niedziela, 23 kwietnia 2017

Przeczytaj i podaj dalej - Wielka Wymiana Książkowa

Przeczytaj i podaj dalej - Wielka Wymiana Książkowa
Mam fioła na punkcie porządkowania i wyrzucania niepotrzebnych rzeczy. Chomikiem nie jestem, i bardzo często lubię robić miejsce na nowe rzeczy (choć od jakiegoś czasu kupuję z umiarem i większą rozwagą niż kiedyś). Jeśli chodzi o książki, ciągle oddaję ich pełne kartony do biblioteki, czasem coś sprzedam na aukcjach albo wymieniam. I właśnie wczoraj trafiłam w sieci na świetną akcję - Wielką Wymianę Książkową (w zasadzie jest to już 3. edycja), organizowaną przez Magdalenę Erbel z bloga Save the Magic Moments wraz z Eweliną MierzwińskąCała zabawa polega na tym, że wystawiamy swoje książki na blogach lub w komentarzach, wymieniamy się nimi, ale ich nie sprzedajemy. Akcja trwa od 22 kwietnia do 1 maja. Książki wysyłamy listem poleconym. Więcej szczegółów całego książkowego zamieszania znajdziecie TUTAJ. Dołączyć może każdy czytelnik, niekoniecznie bloger. ;)


Ja po wiosennych porządkach postanowiłam pożegnać się z tytułami nowymi lub też starszymi, które kilka lat przeleżały na regale (i nie oszukujmy się - już ich raczej nie przeczytam!), książkami czytanymi więcej niż raz (najwyższy czas poszerzyć horyzonty ;) lub takimi, do których już na pewno nie chcę wracać. Poniżej moje propozycje:

Beata Pawlikowska "Blondynka na językach", nie czytana, stan bdb - wymiana z psychodelax3 na Mirandę Kerr

Joanna Glogaza "Slow life", stan bdb - wymieniona na "Bloger i social media" z Pachnące Inspiracje

Carlos Fuentes "Lata z Laurą Diaz"stan bdb, okładka db - wymieniona z Książkowy Świat na "Co nas nie zabije"

Anna Zacharzewska "Na morfinie"stan bdb- (lekko przetarta okładka)

Truman Capote "Śniadanie u Tiffany'ego"stan bdb-, obwoluta stan db

Eduardo Mendoza "Brak wiadomości od Gurba"stan bdb

Andrew Wilson "Alexander McQueen. Krew pod skórą"stan bdb (kupiłam na prezent przyjacielowi, ale już miał); wymienię na coś super w stanie bardzo dobrym. ;) - wymieniam z Pierwszą Damą na Woody Allen'a 

Poniżej książki w stanie bardzo dobrym lub dobrym, ale podpisane w środku (moim imieniem i nazwiskiem lub inicjałem):


Mark Watson "Jedenaście"stan bdb

Matthew Quick "Poradnik pozytywnego myślenia"stan db (przetarta okładka) - wymiana z Katarzyną Brk na "The girl on the train"

David Nicholls "Dubler"stan bdb

Manuela Gretkowska "Agent"stan bdb.

EDIT, 23.04: Dorzucam też kilka książek od mojej mamy:



Jan Sztaudynger "Jak zwykle wszystko winą jest amora"stan bdb

Danielle Steel "Charles Street 44", stan bdb

Danielle Steel "Kalejdoskop", stan bdb (tylko podpisana na pierwszej stronie)

K. Chiger, D. Paisner "Dziewczynka w zielonym sweterku", stan bdb

Magdalena Parys "Tunel"stan bdb

Trinny & Susannah "Księga Kobiecych Sylwetek"stan bdb - wymieniona z Freelance Mama na "Bóg, Kasa i Rock&Roll"

Joanna Jodełka "Kamyk"stan bdb

Manuela Gretkowska "Miłość po polsku"stan bdb, obwoluta stan db;

oraz pozycje w stanie dobrym, które mogą być podpisane przeze mnie i zawierać zaznaczenia cytatów (zakreślaczem bądź długopisem); jeśli Ci to nie przeszkadza, to może Cię zainteresują następujące tytuły:

Beata Pawlikowska "Teoria bezwzględności"

Rhonda Byrne "Siła" - wymiana z Books my Love na "Córka Samuraja"

David Toscana "Ostatni czytelnik"

Manuela Gretkowska "Trans"

Manuela Gretkowska "Silikon"

Paulo Coelho "Alchemik"

Joe Vitale "Oczekuj cudów".



Ponadto, mam w swoich zbiorach masę książek po angielsku, zwłaszcza pozycje dotyczące literatury angielskiej (antologie, klasyki, teoria i historia literatury). Jeśli jesteś zainteresowany, skontaktuj się ze mną i pytaj (mam tego dużo więcej) ;) Na zdjęciu od góry: The Irish Biographies: James Joyce, J. Joyce "Dubliners", Jane Austen "Northanger Abbey", Oscar Wilde "The Picture of Dorian Gray", W. Shakespeare "Romeo and Juliet", Charles Dickens "Oliwier Twist", W.M. Thackeray Vanity Fair" (shortened & adapted), Helen Fielding "Bridget Jones: The Edge of Reason", Shakespeare "Hamlet", The Concise Cambridge History of English Literature, Introducing Romanticism, Modern Literary Theory.


Najchętniej wymienię swoje książki na jakieś poradniki dotyczące mody (np. Radzką, Ekskluzywnego Menela itp.), urody (Anwen, Cameron Diaz i inne), blogowania (Tomczyka aka Jasona Hunta oprócz jego pierwszej książki "Blog"), zdrowego stylu życia bądź fit gotowania (np. Kingę Paruzel). Poza tym, interesują mnie biografie, wspomnienia, listy, powieści obyczajowe, a także niektóre thrillery (a zwłaszcza 4. tom serii Millennium Davida Lagencrantz'a!). Dajcie znać w komentarzach, jeśli coś Was zainteresuje i podajcie namiary do siebie plus ewentualnie swoje propozycje. xo

PS. Jeśli już się zgadamy na wymianę, 
pisz do mnie maila na: justynafrymus@gmail.com.

wtorek, 18 kwietnia 2017

YANKEE CANDLE Cranberry Pear

YANKEE CANDLE Cranberry Pear
Uwielbiam dostawać świeczki zapachowe jako dodatek do beauty boxów. Uważam, że nie samymi kosmetykami człowiek żyje, a zapach w domu jest dla mnie równie ważny, co ładny wystrój. Dzisiaj zapraszam Was na moje odczucia odnośnie samplera YANKEE CANDLE Cranberry Pear, który trafił mi się w wyprzedażowym pudełku Joybox Surprise


Zacznijmy od tego, jak zapach opisuje producent - na stronach różnych sklepów internetowych wyczytamy, że ten zapach to wyjęta z pieca tarta z gruszkami i syropem żurawinowym lub też pieczone gruszki zatopione w syropie żurawinowym. Dla mnie -miłośniczki zarówno słodkich wypieków, jak i zapachów owocowych, taki miks brzmi po prostu jak ideał. W praktyce jednak sprawa wygląda nieco inaczej...



W moim odczuciu, Cranberry Pear to przede wszystkim lekko kwaskowata żurawina połączona ze słodkim zapachem ciasta, niekoniecznie gruszkowym. Gruszki w tej mieszance nie wyczuwam prawie wcale (a szkoda!)... no, może w minimalnym stopniu. W każdym razie, zapach jest z jednej strony orzeźwiający i kwaskowaty (żurawina rządzi!), a z drugiej słodki, lecz nie przesłodzony. W rezultacie, otrzymujemy mieszankę bardzo przyjemną, a przy tym subtelną i nie przytłaczającą. Mimo, iż nie jest to żadna nowość w ofercie marki, to muszę przyznać, że zapach totalnie mnie oczarował i jestem skłonna zakupić go w wersji pełnowymiarowej lub chociażby w średnim słoiku. xo


PS. Samplery mają to do siebie, że są znacznie mniej intensywne od wosków czy świec w szkle (kosztują 11 zł i palą się 15 godzin). Ich plusem natomiast jest fakt, że umożliwiają wypróbowanie zapachu za niewielką cenę oraz w niezwykle wygodny sposób (tj. bez kruszenia, brudzenia i konieczności posiadania kominka); palimy je po prostu w szklanym kieliszku, który zwykle jest dołączony do świeczki (przynajmniej zawsze w Joybox'ie) i jest git majonez. 

środa, 12 kwietnia 2017

Wiosenny haul kosmetyczny

Wiosenny haul kosmetyczny

Przyszła wiosna i wraz z nią zmiany, również w pielęgnacji twarzy i włosów. Przede wszystkim, już w pierwsze wiosenne dni (nawet te pochmurne) zaczęłam używać wysokiego filtra (SPF50). Przy mojej skłonności do przebarwień to po prostu konieczność. Jednak w tym roku postanowiłam wypróbować filtry mineralne, które są o wiele bezpieczniejsze dla zdrowia. Korzystając ze zniżki -20%, zamówiłam sobie zatem na stronie skin79 koreański krem o wdzięcznej nazwie Non-chemical sun block z SPF50+ PA+++. Krem zawiera 100% filtrów mineralnych oraz liczne ekstrakty roślinne, jest przeznaczony do cery w każdym wieku, nawet tej bardzo wrażliwej. Pomimo trochę "tępej" konsystencji, jak na razie jestem bardzo zadowolona z kremu - wchłania się szybko, nadaje pod makijaż i (odpukać) jak dotąd nie mam na czole nowych plam :)


Ponadto, na stronie mintishop zamówiłam sobie także koreańskie maski w płachcie (była promocja na koreańską pielęgnację, więc trza było skorzystać!). Pierwsza z nich to słynny ślimaczek, czyli Fresh Garden Mask Snail od skin79. Maska ma za zadanie nawilżać i odmładzać, ale ja liczę przede wszystkim na nawilżenie, ponieważ po zimie moja mieszana skóra ma tendencję do przesuszania (głównie poza strefą T, czyli na policzkach). Ponadto wzięłam sobie trzy maski rozjaśniające Holika Holika Makgeolli Brightening Mask Sheet oraz z czystej ciekawości Pig-nose clear black head Perfect sticker, czyli oczyszczający plaster na zaskórniki, które są prawdziwym wrzodem na tyłku. 


Jeśli chodzi o makijaż, to przed Dniem Kobiet skorzystałam z 20% rabatu na sephora.pl i zamówiłam sobie wymarzoną paletkę cieni do powiek Caramel Melange niemieckiej marki Zoeva. Paletka jest przepięknie i bardzo solidnie wykonana, posiada śliczne, ciepłe kolory (mix ciepłych brązów i miedzi) i jak na razie, spisuje się doskonale. Cienie są bardzo mocno napigmentowane, łatwo się blendują, a do tego nie mają w składzie parabenów, olei mineralnych, ftalanów, czy substancji zapachowych. Jedynym minusem paletki może być brak lusterka, choć ja nie narzekam (lusterko tak czy siak mam na toaletce, zaś gdy jestem w podróży, to zawsze się znajdzie w jakiejś innej paletce czy pudrze do twarzy). 


Wiosną postawiłam również na pielęgnację włosów. Na promocji 1+1 w Rossmannie (było to jakoś przed Dniem Kobiet) kupiłam dwa szampony, a w zasadzie Eliksiry do mycia włosów WS Academy Wierzbicki&Schmidt. Szampony mają zgrabne butelki, ale niestety trochę ciężko się otwierają mokrymi dłońmi. Paczula wonna pachnie bardzo ładnie, ale zbyt intensywnie, więc najczęściej po prostu mieszam ją w Eliksirem Bezzapachowym i jest git majonez. 


Ponadto skończył mi się suchy szampon marki Aussie (swoją drogą, bardzo kiepski), więc postanowiłam wrócić do sprawdzonego Batiste. Tym razem padło na wersję Floral & flirty blush, gdyż nie było mojej ulubionej orientalnej. Od jakiegoś czasu raczej unikam używania suchych szamponów, ale lubię mieć zawsze w domu jedną butlę na tzw. czarną godzinę (tj. sytuację, gdy jestem chora lub gdy wyjątkowo muszę gdzieś bardzo wcześnie wstać) lub po prostu do stylizacji włosów na jakieś wyjście. 


A na koniec, w stacjonarnym salonie Yves Rocher, skusiłam się jeszcze na Olejek odbudowujący do włosów z olejkiem jojoba. Miałam kiedyś szampon z tej serii i był świetny (a do tego ten zapach!). Zobaczymy zatem, czy olejek też da radę wygładzić i nawilżyć moje rozjaśniane włosy... Nakłada się go na minimum 10 minut na suche włosy przed ich myciem, a następnie myje głowę szamponem. Pani w sklepie powiedziała mi, że spokojnie mogę go zostawić na włosach dłużej, np. na pół godziny. No nic, pożyjemy, popróbujemy, zobaczymy! 


Dajcie znać, które kosmetyki najbardziej Was zaciekawiły, a na pewno za jakiś czas wrócę do Was z recenzją. xoxo

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Kosmetyczni ulubieńcy marca 2017

Kosmetyczni ulubieńcy marca 2017
W marcu upodobałam sobie tylko kilka produktów kosmetycznych oraz jeden zapach, a w zasadzie świecę. Jeśli jesteście ciekawi, co skradło moje serce w minionym miesiącu oraz jaki jest najlepszy płyn do higieny intymnej, jaki kiedykolwiek miałam, zapraszam do dalszej lektury...  


O tym, że uwielbiam maski pod oczy Sephora, pisałam już w ulubieńcach lutego 2017. Bardzo fajnie spisała się u mnie zarówno maska żółta, jak i pomarańczowa.  Z kolei w marcu miałam okazję wypróbować jeszcze maseczkę czerwoną, z granatem (Pomegranate eye mask), która działa energetyzująco i niweluje zmęczenie.  W zasadzie wszystkie te maski okazały się rewelacyjne - idealnie się trzymają na skórze pod oczami i są bardzo komfortowe w noszeniu, a do tego nie podrażniły moich wrażliwych oczu. Co więcej, maski działają natychmiast, w widoczny sposób odmładzając skórę, nawilżając ją i zmniejszając cienie pod oczami (pod tym względem najlepsza była chyba jednak maseczka Ling zhi, do której z pewnością jeszcze wrócę, o ile jeszcze kiedyś na nią trafię w salonie Sephory). Równie dobrze spisała się też maska w płacie na twarz - Orchid face mask. Maska jest wyjątkowo wilgotna (jest bardzo bogato nasączona esencją), nieduża (a zazwyczaj miałam problemy z dopasowaniem masek na tkaninie do mojej małej twarzy), a do tego niezwykle przyjemna w użyciu oraz działaniu. W efekcie, skóra była doskonale nawilżona, wygładzona i zrelaksowana. Niestety, od jakiegoś czasu nie widzę już tych masek na stronie perfumerii, ale jeśli tylko je kiedyś zobaczę stacjonarnie, to na pewno zrobię zapas! 


Dottore Cosmeceutici sacha butter fresco - masło do twarzy i ciała z olejem Inca Inchi. Pomimo niewielkiej pojemności (50 ml), masełko jest dosyć wydajne i już drugi czy trzeci miesiąc służy mi jako produkt ratunkowy, do smarowania przesuszonych łokci, dłoni czy stóp. Ma bogatą recepturę opartą na kilku olejkach (m.in. olejek jojoba, ze słonecznika, makadamia, czy ze słodkich migdałów), przyjemną, niezbyt tłustą konsystencję oraz cudowny, owocowy zapach, dzięki czemu używanie go to czysta przyjemność. Jestem w tym maleństwie absolutnie zakochana i z całego serca i Wam go polecam.


Oillan intima comfort - Hipoalergiczny płyn do higieny intymnej to najlepszy płyn do higieny intymnej, jakiego dotychczas używałam. Po pierwsze, opakowanie jest mega wydajne (400 ml) i wyposażone w praktyczną pompkę. Po drugie, ma w składzie kwas mlekowy, olej awokado, olej canola, betainę i alantoinę, które działają łagodząco i niwelują wszelkie podrażnienia w okolicach intymnych. Po trzecie, produkt ten nie zawiera SLS/SleS, mydła, pochodnych formaldehydu, barwników i innego dziadostwa, dzięki czemu jest niesamowicie delikatny i bezpieczny. Po czwarte, fantastycznie i na długo odświeża. No po prostu jest świetny i, jak dotąd, nie poznałam lepszego. 


Na koniec wspomnę jeszcze o zapachu, który był ze mną od stycznia i który niestety w marcu mi się skończył. Midnight Pomegranate to świeca marki Bath & Body Works o przepięknym, wielowymiarowym owocowo-orientalnym zapachu (pisałam o niej TUTAJ). Już nie pamiętam, kiedy ostatnio było mi tak bardzo smutno, gdy skończyła mi się świeczka... Nadal nie potrafię wyrzucić tego eleganckiego, szklanego opakowania; chyba zeskrobię sobie resztki wosku i po prostu wrzucę do jakiegoś tealighta lub świecy bezzapachowej (by choć jeszcze przez chwilę poczuć tę mieszankę granatu, porzeczek i paczuli), natomiast szkło wykorzystam do przechowywania biżuterii czy czegoś takiego. Jeśli kiedyś jeszcze będą dostępne świece o tym zapachu w BBW, to na pewno kupię ponownie, i to kilka sztuk na zapas! 


Znacie coś z mojego zestawienia? 
A jak tam Wasi ulubieńcy marca? xo

środa, 5 kwietnia 2017

Ulubieńcy marca 2017: książki

Ulubieńcy marca 2017: książki

W marcu przeczytałam cztery nowe książki plus dwie stare (były to książki E.E. Schmitta, których chciałam się pozbyć). Jeśli chodzi o te nowe, pierwszą pozycją był poradnik Aimee Song "Pokaż swój styl. Jak się wyróżnić, przyciągnąć obserwujących i zbudować markę na Instagramie", który czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Książka zawiera masę porad odnośnie technik robienia zdjęć, kadrowania, ustawiania ostrości oraz dostępnych filtrów i aplikacji, które znacznie ułatwiają pracę z telefonem oraz z IG. Mnie osobiście najbardziej spodobał się rozdział dotyczący flat lay i zdjęć produktowych (wiadomo!), a poza tym rozdziały takie jak np. "Unikanie instabanałów", "Hasztag kontra geotag i co to wszystko znaczy", czy "Konstruowanie idealnej siatki". Przyznam szczerze, że tagowanie oraz spójny feed nie są moją najmocniejszą stroną i wciąż muszę się jeszcze sporo nauczyć. Tak czy inaczej, sporo się dowiedziałam i wiem, że powinnam uzbroić się w cierpliwość, a poza tym pstrykać, pstrykać i więcej publikować (oczywiście, z większą regularnością), ale nie zawsze po prostu mi się chce... Najmniej zainteresowały mnie porady dotyczące pstrykania OOTD (jest to raczej działka blogerek modowych, a nie lifestyle'owych) i selfie, ponieważ po prostu za nimi nie przepadam (a poza tym, wydają mi się trochę narcystyczne). Myślę, że wiele z Was znajdzie w tej pozycji kilka przydatnych wskazówek, a jeśli chcecie postawić na współpracę z markami, to polecam Wam rozdział 5 ("Instazłoto"). Generalnie, książka napisana w przystępny sposób, z humorem, a do tego ładnie wydana (zawiera mnóstwo zdjęć autorki), więc lektura na pewno i Wam się spodoba.


Po instagramowych poradach przerzuciłam się na wywody słynnej ginekolog i seksuolożki, Michaliny Wisłockiej. "Sztuka kochania" wpadła w  moje ręce zupełnie nieoczekiwanie, podczas ostatniej wizyty w bibliotece. Po obejrzeniu filmu, miałam ogromną ochotę przeczytać książkę. Jak widzicie, moje wydanie (Wydawnictwo Iskry, Warszawa,1985 r.) jest bardzo stare i dosyć mocno zdezelowane, przewinęło się bowiem przez kilka pokoleń czytelników biblioteki publicznej. Niestety, zarówno mała czcionka, jak i specyficzny zapach (no wiecie, trąci myszką - dosłownie! ;), nie ułatwiały mi lektury, niemniej, zawarte w niej treści sprawiły, że przeczytałam od deski do deski. Pierwsze rozdziały to już dla mnie "musztarda po obiedzie" (narodziny uczuciowości, dorastanie, pierwsze kontakty seksualne, antykoncepcja itp.), natomiast rozdziały poświęcone zmysłom, orgazmom, czy unikaniu monotonii w związkach okazały się niezwykle przydatne i fascynujące. Moim zdaniem, "Sztuka kochania" powinna być lekturą obowiązkową każdej młodej kobiety (oraz mężczyzny!), także ogromnie się cieszę, że po ogromnym sukcesie filmu o autorce, książka aktualnie znajduje się na liście bestsellerów w polskich księgarniach. 


Bardziej odpowiednia dla mnie okazała się druga część poradnika - "Sztuka kochania w dwadzieścia lat później" (Iskry, 1988). W tej części Wisłocka poświęca sporo uwagi różnego rodzaju problemom, takim jak onanizm młodzieńczy, oziębłość kobiet, niepłodność, klimakterium, przerost prostaty czy miłość w wieku dojrzałym. Część II - "Miłość po trzydziestce" najbardziej mnie zainteresowała (w tym roku kończę 35 lat!), ale w innych rozdziałach również znalazłam kilka interesujących i zaskakujących informacji (dowiedziałam się m.in., kim są tzw. "matki jemioły", co to jest wirylizator oraz jakie cechy powinien posiadać mądry mąż i jak powinien się podmywać ;) Przyznam, że niektóre porady i poglądy doktor Wisłockiej już dawno można by schować do lamusa, niemniej jest w jej książkach wciąż sporo aktualnych i uniwersalnych prawd, jak również sporo zaskakujących i przydatnych informacji. Jeśli jeszcze nie miałyście okazji czytać tych książek, to najwyższa pora to zmienić! 


Ostatnią przeczytaną w marcu książkę powinnam pominąć milczeniem, wspomnę jednak o niej w zaledwie kilku zdaniach. Mam tu na myśli "Brak wiadomości od Gurba" autorstwa Eduardo Mendozy. Niestety, jest to moja pierwsza książka tego autora. Piszę "niestety", ponieważ słyszałam o nim wiele dobrego, a ta pozycja raczej mnie zniechęciła do kolejnych powieści. "Brak wiadomości" to dziennik kosmity na Ziemi, który miał być komedią, a wyszła z tego żałosna i moim zdaniem strasznie durna paplanina. Całe szczęście, że przeczytałam tę książkę w jeden dzień, inaczej zwyczajnie było by mi żal straconego czasu. Nie jest to książka, którą będę długo pamiętać. I całe szczęście!

Dajcie znać, jakie książki ostatnio czytaliście 
i co polecacie na wiosenne przedpołudnia, xo

piątek, 31 marca 2017

DIY: 2w1 kwietnik+regał ze skrzynek

DIY: 2w1 kwietnik+regał ze skrzynek
Pomimo zamiłowania do minimalizmu i industrialnych, nowoczesnych wnętrz, mam również słabość do DIY. Raz na jakiś czas lubię sobie odnowić jakąś starą komodę lub wręcz przeciwnie, postarzyć jakiś mebel lub dodatek (np. stół czy lustro). Nie lubię marnować surowców i między innymi z tego względu uwielbiam meble i dodatki "z odzysku". Mam szczęście, że mój mąż to prawdziwa "złota rączka" i sam chętnie proponuje mi podobne rozwiązania, a potem oczywiście je wykonuje. Widzieliście już kiedyś jego stolik/szafkę RTV z palet, a dzisiaj chciałam Wam pokazać mebel wykonany ze pomalowanych na biało skrzynek po jabłkach...


Przyznam, iż ten mebel jest raczej prosty i wygląda trochę topornie, ponieważ początkowo miał pełnić funkcję stolika w ogrodzie. Na razie jednak mój projekt ogrodu jest głęboko w lesie, także w międzyczasie postanowiłam wykorzystać ten DIY mebel do wystroju gabinetu. 


W gabinecie, póki co, pełni potrójną funkcję: A) jest w nim kilka półek, które służą mi za regał na książki i różnego rodzaju klamoty, B) jak widać na załączonym obrazku, idealnie spełnia się w roli kwietnika, i wreszcie C) - zastawia mi brzydko wyglądające rury od grzejnika. Na razie takie rozwiązanie jest dla mnie idealne, ale za kilka miesięcy planuję przemalować i trochę przemeblować gabinet, także skrzynki być może wówczas trafią tam, gdzie oryginalnie miało być ich miejsce (czyli do ogrodu). xo


poniedziałek, 27 marca 2017

Deser z chia w roli głównej

Deser z chia w roli głównej
Nasiona chia stają się coraz bardziej popularne i coraz łatwiej dostępne nawet w mniejszych miastach, co ogromnie mnie cieszy, ponieważ są bardzo zdrowe i dietetyczne. Po pierwsze, te maleńkie i niepozorne ziarenka są cennym źródłem antyoksydantów, witamin i minerałów (przede wszystkim kwasów Omega-3, błonnika, wapnia, magnezu, żelaza, selenu, czy też witaminy C). Regularne ich spożywanie skutkuje m.in. wzrostem energii, poprawą koncentracji, przyspieszeniem przemiany materii, poprawą kondycji włosów, skóry i paznokci, a także wzmocnieniem kości. Co więcej, nasiona chia pomagają regulować poziom cukru we krwi, obniżają poziom złego cholesterolu i działają przeciw nowotworowo, więc naprawdę warto się za nimi rozejrzeć w sklepach ze zdrową żywnością lub w supermarketach.

nasiona chia

Aby wykonać bardzo prosty i zdrowy deser tudzież szybkie drugie śniadanie z nasionami chia w roli głównej, potrzebujemy: 
  • 2-3 łyżki nasion chia
  • 3/4 szklanki ulubionego mleka (może być mleko sojowe, ryżowe lub mleczko kokosowe, choć moim zdaniem to ostatnie jest nieco mdłe w smaku)
  • garść owoców (idealne są np. maliny, jagody, śliwki - oczywiście najlepsze są owoce świeże, ale by nie czekać do lata, na razie można sobie dogadzać również owocami mrożonymi, domowymi konfiturami lub ewentualnie dodać kilka orzechów i bakalii).

nasiona chia

Nasiona chia sypiemy na dno szklanki, zalewamy mlekiem, odstawiamy do lodówki na około 2 godziny, a na koniec dodajemy na wierzch owoce. Jak zapewnia Ania Lewandowska w swoich książkach oraz na blogu Healthy plan by Ann, pudding chia to również doskonały koktajl przed treningiem, aczkolwiek ja czasami zjadam go sobie po - fantastycznie syci oraz uzupełnia niedobory energetyczne, a przy tym świetnie smakuje. 


nasiona chia

To jak, przekonałam Was do nasion szałwii hiszpańskiej? 
A może macie jakiś inny przepis na chia? xo

czwartek, 23 marca 2017

SKIN79 The ORIENTAL BB Moist Sun BB Pact

SKIN79 The ORIENTAL BB Moist Sun BB Pact
Bardzo długo nie mogłam się przekonać do używania pudru. Przede wszystkim dlatego, że moja cera poza strefą T zazwyczaj odczuwała nieprzyjemne ściągnięcie, przesuszenie czy nawet szczypanie. Próbowałam kilka różnych produktów różnych marek, i z żadnego do końca nie byłam zadowolona. Aż do jesieni 2015 roku, kiedy to w moje łapki trafiło złote cudeńko koreańskiej marki Skin79, czyli The ORIENTAL BB Moist Sun BB Pact SPF25 PA++ Plus.


Jeśli jesteście sroczkami, to Waszą uwagę przyciągnie oczywiście to złote i niezwykle eleganckie opakowanie z lusterkiem i puszkiem w środku. Opakowanie ucieszy również gadżeciary, ponieważ lusterko wykręca się i obraca (wokół własnej osi o 360 stopni oraz pod różnymi kątami) niczym Yoga Tablet. Opakowanie/puzderko/gadżet jest nie tylko nowoczesne i efektowne, ale też bardzo solidne i praktyczne. Będąc w podróży, stawiałam sobie lustereczko na blacie i wykonywałam makijaż i w tej roli sprawdzało się naprawdę dobrze. Dzięki temu, nie musiałam dodatkowo taszczyć żadnych innych lusterek do make-up'u, więc moja kosmetyczka była znacznie lżejsza. Dodatkowym atutem jest tutaj także obecność aplikatora-puszku. Kilka razy zdarzyło mi się zapomnieć pędzla do pudru, w związku z tym puszek okazał się wybawieniem (jest on również świetny do torebki i szybkich poprawek np. w pracy).



Jednak to nie opakowanie mnie w sobie rozkochało. Sam puder okazał się dla mnie ogromnie pozytywnym zaskoczeniem i to właśnie dzięki niemu zaczęłam tak naprawdę swoją przygodę z pudrami, "gruntowaniem" twarzy po podkładzie a przed aplikacją bronzera, różu czy rozświetlacza, dzięki czemu wszystko łączy się w jedną zgraną całość. Pamiętam, że już po kilku pierwszych użyciach doceniłam zalety tego produktu i używałam go z wielką przyjemnością przez prawie półtora roku (z kilkoma przerwami).

Zalety produktu:
  • bardzo skuteczne i długotrwałe matowienie skóry (zwłaszcza w problematycznej dla mojej mieszanej cery strefie T) przy jednoczesnym uczuciu nawilżenia
  • efektowne, solidnie wykonane i praktyczne opakowanie z lusterkiem
  • kolor idealny dla jasnych karnacji
  • doskonale łączył się z większością podkładów (z wyjątkiem matującego fluidu z Bielendy, który dawał na tyle pudrowy efekt, że nie wymagał już aplikacji pudru)
  • daje bardzo naturalny efekt (nie czuję, jakbym w ogóle miała na sobie jakiś puder!)
  • puder ma bardzo przyjemną, jedwabistą konsystencję
  • delikatnie wyrównuje koloryt cery, lekko kryjąc drobne zaczerwienienia czy przebarwienia
  • nie przesuszał, nie ściągał mojej suchej i wrażliwej na policzkach cery, nie uczulił i nie podrażnił (ostatnio co prawda odczuwałam delikatny dyskomfort, ale jest to związane z faktem, iż zgodnie z zaleceniami producenta, kosmetyk należy zużyć do 12 miesięcy od otwarcia, a ja używałam go nieco dłużej niż rok)
  • bardzo wydajny (opakowanie zawiera 13g, które starczy na parę dobrych miesięcy do roku)
  • posiada filtr (SPF25).
Wady produktu:
  • dostępność głównie w wybranych sklepach online (m.in na douglas.pl, kosmetykomania, minti shop czy w sklepie Skin79).


Jak widzicie, jest to kosmetyk praktycznie bez wad. Mimo niechęci do pudrów, ten okazał się dla mnie strzałem w dziesiątkę i z pewnością prędzej czy później do niego wrócę. Moim zdaniem, jest on wart swojej ceny - 99 zł to w końcu nie majątek, tym bardziej, że puder jest niezwykle wydajny, a często można go złapać na jakiejś promocji (np. obecnie - 20% na produkty do makijażu twarzy w Douglas'ie). Dla mnie ten kosmetyk to po prostu ideał i z wielkim żalem po ponad roku przyjaźni muszę się z nim pożegnać. Ale nie ma tego złego, bowiem prawdziwi przyjaciele zawsze wracają i zawsze są po prostu niezawodni. Już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z The ORIENTAL BB Moist Sun BB Pact... ;) 

Znacie kosmetyki Skin79? 

środa, 15 marca 2017

O kąpieli słów kilka

O kąpieli słów kilka
  "Gorąca kąpiel jest dobra na wszystko, no, prawie na wszystko. (...)
  W kąpieli medytuję. Woda musi być bardzo gorąca, tak gorąca, żeby parzyła, kiedy się wkłada nogę do wanny. Trzeba się zanurzać bardzo powoli, centymetr po centymetrze, aż woda dojdzie do szyi. 
  Pamiętam sufit nad każdą wanną, w jakiej się kiedykolwiek wylegiwałam. Pamiętam kolor tynku, rysy, pęknięcia, wilgotne zacieki, no i lampy. Pamiętam kształt wanien: stare, na wygiętych nogach, i nowoczesne, podobne do trumien, i wymyślne, różowe, marmurowe, w cudownych łazienkach z oknami o zamglonych szybach (...). Pamiętam też kształty i rozmiary kurków i mydelniczek.
   W wannie z gorącą wodą staję się naprawdę sobą."

Sylvia Plath, "Szklany Klosz", Czytelnik, Warszawa 1975, str. 36.


Jak widać, Sylvia Plath miała hopla na punkcie kąpieli. Kąpiele uwielbia zapewne także większość z nas. Jest to nie tylko moment fizycznego oczyszczenia się i zmycia z siebie wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń, ale również upragniona chwila wyciszenia się i błogiego relaksu, którą możemy połączyć także z pielęgnacją całego ciała oraz twarzy. Jak zatem sprawić, by kąpiel dała nam maksimum pielęgnacyjnych korzyści, a przy tym uprzyjemniła wieczór po ciężkim dniu pracy oraz ukoiła nerwy? Poniżej kilka moich ulubionych produktów oraz patentów na kąpiel idealną. Zapraszam!

Po pierwsze: temperatura
W przeciwieństwie do Plath, nie jestem zwolenniczką zbyt gorących kąpieli. Po pierwsze, zbyt gorąca woda zwyczajnie mnie parzy, a po drugie, nie jest wskazana ze względów zdrowotnych. Ponoć idealna temperatura wody waha się w granicach 34-37 stopni Celsjusza. Tak ciepła kąpiel pozwoli nam się odprężyć, rozgrzać i jednocześnie rozluźnić mięśnie (zwłaszcza po treningu), a poza tym ułatwi nam zasypianie. Istotny jest przy tym czas trwania kąpieli, który nie powinien przekraczać 20 minut. Zbyt gorąca woda oraz zbyt długa kąpiel będzie męczyć zarówno naszą skórę, jak i dla układ krwionośny, dlatego też nie warto na siłę sprzeciwiać się naukowcom ;)


Po drugie: pielęgnacja
Poza temperaturą wody i czasem trwania terapeutycznej sesji w wannie, niezwykle istotne jest również to, w czym się kąpiemy. Ja osobiście zwracam uwagę zarówno na zapach, jak i na skład oraz właściwości wszelkiego rodzaju płynów, żeli i kul do kąpieli. Fajnie, jeśli kosmetyk ma przewagę naturalnych składników, a przy tym zawiera bogactwo olejków i relaksujących wyciągów roślinnych (moimi ulubionymi są m.in. olejek ze słodkich migdałów, olej makadamia, ylang ylang, masło shea). Ideałem są oczywiście płyny i żele pozbawione SLS i SLeS, jednak niestety ciężko znaleźć żele pod prysznic i szampony pozbawione tych detergentów (niemniej, zawsze warto czytać składy i zwracać uwagę na reakcje naszej skóry). Bardzo przyjemne produkty do kąpieli ma w swojej ofercie m.in. marka Kneipp (właśnie zużywam trzecią buteleczkę ich słynnego olejku Kwiat Migdała), Nacomi (jak choćby widoczna na zdjęciu Półkula musująca do kąpieli o zapachu pomarańczy i wanilii z olejem makadamia), czy też Sweet Bath - firma produkująca cudowne słodycze (ciasteczka, muffiny, puddingi etc.) przeznaczone do rozpuszczenia w wannie. 



[EDIT, 16.03.2017] Zapomniałabym wspomnieć również o moich ulubionych żelach pod prysznic, których często gęsto używam w roli płynu do kąpieli. Bardzo przyjemne zapachy ma w swojej ofercie marka The Body Shop (o żelach widocznych na zdjęciu nieco więcej napiszę niebawem), i co dla mnie ważne, żele tej marki nie przesuszają mi skóry. Ponadto, zawsze wracam też do kosmetyków marki Tołpa, ponieważ kosmetyki te nie zawierają detergentów, parabenów i całej tej szkodliwej chemii, a przy tym są niezwykle delikatne dla skóry i bardzo delikatnie pachną.



No i nie byłabym sobą, gdybym minimum raz w tygodniu podczas kąpieli nie zrobiła sobie peelingu całego ciała, a na twarz nie położyła jakiejś nawilżającej lub odmładzającej maseczki (po więcej pomysłów odnośnie domowego SPA odsyłam Was tutaj).

Po trzecie: umilacze
No i wreszcie, poza wszelkiego rodzaju kosmetykami, warto umilać sobie kąpiele relaksującą muzyką, aromatycznymi świecami bądź woskami ulubionych marek (a jest w czym wybierać!). Na zagranicznych kanałach youtube widziałam również dziewczyny umilające sobie kąpiele truskawkami, szampanem oraz ulubioną książką, ale powiem Wam szczerze, że dla mnie to spora przesada i lans pod publiczkę. Zwłaszcza pomysł czytania książek w wannie wydaje mi się idiotyczny; po pierwsze, istnieje ogromne ryzyko zachlapania książki, a po drugie, czytanie wciąga, w związku z czym nasza kąpiel musiałaby trwać dłużej niż zalecane 20 minut. U mnie czytanie książki zawsze ma swoje miejsce już po kąpieli, w najwygodniejszym miejscu na świecie, czyli moim łóżku. ;)


A jakie są Wasze patenty na relaksującą kąpiel? xo
Copyright © 2016 Elfie's planet , Blogger