, seksowne i lubiące seks. Niektóre znaczą dla niego bardzo dużo (jak np. jego córka Cecylia czy obecna partnerka, Ewa), natomiast niektóre - jak to określił autor - są tylko "antybiotykiem" na jego "emocjonalną epilepsję" bądź tzw. przyjaźnią z benefitami, bez jakichkolwiek dodatkowych oczekiwań czy obietnic. 

"(...) to niegodziwy biologizm, aby sprowadzać kobietę do cycków, bioder i nóg, zapominając o najważniejszym, o głowie. Ale z biologią, hormonami i ewolucją trudno jest walczyć. Z ewolucją najtrudniej. Szczególnie samcom, To ich trochę usprawiedliwia."

Spośród wszystkich postaci kobiecych, opisanych w nowej powieści Wiśniewskiego, najbardziej do gustu przypadła mi była żona bohatera, Patrycja. Podobała mi się nie tylko jej błyskotliwość i ciekawość świata, ale również impulsywność i temperament (np. niezmiernie rozbawił mnie fakt, że po kłótni z mężem Patrycja podarła ich akt ślubu, a następnie spuściła go w toalecie). Ponadto, była żona protagonisty to również kobieta pełna fantazji, a przy tym harda i sceptyczna (ma tzw. "sztywny góralski kark: ;)) - jest to osoba, z którą chętnie napiłabym się kawy i porozmawiała o literaturze, podróżach czy też związkach. Oprócz ciekawych z psychologicznego punktu widzenia postaci, w najnowszej książce Janusza Leona Wiśniewskiego podoba mi się również język autora oraz opisy miłosnych aktów pozbawione tak popularnych ostatnio wulgarnych naleciałości i tandetnej estetyki. 


Podsumowując, "Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie" to bardzo ciepła i mocno refleksyjna powieść o tym, co tak naprawdę jest w życiu ważne, o relacjach międzyludzkich, bliskości oraz jej braku, o samotności w związkach, oddalaniu się od siebie, o emocjach, jak również o kobietach i mężczyznach. Bardzo smakowita pozycja, od której do ostatniej strony ciężko było mi się oderwać, będzie idealna na długie jesienno-zimowe wieczory. Jeśli nie znacie jeszcze prozy Janusza L. Wiśniewskiego, to "Wszystkie kobiety" będą świetnym pretekstem do nawiązania nowej, bardzo obiecującej literackiej znajomości. Ja po lekturze jestem tak oczarowana, że już wypożyczyłam z biblioteki "S@motność w sieci" oraz kilka innych pozycji tego autora. 


Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger