SEMILAC 123 Szeherezada

SEMILAC 123 Szeherezada


123 Szeherezada to tradycyjny lakier do paznokci z oferty marki Semilac, która zasłynęła na polskim rynku jako producent lakierów hybrydowych. Odcień, który trafił w moje ręce na spotkaniu Beauty by Bloggers II w Częstochowie jest pięknym, głębokim i "dojrzałym" różem, jednak na stronie producenta jest on opisany jako "uwodzicielska, ciemna, karminowa i/lub arabska czerwień o wyraźnej, wiśniowej tonacji". Ja czerwieni osobiście nie dostrzegam, dla mnie jest to odcień wiśniowego różu. Pasuje idealnie na jesień, nadaje się zarówno na co dzień (nawet do pracy), jak i na większe wyjścia - jest intensywny, szlachetny i elegancki, ale nie jaskrawy, wyzywający i tandetny. Moim zdaniem ten odcień spodoba się wielu kobietom; jest to klasa sama w sobie. Na stronie marki Semilac znajdziemy lakier hybrydowy w tym samym odcieniu; jest on trzy razy droższy od lakieru tradycyjnego (tj. kosztuje 29,90 PLN).


Muszę przyznać, że maluje się nim bardzo dobrze - pędzelek jest idealnej grubości i kształtu (tzn. nie za wąski ani zbyt szeroki), zaś konsystencja lakieru jest odpowiednio rzadka i lejąca, dzięki czemu lakier sunie szybko i gładko po paznokciach, bez jakiegokolwiek bąblowania czy ważenia się (nawet po prawie roku). Krycie jest bardzo przyzwoite już przy pierwszej warstwie, aczkolwiek dla mnie dwie są optymalne (zero prześwitów). Czasem stosuję na lakier utwardzacz, a czasem pozostawiam bez top'u. Schnie niestety raczej standardowo - moim zdaniem byłoby super, gdyby wysychał nieco szybciej. Co do trwałości lakieru, to w przypadku mojej miękkiej płytki, jest ona całkiem dobra - lakier przeciętnie trzyma się od 3 do 5 dni, przy czym po pięciu dniach mam odpryski praktycznie na każdym paznokciu (poza małym palcem). Zmywanie lakieru to niestety najgorsza jego strona - zmywa się ciężko i pozostawia zaróżowienie zarówno na płytce (pomimo zabezpieczenia płytki paznokcia bazą), jak i na skórkach wokół paznokci.

***
Na zdjęciu poniżej przedstawiam Wam manicure 
w świetle sztucznym (baza, lakier +top coat)
wykonany przez moją koleżankę - stylistkę paznokci 


Oraz w świetle dziennym (baza, 2 warstwy lakieru) 
- tym razem paznokcie malowałam samodzielnie:


Plusy:

- piękny, elegancki, uniwersalny kolor
- maluje się nim szybko i sprawnie
- dobre krycie już przy pierwszej warstwie
- przyzwoita trwałość lakieru
- przystępna cena (ok. 10 zł w sklepach internetowych).

Minusy:

- trochę wolno schnie
- ciężko się zmywa i zabarwia skórki oraz płytkę paznokcia na różowo.


Moja ocena: 7/10.


Dajcie znać, czy wolicie manicure tradycyjny czy hybrydowy,
 oraz jak ten kolorek Wam się podoba. xo

*Dziękuję Ani, organizatorce Beauty by Bloggers w Częstochowie
oraz Sponsorowi - marce Semilac
za możliwość wypróbowania lakierów i akcesoriów do manicure.

Cuda Vianki!

Cuda Vianki!

Uwielbiam naturalną, pozbawioną chemii pielęgnację, a zwłaszcza wtedy, gdy pochodzi w Polski, jest niedroga, a do tego sprawdza się na mojej skórze. Dzisiaj opowiem Wam o dwóch kosmetykach marki Vianek, które robią świetną robotę w tandemie. Pierwszym produktem jest Nawilżający płyn micelarny, natomiast drugi - prawdziwa petarda i moje największe odkrycie lata 2017 - to Nawilżający tonik-mgiełka z serii niebieskiej (tj. nawilżającej).



Nawilżający płyn micelarny, przeznaczony do cery suchej i wrażliwej, znajduje się w niewielkiej plastikowej buteleczce (poj. 200 ml) i zawiera kompleks humektantów (m.in. mocznik, który lubię, proteiny pszenicy czy kwas hialuronowy). Jego głównym zadaniem jest oczywiście usuwanie makijażu i zanieczyszczeń z naszej skóry, ale poza tym ma on też w delikatny sposób nawilżać, łagodzić i koić (głównie za sprawą panthenolu w składzie). 



Zacznijmy od tego, że oczyszcza nieco skuteczniej i szybciej niż testowany przeze mnie wcześniej Płyn micelarny Biolaven - w tym przypadku makijaż rozpuszcza się szybciej i w konsekwencji zużywamy mniej wacików niż w przypadku Biolaven'u. Po użyciu płynu micelarnego moja skóra była czysta, nawilżona i przyjemnie ukojona. Płyn nie uczulił mnie, nie szczypał ani też nie podrażniał moich wrażliwych oczu, a to ogromny plus. Przyznam jednak szczerze, iż na początku podejrzewałam go o spowodowanie reakcji alergicznej na skórze pod okiem, jednak po czasie okazało się, iż winowajcą był korektor pod oczy, a nie ten płyn. Ponadto, micelek ma przyjemny, naturalny skład, nie był testowany na zwierzętach, bardzo przyjemnie pachnie, a do tego kosztuje naprawdę niewiele (ok. 17 zł), więc z pewnością będę jeszcze do niego wracać.



Nawilżający tonik-mgiełka do twarzy (150 ml) z tej samej serii to mój absolutny ulubieniec i było mi ogromnie smutno, gdy po 3 miesiącach się skończył (podobnie zresztą jak płyn), choć z drugiej strony nie ma tego złego, gdyż należy go zużyć właśnie do 3 miesięcy od otwarcia. Podobnie jak micel, tonik ma prosty, naturalny skład (też zawiera glicerynę, panthenol, mocznik, kwas fitowy i olej z kiełków pszenicy) oraz przyjemny, delikatny zapach. Jego zadaniem jest z kolei tonizowanie i przywracanie równowagi suchej i wrażliwej skórze. Ja pokochałam go również za odświeżanie, nawilżanie oraz kojenie mojej mieszanej skóry (która, notabene, ma skłonność do przesuszania i ściągania poza strefą T). Poza tym, mgiełkę często-gęsto stosowałam również do spryskiwania maseczek na bazie glinki oraz przed nałożeniem maseczek w płacie, a w upalne dni spryskiwałam sobie buzię tym produktem w celu odświeżenia. Krótko mówiąc, dla mnie jest to kosmetyk-petarda, który pokochałam praktycznie od pierwszego zastosowania i który na stałe wpisuję w pielęgnację mojej kapryśnej i wymagającej cery. Jest to cudowny tonik o bardzo dobrym składzie i działaniu, a do tego ma też przyjazną cenę (również w granicach 17 zł) - czego chcieć więcej? :-)

Plusy:

  • wszystkie produkty mają przyjazne, naturalne składy
  • kosmetyki nie są testowane na zwierzętach
  • mają doskonałe działanie, zgodne z obietnicą producenta
  • oba produkty fantastycznie nawilżają i koją skórę
  • płyn micelarny skutecznie oczyszcza cerę z makijażu i zanieczyszczeń
  • mgiełka cudownie tonizuje i odświeża
  • mają przyjemny, subtelny zapach
  • ładne, poręczne i solidnie wykonane opakowania
  • kosmetyki te są delikatne i nie uczulają
  • dostępne w drogeriach w przystępnych cenach (ok. 17 zł).

Minusy: 

-brak.

Moja ocena: 10/10. 
Jednym słowem: kocham!

Z czystym sumieniem polecam Wam niebieską serię Vianka. Ja do tej pory miałam już kilka tych niepozornych, biało-niebieskich kosmetyków i z każdego byłam zadowolona (z tej samej linii miałam również bardzo fajny krem do stóp i do rąk, a w zapasach czeka jeszcze emulsja do mycia twarzy). Są to bardzo dobre, naturalne, delikatne, nawilżające i niedrogie produkty, więc z przyjemnością będę do nich regularnie powracać. Dajcie znać, czy znacie i lubicie te produkty i ewentualnie, jakie jeszcze serie Vianka polecacie. xo


Pielęgnacja włosów z COSNATURE: Naturalna regenerująca maska do włosów z awokado i migdałami

Pielęgnacja włosów z COSNATURE: Naturalna regenerująca maska do włosów z awokado i migdałami

Moje rozjaśniane, plączące się i zniszczone na końcach włosy wymagają szczególnej pielęgnacji i intensywnej regeneracji, dlatego zarówno w wakacje, jak i po lecie używałam Naturalnej regenerującej maski do włosów z awokado i migdałami marki Cosnature. Po wypróbowaniu genialnego masła do ciała tej firmy, miałam ogromne oczekiwania wobec tego kosmetyku. Niestety, produkt ten nie do końca spełnił moje oczekiwania. Jeśli jesteście ciekawi dlaczego, zapraszam do dalszej lektury.


Jak widać na załączonym obrazku, maska znajduje się w plastikowej tubie z zamykaniem typu klik. Tuba jest miękka, wygodna, bardzo poręczna i mieści 100 ml produktu. Minusem jest natomiast brak informacji o sposobie użycia produktu - nalepka polskiego dystrybutora zasłania informację o tym, iż maskę należy nałożyć na włosy i pozostawić na około 3 minuty, a następnie spłukać. Ja na szczęście trochę kumam niemiecki i udało mi się to doczytać z oryginalnego opisu producenta. Oprócz tego, na nalepce polskiego dystrybutora znajdziemy informacje odnośnie składników aktywnych i obiecanego działania. 


Maska ma postać zielonkawego kremu o przyjemnej konsystencji - nie jest ona rzadka i lejąca, ani też zbyt gęsta. Zapach ma delikatny i trochę mdły, ale za to w stu procentach naturalny (pozbawiony jakichkolwiek sztucznych nut) - wyczuwam w nim typową mieszankę awokado i migdałów. Jeśli zaś chodzi o działanie maski, to po zużyciu całego opakowania odnotowałam przede wszystkim nawilżenie przesuszonych końcówek. Zabrakło mi trochę tego obiecanego wzmocnienia, blasku i odbudowy zniszczonych pasm. Wiadomo, jak to bywa z naturalnymi, pozbawionymi silikonów kosmetykami do włosów, na działanie regenerujące trzeba nieco dłużej poczekać, nie ma co liczyć na natychmiastowy efekt WOW, jednak tutaj po zużyciu całego opakowania nie zauważyłam jakiejś spektakularnej poprawy struktury i kondycji moich włosów. Co więcej, zastosowanie maski po myciu nie ułatwiało mi rozczesania moich plączących się pasm, a dla mnie to spore utrudnienie, bowiem dodatkowo musiałam używać olejkowego serum lub czesać włosy dopiero po ich wysuszeniu.

Składniki: 

AQUA, CETEARYL  ALCOHOL, GLYCERIN, GLYCERYL STEARATE, PERSEA GRATISSIMA OIL, LECITHIN, SODIUM CETEARYL SULFATE, ARGANIA SPINOSA KERNEL OIL, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS OIL,  OLUS OIL, XANTHAN GUM, HYDROLYZED SWEET ALMOND PROTEIN, HYDROLYZED WHEAT PROTEIN,  HYDROGENATED OLIVE OIL, TOCOPHEROL, CITRIC ACID, PARFUM, LINALOOL , BENZYL SALICYLATE, LIMONENE, SODIUM BENZOATE.

Plusy: 
  • produkt wegański o naturalnym składzie
  • neutralny, pozbawiony sztucznych nut zapach awokado i migdałów
  • konsystencja "w sam raz" (tj, nie za rzadka i nie za gęsta)
  • maska dobrze nawilża przesuszone włosy
  • nie podrażnia i nie uczula skóry głowy
  • ma miękką i poręczną tubę.

Minusy:
  • cena w stosunku do wydajności trochę wysoka (ok. 20 zł/100 ml)
  • dostępna tylko w wybranych sklepach (głównie drogerie Hebe oraz online)
  • trochę słabe działanie, bez efektu WOW
  • maska nie ułatwia rozczesywania włosów.


Moja ocena: 6/10.


Podsumowując, maska Cosnature średnio sprawdziła się na moich włosach. Przyznam szczerze, że po wypróbowaniu masła do ciała tej marki (które notabene jest rewelacyjne), maską do włosów jestem jednak trochę rozczarowana. Po tak dobrym składzie i opiniach spodziewałam się po prostu czegoś więcej (tj. zdecydowanie bardziej skutecznej regeneracji), a maska niestety poza nawilżeniem nie robiła zbyt wiele. Koniec końców, i tak po lecie musiałam udać się do salonu fryzjerskiego i znacznie skrócić włosy, więc zadowolona z tego powodu nie jestem. Na szczęście, ostatnio znalazłam w Hebe podobną maskę o naturalnym składzie (również z awokado!), która kosztuje połowę mniej, a ma ponad dwa razy większą pojemność. Dla mnie wniosek jest prosty - do tego produktu nie będę już wracać. Jeśli jednak wasze włosy nie są aż tak wymagające jak moje, to możecie spróbować - na pewno maska krzywdy Wam nie zrobi. xo

Przeczytaj i Podaj Dalej - Wielka Wymiana Książkowa 4

Przeczytaj i Podaj Dalej - Wielka Wymiana Książkowa 4

Witajcie! Jak już zapewne wiecie, lubię minimalizm i często robię porządki na półkach z książkami, zatem z przyjemnością po raz drugi dołączam do Wielkiej Wymiany Książkowej, organizowanej przez Magdalenę z bloga Save the magic moments oraz Dagmarę z bloga SocjopatkaSzczegóły oraz zasady akcji znajdziecie TUTAJ.



OGÓLNE ZASADY WIELKIEJ WYMIANY KSIĄŻKOWEJ 


  • ·        Akcja trwa od 1 do 10 października 2017 r.
  • ·        Udział w akcji może wziąć każdy - nie tylko bloger!
  • ·        Książkami się wymieniamy, nie sprzedajemy!
  • ·        Wymiana odbywa się bezkosztowo - ponosisz jedynie koszty przesyłki (w przypadku Poczty Polskiej - list polecony).
Grafika stworzona przez: yummymummyideas

Nie lubię, gdy książki kurzą mi się na regałach. Zdecydowanie wolę, gdy krążą i służą ludziom, dlatego przedstawiam Wam moje pozycje na wymianę. Wszystkie książki są w stanie bardzo dobrym lub dobrym, przeczytane raz lub dwa. Jedynie Murakami ma miejscami podkreślone cytaty, dlatego gratis dorzucam zbiór opowiadań w pakiecie (czyli macie 2 książki zamiast tylko 1).


Roxana Bowden "Współczesna bogini" - stan bdb, przeczytana raz - wymiana z liona-moje pasje.

Kinga Rusin "Ekoporadnik" - stan bdb- (kupiłam z minimalnie uszkodzoną okładką w outlecie Ravelo, widać to na dole zdjęcia), przeczytana raz. - wymiana z madameblania.


Robert Seethaler "Całe życie" - egzemplarz recenzyjny, przeczytana raz. Moja recenzja TUTAJ - wymiana z puffa_blog.

Eduardo Mendoza "Brak wiadomości od Gurba" - stan bdb, przeczytana 2 razy - wymiana z puffa_blog.


Haruki Murakami "Po zmierzchu" + gratis dorzucam zbiór opowiadań tego samego autora pt. "Wszystkie Boże dzieci tańczą" - książki są w stanie dobrym - (lekko przetarte okładki, miejscami podkreślone cytaty) - wymiana z Ostatnia kropka.


Marcin Szczygielski "Kallas" - stan bdb, przeczytana raz - wymiana z puffa_blog.

Patrick Suskind "Pachnidło" - stan dobry (lekko przetarta okładka) - wymiana z Okiem Dziewczyn.

Mogę zamienić te 2 książki na jakąś jedną (czyli zrobić zestaw 2 szt.)


Manuela Gretkowska "Agent" - stan bdb, przeczytana 2 razy.

"Świat według Karla" - stan bdb, przeczytana 2 razy. RECENZJA - wymiana z madameblania.


Katarzyna Kędzierska "Chcieć mniej" - stan bdb, przeczytana raz. Mam 2 egzemplarze tej książki, więc chętnie wymienię na jakiś poradnik lub literaturę faktu - wymieniona z Make Happy Life.

Jeśli chcecie się zamienić na którąś z tych książek, piszcie w komentarzach, wstawiając linki lub zdjęcia swoich propozycji. Jeśli nie macie konta Disqus, 
to napiszcie mi e-mail na adres: justynafrymus@gmail.com. xo

Alysia Abbott "Tęczowe San Francisco"

Alysia Abbott "Tęczowe San Francisco"

Alysia Abbott "Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu." 
Wydawnictwo Czarne, 2015 r.


"Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu" to niezwykle szczera historia Alysii Abbott, która opisuje swoje życie z nieco ekscentrycznym ojcem, Steve'm Abbott'em - hipisem, poetą, biseksualistą i działaczem LGBT, który po śmierci żony skupił się wyłącznie na związkach z mężczyznami. Jest to nie tylko książka biograficzna, która opisuje życie i dorastanie młodej dziewczyny w nietypowych warunkach, ale również niezwykła i barwna biografia wielkiego miasta. 

Tętniące życiem San Francisco w latach 70. i 80. dwudziestego wieku było mekką wszelkiej maści romantyków, hipisów i bohemy artystycznej, jak również mrocznym podziemiem środowiska ćpunów, homoseksualistów i, co za tym idzie, nosicieli HIV i/lub AIDS w latach 90. Jak możecie się domyślić, San Francisco we wspomnieniach Abbott zostało odmalowane jako bardzo smutne, wręcz depresyjne miasto. Najpierw stanowi tło dla pozbawionego matki i "normalnej" rodziny niezbyt szczęśliwego dzieciństwa, natomiast w latach 90. staje się miejscem, do którego nie bardzo chce się wracać. Owszem, San Francisco jest określane mianem "tęczowego", lecz ta tęcza to niestety tylko symbol ruchu gejowskiego aniżeli synonim wielkiej radości, pozytywnej przemiany, beztroski i miłości do życia. 


Sięgając po ten tytuł, miałam ogromną nadzieję zachłysnąć się malowniczym miastem i pięknym amerykańskim snem, lecz ku mojemu zdziwieniu, otworzyłam oczy na tę nieco bardziej mroczną stronę tego miejsca. Alysia w swej biografii opisuje również krótkie okresy, jakie podczas studiów spędziła w Nowym Jorku i Paryżu. Przyznam szczerze, że o tych dwóch miastach czytałam z o wiele większym zapałem i fascynacją. W Paryżu byłam raz, jako nastolatka, i uwielbiam wracać do niego choćby poprzez dobrą lekturę, natomiast NY na razie nie było mi dane odwiedzić, więc tym bardziej mnie ciekawi i fascynuje odkrywanie go w książkach, filmach czy serialach.

Książka Abbott podobała mi się głównie ze względu na dość nietypową historię, jaką opisuje. Jak dotąd, czytałam mnóstwo prozy gejowskiej (uwielbiam Szczygielskiego oraz Witkowskiego, czytałam też Irving'a i innych), jednak nigdy jeszcze nie zetknęłam się ze wspomnieniami i odczuciami spisanymi przesz osobę żyjąca na co dzień z homoseksualistą. Ponadto, ogromnym atutem książki jest bezkompromisowa szczerość autorki oraz (mimo wszystko) ogromna miłość i niezwykła więź, jaka łączyła Steve'a Abbott'a z jego córką. Pomimo raczej negatywnych konotacji związanych z SF, jest to lektura ciekawa, trochę kontrowersyjna, pozbawiona kiczu i landrynkowego przesłodzenia. Moim zdaniem, jest to godna uwagi i dobrze napisana biografia. 


Moja ocena: 8/10

 
Missha Pure Source Cell Sheet Mango - moja ulubiona maska w płacie

Missha Pure Source Cell Sheet Mango - moja ulubiona maska w płacie

Dzisiaj będzie oda - oda do mango. Egzotyczne, soczyste, żółciutkie, przepyszne, pełne dobroczynnego miąższu, słodkie i orzeźwiające zarazem, no po prostu - rajski owoc! Mango uwielbiam, lecz niestety nie mam do niego zbyt dobrego dostępu. Mimo to, dość często funduję swojej skórze jego dobroczynne właściwości w postaci maski na tkaninie Missha z linii Pure Source. Jest to moja ukochana koreańska maska w płacie; zużyłam już prawie dziesięć opakowań i ciągle mi jej mało. Co sprawia, że tak ją polubiłam? Czytajcie dalej! 🙆



Missha Pure Source Mango posiada płat wykonany z dosyć grubej bawełny. Rozmiar płatu nie jest duży, przez co idealnie dopasowuje się do mojej małej twarzy. Otwory na oczy, nos i usta są wycięte w sam raz, na czole maska bardzo dobrze przylega, jedynie na brodzie jest trochę za długa i czasem lubi się odkleić - moim zdaniem, najlepiej się z nią położyć na 20 minut i po prostu zrelaksować. Tkanina jest solidnie nasączona esencją o konsystencji lekkiego mleczka i o fenomenalnym zapachu mango, który jest wyczuwalny przez cały zabieg. Powiem Wam, że uwielbiam takie nuty soczystych i tropikalnych owoców, zarówno w świecach zapachowych, jak i w kosmetykach, a nuty mango zawsze dodają mi energii, nawet w najbardziej męczący i parszywy dzień. 💆



W składzie maski znajdziemy m.in. glicerynę, wyciąg z mango, portulaki, alantoinę, hydrolizowane estry z jojoby, kwas fitowy.



Podczas zabiegu maska delikatnie chłodzi skórę, co jest niezwykle przyjemnym i odprężającym doznaniem. Oprócz odprężenia, maska wykazuje działanie silnie nawilżające - moja przesuszona na policzkach mieszana cera jest po niej doskonale nawodniona, ukojona, wypoczęta, miękka, a przy tym delikatnie rozjaśniona i pełna blasku. Esencja co prawda pozostawia na skórze taki trochę lepki film, ale jednocześnie nie jest zbyt ciężka i nie sprawia, że moja mieszana cera potwornie się po niej błyszczy (jak po większości nawilżających masek, które miałam okazję testować, np. z Hada Labo Tokyo czy Benton ze śluzem ślimaka).



Plusy:

  • fenomenalny, słodki i jednocześnie energetyczny zapach mango
  • płat nieduży, dobrze wycięte otwory na nos, oczy i usta, ładnie przylega do twarzy
  • ma bardzo dobre działanie nawilżające, cudownie odpręża, lekko chłodzi i koi skórę
  • nie podrażnia ani nie uczula
  • maski z tej linii zawierają kwas fitowy, który bardzo lubię (kwas ten nie tylko nawilża, ale i odmładza oraz delikatnie rozjaśnia skórę)
  • maska jest solidnie nasączona esencją o konsystencji mleczka, której jest tak dużo w saszetce, że spokojnie wystarczy nam na kilkukrotne wklepanie w skórę
  • całkiem przyzwoity skład; nie zawiera parabenów czy phenoxyetanolu
  • nie testowana na zwierzętach
  • niska cena (8-9 zł).

Minusy:
  • pozostawia lepką warstwę na skórze.

Moja ocena: 9/10.


Ogólnie rzecz biorąc, maska ma całkiem przyzwoity skład (w porównaniu do większości koreańskich masek w płacie), jej aplikacja jest niezwykle przyjemna, zapach fantastyczny, a działanie bardzo silnie nawilżające oraz rewitalizujące zmęczoną i poszarzałą skórę. Cena 9 zł za tak fajny skład, zapach i działanie jest moim zdaniem bardzo dobra. Miałam już chyba z 7 (w porywach do 10) sztuk tej maski i jak dotąd jest to mój sheet mask #1. Z tej serii miałam też m.in. maskę z bambusem, miodem i jagodami acai, ale to jednak nie to samo, co moje ukochane mango. Jeśli jeszcze nie miałyście tej maski, a lubicie maski w płacie, to koniecznie ją wypróbujcie. Ale UWAGA, uprzedzam - jest to produkt mocno uzależniający. Jak raz spróbujecie, to gwarantuję Wam, że będziecie chciały więcej, więcej, więcej... i jeszcze raz więcej soczystego mango ;-) xo


Nowości kosmetyczne: jesień 2017

Nowości kosmetyczne: jesień 2017

Jak już zapewne zdążyliście zauważyć, bliżej mi do minimalizmu aniżeli do nadmiaru. Nie lubię mieć zbyt wielu pootwieranych kosmetyków na wierzchu, ani też zbyt wielkich zapasów, ponieważ wtedy mam wrażenie, że zaczyna przytłaczać mnie ilość, i że po prostu tego nie ogarnę sama. Regularnie robię porządki, czy to w kosmetykach, w szafkach, czy w książkach, dlatego moje ostatnie zakupy są raczej skromne. Staram się po prostu nie kupować nowych kosmetyków, jeśli podobne z danej kategorii zalegają jeszcze w zapasach, natomiast od czasu do czasu zgadzam się przetestować jakiś nowy produkt w ramach współpracy. Jeśli zatem ciekawi Was, jakie nowości zawitały do mnie pod koniec lata i na początku jesieni, zapraszam serdecznie na krótki przegląd.


Jeszcze w wakacje wykorzystałam kupon -40 zł w perfumerii Douglas. W moje ręce wpadły 2 mini maseczki rozjaśniające GlamGlow - są one ponoć fantastyczne, tylko cholernie drogie, ale udało mi się je dorwać na mega wyprzedaży za jedyne 39 zł za słoiczek. Na razie użyłam maski kilka razy i bardzo mi się podoba. Ponadto, wzięłam też w promocyjnej cenie 2 maski w płacie marki Benton z ekstraktem ze śluzu ślimaka i jadu pszczelego, które mnie niestety nie zachwyciły. Mają co prawda bogate, naturalne składy, natomiast działanie i zapach niestety szału nie robią. Wypróbowałam, ale więcej się chyba nie skuszę. Wzięłam też podwójne opakowanie tuszu Pupa Vamp! Extreme (naczytałam się samych superlatywów, więc jestem ciekawa) oraz opakowanie Skin79 Waterproof Sun Gel dla mamy. W prezencie dostałam pudełeczko z próbkami perfum oraz dmuchaną torbę plażową Foreo, która czeka już na kolejny sezon w szafie.


W sklepie internetowym Yasumi zamówiłam sobie z kolei gąbkę Konjac z likopenem (jest tak wielka, że musiałam ją przeciąć na pół!) oraz dermo roller do zabiegów mezoterapii mikroigłowej o najmniejszej wielkości igieł (tj. 0,25 mm) na początek. Gąbki tej marki bardzo lubię, natomiast urządzenia używam już od jakiegoś czasu i na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że jest naprawdę solidnie wykonane.


W Yves Rocher uzupełniłam tylko mój skromny zapas lakierów do paznokci o 2 nowe kolorki (33. Pivoine oraz 61. Bleu Nigelle) i kupiłam pomadkę ochronną do ust z masłem karite, natomiast miniaturkę kremu do suchych stóp dostałam w prezencie.


Na słynne promocje Rossmann'a zwykle nie chodzę, ale w sierpniu skończył mi się antyperspirant, więc poszłam wypróbować Sanex i przy okazji skusiłam się na Nawilżającą maskę w płacie Hada Labo Tokyo z kwasem hialuronowym oraz Odmładzające płatki pod oczy Multibiomask. Całe szczęście, że oba produkty kosztowały grosze, bo totalnie mnie nie zachwyciły. Maska ma dobrze wycięty, gruby płat i faktycznie nawilża, ale po niej moja twarz świeci się jak psu wiecie co. Płatki z kolei piekły i mrowiły, a nie zrobiły żadnego efektu wow. Na pocieszenie dodam tylko, że serum na końcówki Garnier Fructis Goodbye Damage okazało się naprawdę fajne (podratowało moje rozjaśniane i zniszczone włosy) i na szczęście nie zawiera phenoxyetanolu.


W SuperPharm na promocji -50% kupiłam tylko nową wersję mojego ukochanego drogeryjnego podkładu Bourjois Healthy Mix w najjaśniejszym kolorze, czyli 51. Na razie go testuję, ale nie jestem pewna, czy dogada się z moim koreańskim filtrem. Jeśli nie, to zostawię go sobie na listopad/grudzień i wtedy zobaczymy.


Ponadto, we wrześniu dostałam od marki APIS do przetestowania Rozjaśniające serum redukujące przebarwienia, które idealnie wpisuje się w moją jesienną pielęgnację cery z melasmą. Czy da sobie radę z moimi plamami, okaże się dopiero za jakiś czas, gdyż produktu nie można używać w słoneczne dni. Niemniej jednak, jestem bardzo ciekawa i już się nie mogę doczekać, co wyniknie z tych testów.


I jeszcze na koniec pokażę Wam przesympatyczną przesyłkę, którą ostatnio dostałam od portalu Zblogowani oraz organizatorów Konferencji Meet Beauty - zaproszenie na zapisy na IV edycję konferencji oraz dodatkową zachętę w postaci paczki nowości od marki Dove. W paczce znalazłam gruszkowo - aloesowy dezodorant, piankowy żel pod prysznic oraz szampon do włosów farbowanych. Bardzo dziękuję i mam nadzieję, że 21-22 kwietnia po raz kolejny będę mogła uczestniczyć w tym wspaniałym wydarzeniu.


To by było na tyle moich wakacyjno-wrześniowych nowości kosmetycznych. W sumie trochę tego dużo jak na minimalistkę, ale do napisania tego postu zabierałam się od kilku tygodni i tak się jakoś uzbierało. Dajcie znać, czy znacie te kosmetyki oraz która z Was również ma w planach zapisy na MB. xo

Projekt denko - sierpień 2017

Projekt denko - sierpień 2017

Sierpniowych zużyć nie jest zbyt dużo, ale ostatnio zrobiłam porządki w toaletce i musiałam wyrzucić kilka przeterminowanych kosmetyków kolorowych. Jak zwykle, jest też kilka maseczek do twarzy oraz produkty do mycia ciała. Jeśli jesteście ciekawi, jakie produkty kosmetyczne pożegnałam w sierpniu, zapraszam na denko.

Kolorówka


INDIGO, Olejek do skórek (niestety, nie podam Wam pełnej nazwy, gdyż wyrzuciłam kartonik) - Rewelacyjny produkt, bardzo wygodna forma pen'a, ładnie zmiękczał i odżywiał skórki wokół paznokci. Zużyłam do cna, ale chętnie jeszcze do niego powrócę. 

THE BALM, Bahama Mama - Kultowy bronzer, co do którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony jest to produkt bardzo dobrej jakości, ma fajny, chłodny odcień i mocną pigmentację, ale problem tkwi w odpowiedniej aplikacji i doborze pędzla - zazwyczaj robiły mi się niezbyt ładne plamy, ale jak używałam mocno zbitego pędzla do podkładu Hakuro H50s, efekt był najlepszy i najbardziej naturalny. Mimo to, muszę wyrzucić, bo minął jego termin ważności. Na razie nie planuję do niego wracać, chcę wypróbować słynną Hoolę z Benefitu.

YVES ROCHER, Lakier do paznokci nr 71. Menthe (5 ml) - bardzo dobra jakość, kolor bardziej wpada w zieleń aniżeli w typową, chłodną miętę. Efekt na paznokciach możecie zobaczyć TUTAJ. Wyrzucam, bo lakier mi się zważył, nawet już nie chce schnąć :( 

ROUGE BUNNY ROUGE, Róż w sztyfcie VERMEER Blush Wand 017 (4,5 ml) - Świetny produkt, można go stosować jako róż i/lub pomadkę. Odkryłam go trochę za późno, więc się przeterminował. Kolor śliczny, a z tego, co się orientuję, marka RBR produkuje naturalne, cruelty free kosmetyki. Minusem jest jedynie cena (31 EUR).

AVON, Matte Blossom - matowa pomadka o jasnoróżowym odcieniu. Bardzo ją lubiłam, ale u mnie niestety pomadki są tak rzadko używane, że po 2 latach trzeba je wyrzucić do kosza (ze względów higienicznych). Na razie szukam pomadki nie testowanej na zwierzętach i o bardziej naturalnym składzie, więc chyba do niej nie wrócę.

Twarz


BIOLAVEN, Płyn micelarny 200 ml - bardzo dobry, naturalny micelek, do którego na pewno jeszcze wrócę (tymczasem testuję Vianka oraz lipowy płyn z Sylveco, który jest ponoć jeszcze lepszy). Odsyłam do RECENZJI.

CIEN, Maseczka na twarz, szyję i dekolt Głęboko nawilżająca (10 ml) - maska do twarzy na parafinie (!) - ma słaby skład i działanie. Dostałam do przetestowania, ale na pewno sama nie kupię ani tej, ani żadnego innego wariantu. Nie, nie i jeszcze raz nie!

ORIFLAME Optimals, Bibułki matujące (50 szt.) - miałam je chyba ponad 2 lata, ale używałam głównie latem. Mimo, iż nie lubię kosmetyków tej marki, to muszę przyznać, że są to jedne z lepszych bibułek, jakich do tej pory używałam. Chętnie jeszcze kiedyś bym do nich wróciła, no chyba że znajdę coś lepszego dostępnego w sklepach online bądź drogeriach stacjonarnych.

VIANEK, łagodząca maseczka do twarzy do cery podrażnionej z glinką białą i olejem kokosowym (10 g) - tu na szczęście cudowny, naturalny skład idzie w parze z fantastycznym działaniem. Zresztą ja teraz kupuję w 90% same naturalne kosmetyki do pielęgnacji twarzy i ciała, a z marki Vianek na pewno przetestuję jeszcze inne maseczki, bo ta była naprawde super. Użyłam jej 2x po zabiegu mezoterapii mikroigłowej - genialnie koiła i łagodziła skórę.

MISSHA Pure Source Mango - jest to moja ukochana maseczka w płacie, więc to kolejne zużyte opakowanie. Niebawem planuję osobny post z recenzją. Wersja Honey z miodem też była całkiem przyjemna i dobrze nawilżała skórę, aczkolwiek jej zapachu nie jestem w stanie pokochać tak mocno jak mango ;)

BENTON Snail Bee High Content Mask Pack - maska w płacie o naturalnym składzie i silnym działaniu przeciwzmarszczkowym oraz regenerującym. Niestety moja skóra chyba nie do końca się polubiła z filtratem ze śluzu ślimaka lub jadem pszczelim zawartym w tej masce. Poza tym, zapach do najpiękniejszych nie należy, więc miłości z tego nie będzie.


Ciało & włosy


BIOLOVE Krem do rąk malinowy 75 ml - świetny skład, zapach, konsystencja i działanie. Pisałam już o nim kiedyś w ulubieńcach. Zdecydowanie kupię ponownie, ale przedtem wypróbuję jeszcze inne wersje zapachowe ;)

WAX ANGIELSKI PILOMAX Sun Wax 100 ml - odżywka ochronna z filtrem UV, niestety zawiera phenoxyetanol i nie pomagała rozczesywać moich włosów, więc dla mnie średnio użyteczny produkt.

BATISTE Dry shampoo Floral & flirty blush 200 ml - dla mnie najgorszy wariant, miałam wrażenie, że ten suchy szampon nie robił nic, w ogóle nie odświeżał fryzury w ciągu dnia. Na pewno do tej wersji nie wrócę. 

BABUSZKA AGAFIA Mydło w płynie do rąk i ciała 500 ml - rozczarowanie sezonu. Po pierwsze, to wersja estońska z SLeS, działanie i zapach bez rewelacji. Nigdy więcej!

BIOLOVE Żel pod prysznic borówka 250 ml - transparentny żel o świeżym zapachu jagód. Bardzo fajny zapach i skład, nie przesuszał skóry. Na pewno kupię ponownie.


Cały czas dążę do zmniejszania ilości kosmetyków poupychanych w szufladach i jestem na dobrej drodze do kosmetycznego minimalizmu. Nie szalałam również na promocjach w drogeriach i zakupiłam tylko niezbędne produkty. Jeśli jesteście ciekawi moich skromnych nowości na jesień, to myślę, że niebawem mogę się nimi z Wami podzielić w osobnym wpisie. Tymczasem pozdrawiam Was ciepło i do usłyszenia wkrótce! xo

Energetyzująca stylizacja włosów z Ronney Energizing Babassu Oil

Energetyzująca stylizacja włosów z Ronney Energizing Babassu Oil

Z lakierami do włosów zazwyczaj średnio się lubię. W zeszłym roku używałam ekologicznego lakieru Sanotint, który był bezpieczny i delikatny, jednak nie do końca dawał sobie radę z ujarzmieniem moich niesfornych i zbyt miękkich pasm, zwłaszcza w kiepską pogodę lub na większe wyjścia. W tym roku byłam skłonna spróbować jednak czegoś nowego i mocniej utrwalającego, zatem w moje posiadanie trafił Energetyzujący lakier do włosów brytyjskiej marki RONNEY UK z olejkiem babassu. Oczywiście, początkowo miałam testować aż 8 lakierów tej marki, ale że jestem wybredną i upierdliwą minimalistką, wybrałam sobie właśnie wariant z olejkiem babassu, który ma utrwalać nawet wrażliwe włosy, jednocześnie je wzmacniając i nawilżając.


RONNEY UK Energetyzujący lakier do włosów Extra Strong z olejkiem z Babassu:
  • dla włosów wrażliwych
  • wzmacnia słabe i zniszczone włosy
  • nawilżający
  • długotrwałe utrwalenie
  • nie skleja włosów
  • nie obciąża włosów
  • ładny zapach
  • nie pyli
  • szybkoschnący
  • ochrona przed czynnikami atmosferycznymi.

Cena: ok. 15-17 zł/750 ml. Więcej informacji TUTAJ.



Lakier znajduje się w wysokiej butli o pojemności 750 ml i jest przeznaczony do użytku profesjonalnego (głównie w salonach fryzjerskich), stąd jego rozmiar. Podejrzewam, iż fryzjerzy są przyzwyczajeni do trzymania w dłoniach tak dużych opakowań, jednak dla mnie ten rozmiar troszkę utrudnia utrzymanie produktu w dłoni. Mimo to, muszę przyznać, że dozownik jest solidnie wykonany i nawet po dość mocnym i niefortunnym upadku, wrócił na swoje miejsce i dalej pełni swoją funkcję (a większość lakierów czy pianek po podobnym incydencie musiało wylądować w koszu na śmieci). Ponadto, jest to niesamowicie wydajny produkt - ja używam go codziennie i jestem pewna, że będzie ze mną minimum rok, a może i dwa. 

RONNEY UK Energizing Babassu Oil Salon Premium Professional Hair Spray (bo tak dumnie brzmi jego oryginalna nazwa) to lakier o najmocniejszym utrwaleniu (tj. 5 - Extra Strong). Pachnie słodko i owocowo, a zapach ten dość długo utrzymuje się na włosach. Ogromną zaletą lakieru jest fakt, iż zgodnie z obietnicą producenta nie pyli i nie dusi, jak większość tego typu produktów (nie ma konieczności wietrzenia pomieszczeń i nawet mój pies nie ucieka gdzie pieprz rośnie ;). Jeśli chodzi o jego działanie, to według obietnic utrwala dość mocno i dodaje witalności oraz energii fryzurze. W efekcie, moje dość miękkie i niesforne włosy trzymają się na miejscu, lecz są jednocześnie miękkie i przyjemne w dotyku. Mam tu na myśli przede wszystkim to, iż nie jest to taki sztywny hełm, który skleja i trzyma włosy w jednym kształcie do następnego mycia (przez co włosy nie reagują nawet na najmniejszy podmuch wiatru). Dla mnie takie sztywne i posklejane włosy nie wchodzą w rachubę, więc z działania Ronney UK jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona. Lakier nie skleja, nie usztywnia i nie przesusza włosów (bo raczej trudno mówić, że lakier nawilża włosy), a do tego jest bardzo przyjemny w aplikacji.

Plusy:
  • bardzo ładny, słodko-owocowy zapach
  • nie pyli i nie dusi
  • nie skleja i nie obciąża włosów
  • zapewnia porządne i długotrwałe utrwalenie fryzury
  • nie przesusza włosów nawet przy codziennym użyciu
  • solidnie wykonany atomizer, odporny na upadki
  • bardzo wydajny produkt.


Minusy:
  • trochę niewygodnie trzyma się w dłoni tak wielką butlę
  • dostępność.

Moja ocena: 9/10.


Jak widzicie w powyższym zestawieniu, jedyne, do czego mogę się przyczepić, to słaba dostępność i rozmiar butli (oraz fakt, że tak duże opakowanie jest średnio poręczne). Z drugiej strony jest to plus - lakier jest bardzo wydajny, a to jest niewątpliwie istotne dla salonów fryzjerskich, które lakiery do włosów zużywają w tempie błyskawicznym. Co do działania lakieru - jest wprost fenomenalne. Bardzo polubiłam się z tym lakierem i byłam zaskoczona, że kosztuje tak niewiele (15-17 zł). Serdecznie polecam Wam go wypróbować - jest to rewelacyjny produkt w bardzo przystępnej cenie. xo

PS. Bardzo dziękuję marce Ronney za możliwość przetestowania produktu.


ronney.pl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger