poniedziałek, 26 czerwca 2017

Książka na lato: "Sekrety Urody Babuszki"

Książka na lato: "Sekrety Urody Babuszki"
Wakacje to idealny czas na to, by zadbać o siebie i jednocześnie wykorzystać dary, jakie oferuje nam natura. Idealnie się złożyło, że tuż przed wakacjami trafiła do mnie książka "Sekrety Urody Babuszki. Słowiański Elementarz Pielęgnacji" autorstwa Raisy Ruder i Susan Campos, wydana przez znak litera nova. Jestem świeżo po lekturze tego fantastycznego poradnika, więc dzisiaj pragnę się z Wami podzielić moimi wrażeniami.


"Sekrety Urody Babuszki" to poradnik dotyczący naturalnej pielęgnacji twarzy oraz ciała, który składa się z piętnastu rozdziałów (moim zdaniem najciekawsze to "Stwórz luksusowe spa", "Całuśne usta", "Cudowne ciało", "Jednoskładnikowe cuda" czy też "Piękno z odzysku"). Na wstępie autorka (Raisa Ruder) wyjaśnia czytelnikom, iż jest kosmetyczką w Los Angeles, lecz pochodzi z Ukrainy, gdzie sekretów dbania o urodę nauczyła się od swojej babci. W książce przeczytamy zatem mnóstwo porad, przepisów i babcinych anegdot dotyczących takich zagadnień jak tworzenie domowego spa, ekspresowe upiększające maseczki przed ważnymi wydarzeniami, odmładzanie i nawilżanie skóry, depilacja, prawidłowe nakładanie samoopalaczy, walka z cellulitem, leczenie trądziku, likwidacja kurzych łapek, rozjaśnianie sińców pod oczami, rozjaśnianie plam pigmentacyjnych, zastosowanie wódki, aspiryny, oliwy z oliwek, witaminy E oraz wielu innych niepozornych ingrediencji. Elementarz pielęgnacji rodem z Ukrainy zakończony jest rozdziałem "Mądrości babuszki", który w zgrabny sposób podsumowuje i zamyka przesłanie całego poradnika.

Co mi się podobało:
  • bardzo przyjemna szata graficzna (mnóstwo roślinnych i sielskich ilustracji)
  • książkę czyta się lekko i szybko
  • język jest bardzo przystępny, nie brakuje w nim humoru 
  • rewelacyjne, i co najważniejsze proste przepisy - do ich wykonania nie potrzebujemy skomplikowanych i obco nam brzmiących składników, ale produkty, które każda z nas posiada w domu: wódkę, oliwę, mleko, cebulę, jajka, pomidory, cytryny, mąkę, itp.
  • podobają mi się niektóre porównania (np. "twarz jest jak trawnik, który należy podlewać") oraz sposób, w jaki autorka odnosi się do wódki ("moja ukochana wódeczka";) 
  • zgadzam się z wieloma postulatami głoszonymi w książce (m.in. z tym, że 8h snu jest dla nas optymalne, że często lepiej zrobić sobie kosmetyk typu peeling czy maseczka ze składników dostępnych w każdej lodówce aniżeli nabijać kabzę niektórym koncernom kosmetycznym, które tak naprawdę fundują nam niezłą tablicę Mendelejewa zamiast obiecywanych naturalnych składników)
  • z drugiej strony fajne jest też to, że autorka nie demonizuje ani nie zniechęca do stosowania konwencjonalnych kosmetyków, takich jak krem nawilżający, krem pod oczy czy podkład
  • sporo przydatnych "Rad babuszki" w każdym rozdziale
  • namawianie czytelników do recyklingu oraz nie marnowania w kuchni żadnych produktów (jest to bardzo, ale bardzo bliskie memu sercu).


Co mi się nie podobało:
  • zachęcanie do smarowania się wazeliną (jest to pochodna ropy naftowej, więc ja nie jestem jej zwolenniczką)
  • autorka nie zawsze ostrzega, że aplikowanie niektórych owoców czy produktów spożywczych może skończyć się reakcją alergiczną; ja mam np. alergię na truskawki czy granat, więc do niektórych przepisów jestem zmuszona podejść z rezerwą
  • pomimo zamieszczenia spisu treści i "Niezbędnika Urody Babuszki" na początku, brakowało mi bardziej szczegółowego indeksu przepisów na końcu książki.


Krótko mówiąc, książka  "Sekrety Urody Babuszki" jest rewelacyjna i moim zdaniem każda kobieta (nie tylko blogerka urodowa!) powinna ją przeczytać. Ja sama na początku byłam sceptycznie nastawiona do tej pozycji, ponieważ jakąś wielką fanką kręcenia kosmetyków w domu nie jestem. Niemniej, lektura okazała się trafiona w punkt i niezwykle ciekawa, zaś przepisy Ruder & Campos są banalnie proste i przystępne dla każdego (nawet dla tak wybitnie DIY-opornych osób, jak ja). Co więcej, po "Słowiański Elementarz Pielęgnacji" warto sięgnąć zwłaszcza latem, gdy możemy cieszyć się świeżymi owocami, warzywami i ziołami (niekoniecznie z własnego ogródka, choć takie rozwiązanie byłoby idealne). Ponadto, latem mamy więcej czasu na dbanie o siebie i jesteśmy zmuszone bardziej eksponować ciało, w związku z tym niektóre porady i receptury babuszki, takie jak np. domowy samoopalacz z kawy czy ukraiński antycellulitowy body wrap z wódką i musztardą są moim zdaniem strzałem w (przed)wakacyjną dziesiątkę. Podsumowując, poradnik Ruder to pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdej lubiącej o siebie dbać kobiety. Trzeba ją nie tylko przeczytać, ale też koniecznie wypróbować zawarte w niej przepisy, a potem cieszyć się piękną i gładką skórą. Jeśli zastanawiacie się, czy warto sięgnąć po ten poradnik, to z czystym sumieniem mogę Wam powiedzieć, że warto. Będzie to nie tylko pozycja idealna na lato, ale również książka, do której z pewnością będziecie wracać przez cały rok.


piątek, 23 czerwca 2017

FARMONA Dermiss 0'2 Ideal Balancer - Nawilżający płyn micelarny

FARMONA Dermiss 0'2 Ideal Balancer - Nawilżający płyn micelarny
Dwa miesiące temu dostałam w prezencie od marki Farmona tajemniczy Happy Box, w którym trafił mi się między innymi 0'2 Ideal Balancer, czyli Nawilżający płyn micelarny z linii Dermiss. Kosmetyk ten stanowił drugi krok wieloetapowego oczyszczania twarzy (pierwszym jest olejek do demakijażu), ale często używałam go także w roli toniku. Po 2 miesiącach micel dobija dna, więc przyszła pora na podsumowanie moich wrażeń z jego stosowania.


0'2 Ideal Balancer to przezroczysty i delikatnie pachnący płyn micelarny, który znajduje się w zgrabnym i poręcznym plastikowym opakowaniu (poj. 200 ml) z pompką, która niesamowicie ułatwia dozowanie produktu. Często używałam go w roli płynu do demakijażu oczu i/lub po wstępnym oczyszczeniu skóry olejkiem myjącym z tej samej serii (dozując na wacik), jednak najlepiej sprawdził się u mnie w roli toniku. Bardzo lubię tonizować nim skórę po oczyszczeniu twarzy olejkiem i pianką, jak również po wszelkiego rodzaju maseczkach kremowych (lub przed nałożeniem maski w płacie). Wylewam sobie najczęściej odrobinę płynu na czyste dłonie i delikatnie wklepuję w skórę twarzy, a potem nakładam serum i krem (na dzień bądź na noc). Ze dwa razy zdarzyło mi się również użyć tego produktu do całkowitego demakijażu - wówczas zużyłam ok. 10 płatków kosmetycznych, aby dokładnie zmyć podkład, korektor, puder, bronzer, eyeliner i tusz do rzęs. Jak widzicie, ta metoda oczyszczania jest bardzo pracochłonna, a poza tym przy takim użyciu 200 ml opakowanie produktu wystarczyłoby mi na może 1-2 tygodnie. 

Płyn ma nie do końca idealny skład, niemniej jest w nim kilka dobrych składników, takich jak panthenol, sok z liści aloesu, ekstrakt z mydlnicy lekarskiej, algi czerwonej, czy też kryształ górski. Lista składników znajduje się na tekturowym pudełeczku, które niestety wyrzuciłam, więc INCI podaję ze strony producenta:

Składniki (INCI):
Aqua (Water), Propylene Glycol, Polysorbate 20, Sodium Cocoamphoacetate, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Panthenol, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Inulin, Saponaria Officinalis (Soapworth) Root Extract, Hydrolyzed Corallina Officinalis Extract, Quartz, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, Disodium EDTA, Citric Acid, Phenoxyethanol, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Parfum (Fragrance), Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxyaldehyde, Geraniol, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Alpha-Isomethyl Ionone, Linalool. 

Plusy:
  • Ładne, smukłe i solidne opakowanie
  • Pompka niesamowicie ułatwia dozowanie kosmetyku
  • Płyn delikatnie oczyszcza skórę z brudu i makijażu, ładnie zmywa eyeliner i tusz do rzęs
  • Nie podrażnia skóry ani moich wrażliwych oczu
  • Przyjemnie tonizuje, odświeża i łagodzi
  • Nie przesusza i nie ściąga skóry
  • Przyjemnie pachnie
  • Ma przystępną cenę (ok. 17 zł)

Minusy:
  • Nie do końca idealny skład (zawiera m.in. PEG-7 czy Phenoxyethanol)
  • Bez stosowania dodatkowych produktów do demakijażu będzie mało wydajny.

Biorąc pod uwagę wszystkie zalety i wady produktu, 
wystawiam mu ocenę 8/10 punktów. 👍👍👍👍👍👍👍👍


Jestem bardzo zadowolona z solidnego i poręcznego opakowania, z delikatnego zapachu oraz przede wszystkim z działania tego kosmetyku. Ogromnym plusem jest fakt, iż nie robi krzywdy moim wrażliwym oczom (moja mama też z dwa razy zmyła nim makijaż i była zachwycona jego delikatnością), a do tego idealnie nadaje się do tonizowania skóry po zabiegach typu peeling+maska i przed nałożeniem dalszych etapów pielęgnacji. Jestem na tak i produkt ten z czystym sumieniem polecam, aczkolwiek nie jako jedyny, ale jako jeden z kilku etapów oczyszczania cery. xo

środa, 14 czerwca 2017

NEW IN: Himalaya Herbals Neem

NEW IN: Himalaya Herbals Neem
Seria Himalaya Neem to dziecko marki Himalaya, w skład którego wchodzą: Oczyszczająca pianka i żel do mycia twarzy, peeling oczyszczający, maseczka oczyszczająca plus peeling i maseczki w saszetkach. Nazwa tej linii brzmi nieco enigmatycznie, ale w praktyce oznacza po prostu kluczowy składnik całej serii. Neem, czyli po naszemu miodla indyjska, to stare jak świat lecznicze drzewo z Indii, którego liście wykazują właściwości oczyszczające, antybakteryjne, przeciwtrądzikowe i odżywcze (pół dnia robiłam wczoraj research, a co! ;) Dzięki uprzejmości marki Himalaya Herbals, od wczoraj testuję produkty z tej serii i na chwilę obecną mogę się podzielić z Wami pierwszymi wrażeniami z ich używania.*

*Recenzje kosmetyków zawsze piszę po zużyciu minimum całego opakowania, więc na to przyjdzie jeszcze pora!


Oczyszczająca pianka do mycia twarzy Neem

Pianka przeznaczona do codziennego oczyszczania cery normalnej i tłustej (do stosowania rano i wieczorem). Produkt ten nie zawiera SLS/SLES (mamy tu w zastępstwie ALS), ma za to ekstrakt z miodli indyjskiej i kurkumy, która ponoć daje sobie radę z pryszczami i trądzikiem. Myślę sobie, że ta pianka będzie całkiem udanym uzupełnieniem mojego wieloetapowego oczyszczania (pierwszym etapem jest płyn do demakijażu oczu oraz olejek do reszty twarzy). No cóż, pożyjemy, zobaczymy...


Peeling oczyszczający Neem

Delikatne zdzieradełko o kremowej konsystencji. Ma przede wszystkim oczyszczać, złuszczać martwy naskórek oraz usuwać zaskórniki i zanieczyszczenia. Podoba mi się fakt, że granulki zdzierające (zmielone pestki moreli) nie są zbyt duże i ostre - myślę, że z tym produktem raczej się polubię, choć do tego ziołowego zapachu muszę się jeszcze przyzwyczaić ;) 


Maseczka oczyszczająca Neem

Maska na bazie glinki, w składzie ma również wyciąg z Neem i kurkumy. Ma postać brązowej, zastygającej papki, którą należy zmyć po 10-15 minutach (ja jednak do zastygania glinek wolę nie dopuszczać, więc w międzyczasie zraszam ;). Maska po zmyciu pozostawia przez kilka minut uczucie chłodu, a po pierwszej aplikacji moja twarz była czysta i przyjemna w dotyku (miękka niczym pupcia niemowlaka - lubię to!). 


W mojej paczce znalazły się także dwa dodatkowe produkty plus urocze (i w 100% prawdziwe!) sukulenty, które idealnie pasują do wystroju mojego mieszkania :-)

Himalaya Intensywnie nawilżający krem do twarzy i ciała

Będę z Wami szczera - gdy zobaczyłam skład tego kremu, to się przeżegnałam i stwierdziłam, że parafiną to ja swojej twarzy traktować nie będę (co najwyżej dłonie czy stopy, choć od jakiegoś czasu wolę jej generalnie unikać). Ponadto, dalej na liście składników znajdziemy np. phenoxyethanol i parabeny, więc jeśli chodzi o krem do codziennej pielęgnacji skóry, to nie jestem skłonna podejmować tego ryzyka. Obiecywane olejki z kiełków pszenicy czy ze słodkich migdałów znajdziemy na liście INCI niestety dopiero pod koniec. No cóż, krem chyba dostanie ode mnie krzyżyk na drogę i powędruje dalej (prawdopodobnie do mojej mamy lub teściowej). Recenzji raczej nie będzie.


Himalaya Sparkly White

Wybielająca pasta do zębów o pojemności 75 ml. W przeciwieństwie do kremu, pasty do zębów jestem bardzo ciekawa (od dłuższego czasu chciałam ją przetestować!). Ogromnym plusem dla mnie jest tu brak fluoru oraz zawartość enzymów roślinnych z papai i ananasa, które mają usuwać przebarwienia i wybielać zęby (zamiast chemicznych wybielaczy). Poza tym, pasta ma w składzie również wyciąg z drzewa arakowego, którego zadaniem jest pielęgnacja dziąseł i zapobieganie krwawieniu czy stanom zapalnym. Jak na razie, dobrze smakuje, przyjemnie pachnie i mocno odświeża zęby oraz całą jamę ustną. Myślę, że może się to przerodzić w długotrwałą i zażyłą przyjaźń... Oby! 


***
Pierwsze wrażenia: bardzo przyjemne i dobrze zapowiadające się produkty. Po oczyszczeniu twarzy pianką, a następnie zastosowaniu peelingu i maseczki oczyszczającej mam wrażenie bardzo dogłębnie oczyszczonej, odświeżonej oraz mięciutkiej i milutkiej w dotyku cery. Moja buzia póki co jest zadowolona, a przy tym rano nie świeciła się jak psu [sami dobrze wiecie co!]. Pasty do zębów i pianki będę używać minimum 2 razy dziennie, natomiast peeling i maskę nałożę sobie 1-2 razy na tydzień. Po całkowitym zużyciu produktów (zapewne za około 2 miesiące) podzielę się z Wami ostateczną opinią w osobnej recenzji.


Ogromnym plusem jest dla mnie fakt, iż na kilku produktach widzę znaczek "No animal testing" - mam nadzieję, że marka Himalaya w ogóle nie testuje swoich produktów na zwierzętach. Co prawda, kosmetyki te w 100% naturalne nie są - jak podaje producent, są jedynie inspirowane dobrodziejstwami natury, przez co mają w składzie kilka baboków, za którymi nie przepadam lub też których ostatnio staram się unikać. Niemniej jednak, zarówno pasta do zębów, jak i te trzy kosmetyki do oczyszczania mają też sporo pozytywnych rzeczy i nietuzinkowe, ziołowe zapachy. Ciekawa jestem, jak linia Neem sprawdzi się na mojej mieszanej cerze, która latem ma straszne skłonności do przetłuszczania w strefie T. Ogólnie rzecz biorąc, produkty (poza niesławnym kremem) robią dobre wrażenie, więc jestem nastawiona bardzo optymistycznie. ☺ 

Znacie produkty Himalaya? 
Co z ich oferty warto wypróbować?

czwartek, 8 czerwca 2017

Moja minimalistyczna toaletka - IKEA MALM

Moja minimalistyczna toaletka - IKEA MALM

Moja toaletka może być z jednej strony określana jako IKEAbanał bądź Instabanał (króluje bowiem na IG wśród fotek z hasztagami typu #toaletka czy #dressingtable), a z drugiej strony niektórzy uważają ją za mebel kultowy. Jak zwał, tak zwał, ja się opinią ludzi nie bardzo w tym przypadku przejmuję i swój egzemplarz mam już ponad dwa lata. Zdecydowałam się na MALM ze względu na fakt, iż maluję się raczej skromnie i nie potrzebuję jakiegoś super hiper wypasionego mebla do przechowywania i wykonywania makijaży. Jak na moje potrzeby, ta prosta, minimalistyczna i niedroga toaletka z sieciówki w zupełności mi wystarcza. 


Przez długi okres czasu pełniła nawet z powodzeniem funkcję biurka w gabinecie, jednak ostatnio (czytaj: po remoncie sypialni) postanowiłam znowu ją przeprosić i wykorzystać zarówno do dekoracji, jak i w roli miejsca na wykonywanie mojej porannej i wieczornej pielęgnacji oraz codziennego, minimalistycznego makijażu. Ja jestem zadowolona zarówno z prostej i eleganckiej formy tego mebla, jak i z zaskakująco dobrej jakości wykonania oraz trwałości. Szyba chroni blat przed zniszczeniem, natomiast szuflada wysuwa się gładko (choć nie do końca, co dla niektórych może stanowić problem) i mieści wszystko, co potrzeba. Dla makijażowych minimalistek będzie idealna. 


Jeśli jesteście ciekawi, jak moja toaletka wyglądała wcześniej (oraz co skrywała w środku), odsyłam Was TUTAJ. Moim zdaniem w obecnej odsłonie prezentuje się o niebo lepiej. xo


poniedziałek, 5 czerwca 2017

BOMIBOX - moje pierwsze azjatyckie pudełko

BOMIBOX - moje pierwsze azjatyckie pudełko
Ostatni Asian Box totalnie rozczarował swoje klientki zawartością, na szczęście ja dostałam całkiem inne azjatyckie pudełko o bardzo fajnej nazwie BOMIBOX. Bomibox March 2017 to moja wygrana w konkursie, jaki zorganizowała na swoim blogu Patrycja (Interendo) - bardzo Ci dziękuję kochana! Moim zdaniem zawartość jest bardzo ciekawa, zatem dzisiaj zapraszam Was na openbox plus moje pierwsze spostrzeżenia dotyczące kosmetyków.


1. Nature Republic Bulgarian Rose Moisture Emulsion All Skin Types (155 ml)


Nawilżająca emulsja o sporej pojemności (155 ml). Butelka prezentuje się bardzo ładnie i ma fajną aluminiową zakrętkę, niestety wydobycie z niej kosmetyku graniczy z cudem. Tak czy siak, gdy siłą uda nam się wycisnąć emulsję z opakowania, dostaniemy produkt o przyjemnej, lekkiej konsystencji i typowym różanym zapachu (którego nie lubię, ale jak to mówią: chcesz być piękna, musisz (z)cierpieć nawet i różany zapach w kosmetykach!). Co więcej, po kilku pierwszych użyciach moja skóra jest po tym kosmetyku solidnie nawilżona, więc jestem pełna nadziei. Oczywiście, po dłuższym stosowaniu może napiszę o niej coś więcej.


2. Nature Republic Fresh Green Tea Serum All Skin Types (50 ml)


Zapowiada się na jeden z lepszych produktów w pudełku. Buteleczka ładna i poręczna (ogromny plus za praktyczną pompkę!) skrywa serum o leciutkiej konsystencji i delikatnym, orzeźwiającym zapachu. Jest to ponoć bestsellerowy produkt tej marki; zawiera koncentrat z liści zielonej herbaty i ma za zadanie wygładzać, nawilżać, leczyć wypryski i niedoskonałości, a do tego spowalniać procesy starzenia się skóry. Zobaczymy... 😉 👍👍👍


3. Missha The Style 4D Mascara

Tusz wydłużający, kondycjonujący oraz pogrubiający. Jak widzicie na zdjęciu, szczoteczka jest maleńka, dostosowana pewnie bardziej do rzęs Koreanek aniżeli do moich długich rzęs, które wolą duże i grube pogrubiające szczoty. Już po pierwszym użyciu zauważyłam, że spektakularnych efektów to ja dzięki niej nie uzyskam, niemniej, najważniejszą sprawą jest dla mnie fakt, iż mascara nie podrażnia moich wrażliwych oczu i nie kruszy się, więc jest OK i na pewno zużyję ją na co dzień.


4. Manyo Factory Fresh Aloe Soothing Gel (50 ml)

Wielofunkcyjne żele aloesowe o działaniu łagodzącym i nawilżającym podbijają ostatnio blogosferę. Osobiście bardzo się cieszę z obecności tego kosmetyku w moim boxie. Jest to fajny kosmetyk po opalaniu - uspokaja, łagodzi pieczenie, nawilża i odświeża, może być również stosowany jako esencja do włosów czy żel po goleniu (przyznam, że jeszcze w tej roli nie próbowałam!). Produkt jest bezzapachowy i bardzo delikatny, więc może być również kremem dla niemowląt - tak twierdzi producent na karcie produktu. 👍👍👍


5. Baviphat Peeling Gel Use

Są to 3 fikuśne mini słoiczki przypominające owoc brzoskwini. W środku nich znajdziemy żel do złuszczania twarzy, do stosowania przed demakijażem (choć ja i tak stosuję na wstępnie oczyszczoną twarz). Ma on w składzie ekstrakt z brzoskwini, bogaty w witaminę C, zaś jego zadaniem jest przede wszystkim złuszczanie martwych komórek naskórka, zmniejszanie porów oraz rozjaśnianie cery. Brzmi jak produkt doskonale dopasowany do mojej skóry z przebarwieniami, choć na razie próbuję się przekonać do jego konsystencji i formuły, która charakteryzuje się niezbyt dobrą przyczepnością produktu do skóry twarzy (czytaj: lubi sobie pospadać ;). 😉


6. Baviphat Woori Gukmul Rice Bran Mask

Ta maska w płachcie od razu przyciągnęła moją uwagę zabawnym opakowaniem - od razu chciałam nałożyć tę fajowską laleczkę na twarz! Maska przyjemnie pachniała, była dobrze nasączona esencją, jednak na temat jej rozjaśniających właściwości nie jestem w stanie się wypowiedzieć po zaledwie jednym zastosowaniu. Gdybym jednak jeszcze kiedyś miała taką szansę, chętnie zakupiłabym zapas. 😉 


7. Goodal Waterfull Mask

Mercedes Benz wśród masek w płachcie! Tkanina cieniutka i tak delikatna, że praktycznie jej nie czuć, a do tego idealnie dopasowuje się do kształtu twarzy. Po 20 minutach moja skóra (twarzy, szyi i dekoltu, gdyż je również posmarowałam resztkami esencji) była ukojona, gładka, ładnie napięta i doskonale nawilżona (zapewne dzięki bogatym ekstraktom i minerałom z wód oceanu). Jest to zdecydowanie najlepsza nawilżająca maska na tkaninie, z jaką miałam styczność. 👍👍👍



8. Hyggee All In One Cleansing Water 

Miniatura płynu micelarnego (20 ml). Zużyłam od razu, w jakieś 3-4 dni. Na początku obawiałam się, że będzie szczypać w oczy, ale była całkiem spoko. W sumie mogłam ją sobie zostawić na jakiś weekendowy wypad, ale ciekawość wzięła górę i produktu już nie ma. Bardzo poprawny płyn do demakijażu, ale szkoda, że to tylko miniaturka. 😉  


Bonus: Hyggee Essence + próbka kremu rozjaśniającego Salmon Oil Cream, który notabene zapowiada się całkiem zacnie. 




Moim (nie)skromnym zdaniem, zawartość jest po prostu fenomenalna! Jestem zachwycona zarówno rodzajem kosmetyków do pielęgnacji - peeling, serum, emulsja, tusz do rzęs oraz maseczki w płachcie to produkty, których używam regularnie i na pewno się przydadzą. Jestem zadowolona również z faktu, iż mam możliwość przetestować kosmetyki i marki kompletnie nieznane i zupełnie inne od tych, które oferują nam polskie sklepy internetowe. 



Jeszcze raz pragnę podziękować Patrycji za tak wspaniały prezent-wygraną 
(+ za słodkiego lizaka Hello Kitty - oczywiście pożarłam od razu po zdjęciach ;)! 
❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤ 


PS. Odsyłam Was również do konkursowego posta Patrycji, 
w którym poczytacie sobie o Bomiboxie nieco więcej. xo

czwartek, 1 czerwca 2017

💕💕💕 Ulubieńcy maja 2017 - Kosmetyczne TOP 5 💕💕💕

💕💕💕 Ulubieńcy maja 2017 - Kosmetyczne TOP 5 💕💕💕

W maju najwięcej zakupów kosmetycznych poczyniłam w sklepie Kontigo, gdzie zamawiałam głównie koreańskie pianki i maseczki w płachcie (o nich jednak usłyszycie wkrótce) oraz naturalne kosmetyki, m.in. polskiej marki Biolove. Na pierwszy ogień poszedł Krem do rąk malinowy o pojemności 75 ml. Jest to krem na bazie oleju sojowego i gliceryny, o bardzo ładnym zapachu malin. Bardzo przyjemny w użyciu, ma lekką konsystencję i ładnie nawilża skórę dłoni. Co prawda, krem pozostawia lekko tłusty film na skórze, ale po kilku-kilkunastu minutach się wchłania, pozostawiając skórę dłoni niesamowicie miękką i gładką jak pupcia niemowlaka. ☺👍👍👍


Kolejnym produktem zakupionym w Kontigo jest Vianek nawilżający krem do stóp z ekstraktem z liści mniszka lekarskiego i 10% mocznikiem. Krem ten bardzo mi ostatnio pomaga, doskonale nawilżając i zmiękczając moją wiecznie suchą skórę stóp, a poza tym jest lekki, ładnie pachnie i ma dobry, naturalny skład. Czego chcieć więcej? ☺👍👍👍


Kolejny kosmetyk to z kolei prezent, jaki otrzymałam od sklepu w prezencie do zakupów, a jest nim Błyszczyk do ust "Elegant" od Moor (wyprodukowanej przesz znaną i lubianą markę Bell. Kolorek jest dla mnie idealny (nudziak lekko wpadający w róż), a do tego jest niezwykle komfortowy w noszeniu i ma cudną, kremową konsystencję. Ładnie się nosi, nie klei ani nie przesusza ust, więc na pewno w przyszłości będę go szukać w ofercie sklepu Kontigo. ☺👍👍👍


Skoro już mowa o makijażu, to moim majowym odkryciem jest również Watery pact z SPF50+ PA+++ od Skin79. Jest to Cushion w kolorze 21 Light Beige z nawilżającą formułą i ekstraktem z kwiatu lotosu. Kupiłam go z myślą o dodatkowej ochronie i poprawce makijażu PO pracy (jak wiecie, nie ruszam się z domu bez filtra o faktorze 50 i przed wyjściem do pracy stosuję Non Chemical Sun Block tej formy). Musze przyznać, że w tej roli sprawdza się doskonale. Kolor jest w sam raz dopasowany do mojej jasnej karnacji z przebarwieniami i zaczerwienieniami (mimo iż jest chłodny, to wpada lekko w żółte, a nie w różowe tony) a do tego całkiem fajnie kryje. Na lato do torebki jak znalazł. Dodatkowy plus za lusterko w środku pudełka. Jestem bardzo na tak. ☺👍👍👍


Ostatni produkt to 2w1 - świeczko-masło do ciała Nacomi Candle shea. Jest to świeca do masażu o delikatnym, piżmowym zapachu i cudownych właściwościach pielęgnacyjnych. Kto ciekawy szczegółów, tego odsyłam do poprzedniego wpisu TUTAJ☺👍👍👍


💕💕💕💕💕💕

Znacie moich ulubieńców? 
A jakie perełki Wy same
odkryłyście w maju? xo

wtorek, 30 maja 2017

NACOMI Candle shea - 2w1: świeca & masło do ciała

NACOMI Candle shea - 2w1: świeca & masło do ciała
To, że uwielbiam świece i raz na jakiś czas o nich piszę, już doskonale wiecie. Ale dzisiaj opowiem słów kilka o bardzo ciekawym produkcie - naturalnej świecy do masażu, która pod wpływem ciepła zamienia się w masło do ciała i dostarcza niesamowitych doznań zmysłowych.


NACOMI Candle shea Natural Body Butter to moje ostatnie odkrycie, a dostałam ją w prezencie od Marioli z bloga Praktycznie kosmetycznie. Jest to produkt typu 2w1; możemy palić ją jak świecę zapachową i cieszyć się bardzo przyjemnym, delikatnym zapachem piżma, bądź stosować jako naturalną świecę do masażu oraz pielęgnacji ciała (jak zaleca producent). 

Ingredients / Składniki (INCI):
Butyrosperum Parkii (masło shea), Coconut oil (olej kokosowy), Tocopheryl Acetate (octan tokoferylu), Parfum.


Jak widzicie na zdjęciach, świeczka Nacomi znajduje się w metalowym słoiczku (150 g) z zakrętką - jest to rozwiązanie zarówno praktyczne, jak i przyjemne dla oka. Produktu używam głównie wieczorami - zapalam na moment w łazience bądź sypialni, a następnie podgrzanym balsamem o konsystencji olejku smaruję całe ciało po prysznicu bądź kąpieli. Powiem Wam szczerze, że na początku obawiałam się zapachu piżma, gdyż z reguły ciężko toleruję tak ciężkie nuty zapachowe. Na szczęście, okazało się, że świeczka pachnie bardzo, ale to bardzo delikatnie, zmysłowo i pięknie (z jednej strony jest to zapach orientalny, ale z drugiej strony pachnie dość słodko, czyli tak, jak elfiki lubią najbardziej). Gdy po podgrzaniu ze świecy wytopi się olejek, używam go w celach pielęgnacyjnych zgodnie z zaleceniami producenta. I w zasadzie już od pierwszej aplikacji można poczuć ogromną różnicę na naszej skórze - masło shea w połączeniu z olejkiem kokosowym intensywnie nawilżają, natłuszczają, zmiękczają, ujędrniają i regenerują, a do tego delikatny zapach kosmetyku utrzymuje się na naszej skórze bardzo długo (nawet do kilku godzin!). Jakby tego było mało, taki masaż świecą Nacomi dostarcza mi niesamowitych doznań zmysłowych (angażuje zarówno zmysł dotyku, jak i nozdrza) i cudownie odpręża po ciężkim dniu w pracy. 

Zalety:
  • bogate naturalne składniki z Afryki i Hiszpanii (96% składników naturalnych)
  • bez konserwantów, alergenów czy barwników
  • piękny, nienachalny zapach piżma, który długo utrzymuje się na ciele
  • ładne i lekkie opakowanie (aluminiowy słoik fajnie prezentuje się na toaletce) 
  • właściwości pielęgnacyjne: nawilżenie, zmiękczenie, regeneracja i napięcie skóry
  • produkt 2w1: świeca zapachowa i/lub kosmetyk do pielęgnacji ciała
  • dostarcza zmysłowej stymulacji  oraz błogiego relaksu
  • zaskakująco wydajny; te 150 g starcza na wiele aplikacji (w moim przypadku, nawet do kilku miesięcy)
  • przystępna cena (niecałe 30 zł).

Wady:
  • brak "dziubka", który ułatwiałby nieco nalewanie produktu na ciało (podczas masażu).


Podsumowując, dla mnie ten produkt jest fantastyczny i praktycznie bez wad. Nie tylko ładnie się prezentuje i przyjemnie pachnie, ale też cudownie odżywia i nawilża moją skórę. Co więcej, Nacomi Candle shea może też urozmaicić wieczory z ukochanym za sprawą zmysłowego i aromatycznego masażu ciała. Jeśli jeszcze nie próbowałyście tego produktu, to serdecznie Wam polecam. Dla mnie to istne objawienie i ulubieniec miesiąca maja. Z pewnością będę jeszcze do niego wracać. xo

niedziela, 28 maja 2017

Homestaging z PEPCO

Homestaging z PEPCO
Lubię raz na jakiś czas odwiedzić dział dodatków do domu w PEPCO, gdzie często gęsto można znaleźć prawdziwe perełki za grosze. W tajemnicy zdradzę Wam, że Pepco odwiedzają również faceci (!), a ostatnio mój szanowny małżonek wpadł do jednego z nowo otwartych sklepów w Częstochowie i wyszedł z torbą pełną dekoracji, które potem wykorzystał w swojej pracy w home staging'u. Przyznacie zapewne, że wystrój mieszkania jest dosyć surowy i nieco ascetyczny (nie każdy musi być fanem takich białych i minimalistycznych wnętrz), jednak weźcie poprawkę, że to wnętrze jest przeznaczone pod wynajem, w związku z czym to przyszli właściciele dopiero będą tworzyć ostateczny kształt i klimat tego miejsca. W moim odczuciu, dodatki takie jak podkładki na stół, wazony, pojemniki na żywność itp. są nie tylko funkcjonalne, ale i całkiem przyjemne dla oka, a poza tym dodają odrobinę ciepła do tego minimalistycznego wnętrza. No i co najlepsze, wszystkie dodatki, które widzicie na zdjęciach, kosztowały naprawdę niewiele (w granicach 3-7 zł za sztukę).






Lubicie takie dodatki do domu? 
Co najczęściej kupujecie w Pepco?

niedziela, 14 maja 2017

Recenzja przedpremierowa: Robert Seethaler "Całe życie"

Recenzja przedpremierowa: Robert Seethaler "Całe życie"

"Całe życie" to z pozoru prosta opowieść o niezwykle pracowitym kuternodze z alpejskiej wioski, Andreasie Eggerze, którego życie to jedno wielkie pasmo nieszczęść. Andreas urodził się jako bękart, potem trafił pod opiekę wuja - bauera, który znęcał się nad nim fizycznie i psychicznie.  Pomimo dorastania w tak ciężkich warunkach oraz w atmosferze nienawiści, Egger wyrasta na człowieka o dobrym sercu. Jest mężczyzną prostolinijnym, małomównym, silnym, niezwykle pracowitym i dobrodusznym. Od życia niewiele oczekuje i robi swoje, a przy tym jest w stanie naprawdę wiele znieść (nie straszne mu mrozy i śnieżyce, lawina, wojna czy nawet śmierć). Mimo tych wszystkich negatywnych i tragicznych wydarzeń, przez krótki czas znajduje wytchnienie i szczęście w miłości, oraz docenia piękno przyrody, która go otacza. Niestety, przeznaczeniem Eggera jest jednak życie w pojedynkę. Mimo doskwierającej mu samotności i tęsknoty za utraconą miłością, Andreas Egger nigdy się nie skarży, nie poddaje i jest w stanie znaleźć radość w prostych rzeczach, takich jak dotyk rosy pod stopami czy pierwsze promienie słońca w dolinie. 


"Całe życie" to powieść napisana w nurcie minimalistycznym: krótka, prosta i oszczędna w formie, niemniej bardzo treściwa i zapadająca w pamięć. Czyta się ją jednym tchem, choć po lekturze melancholia i smutek są nieuniknione. W książce podoba mi się postać głównego bohatera oraz fakt, iż jego losy przeplatają się z historią dwudziestego wieku; na tych niecałych 200 stronach znajdziemy wzmianki między innymi o drugiej wojnie światowej, rozwoju technologicznym, czy historii budownictwa. Ponadto, ogromne znaczenie ma tu także przyroda, zarówno jej piękno, jak i niszcząca siła w znaczący sposób wpływają na życie protagonisty. Co więcej, w "Całym życiu" podoba mi się także tzw. Zimna Pani jako personifikacja śmierci oraz sposób, w jaki autor przemyca symbole w treść powieści (np. ćmy, które moim zdaniem uosabiają lęki bohatera). Nie wiem, czy moja interpretacja jest uzasadniona, ale zamiłowanie do szukania symboli zostało mi do dziś (od momentu napisania pracy magisterskiej o symbolach w poezji Williama Blake'a).

Z drugiej strony, muszę się przyczepić również do kilku moim zdaniem słabszych stron prozy Seethaler'a. Po pierwsze, język i narracja momentami wydają się nieco infantylne. Poza tym, "Całe życie" wywołuje konotacje z przypowieściami czy też z baśniami i przez to kojarzy mi się z prozą takich autorów jak Paulo Coelho czy Erik Emmanuel Schmitt (i to niestety są raczej pejoratywne konotacje). Na koniec wreszcie, nie podoba mi się wszechogarniający pesymizm i tragizm, jak również... brak happy end'u.

Historia życia Andreasa Eggera wywołała we mnie mieszane uczucia: z jednej strony historia jest dramatyczna i smutna, a z drugiej strony dziwnie podnosząca na duchu oraz inspirująca do tego, by dostrzegać w życiu to, co piękne i z pokorą przyjmować wyzwania, jakie stawia nam los. Jeśli lubicie klimaty powieści Olgi Tokarczuk czy też przypowieści, to "Całe życie" powinno przypaść Wam do gustu. Jeśli natomiast wolicie czytać thrillery czy innego rodzaju książki z wartką i ekscytującą akcją, to raczej odradzam Wam lekturę dzieła Seethaler'a. Ja akurat lubię powieści obyczajowe i historia życia Andreasa Eggera całkiem przypadła mi do gustu. Niemniej jednak, po lekturze "Całego życia" czuję lekki niedosyt - po zapowiedziach i nominacji do prestiżowej nagrody Booker'a spodziewałam się jednak czegoś więcej.


PS. Dziękuję Wydawnictwu Otwartemu za możliwość przeczytania książki.

Copyright © 2016 Elfie's planet , Blogger