Przedsmak jesieni, czyli Yankee Candle Fall in Love 2017

Przedsmak jesieni, czyli Yankee Candle Fall in Love 2017

Lato trwa w najlepsze, a ja już powoli przymierzam się do powitania jesieni. Jesień to jedna z moich ulubionych pór roku - coraz krótsze dni i długie wieczory to fantastyczna okazja do rozkoszowania się aromatami świec i wosków zapachowych. Jako że jestem małym Elfikiem - świecomaniakiem, postanowiłam już w połowie sierpnia przetestować najnowszą jesienną kolekcję Yankee Candle Q3 2017 Fall in Love. Dzisiaj zapraszam na recenzję zbiorczą, czyli subiektywny przegląd moich hitów i kitów tejże kolekcji. 


Mulberry & Fig Delight 

jagoda
figa
liść maliny
soczysta morwa
świeżo zebrane figi
czerwona śliwka
jeżyna 


Jako że na sucho najbardziej spodobał mi się zapach Mulberry & Fig Delight, postanowiłam przetestować go w pierwszej kolejności. Na szczęście, nie zawiodłam się. Jest to przepiękna, słodko-owocowa kompozycja, która łączy aromaty owoców leśnych (widoczne na zdjęciu jagody i jeżyny) ze słodkimi malinami, śliwką i figami. 


Jak dla mnie, jest to idealnie wyważona, słodka, ale nie przesłodzona mieszanka: bardzo przyjemna, lekka i orzeźwiająca. Myślę, iż będzie idealna nie tylko na pożegnanie lata, ale również na dodanie sobie energii o poranku. Co tu dużo mówić - jestem w tym zapachu zakochana bez pamięci i na pewno na sezon jesienno-zimowy zaopatrzę się w cały jego zapas. Mój absolutny faworyt i hit kolekcji. 

Warm Cashmere

drzewo sandałowe
kardamon
piżmo
paczula
francuska wanilia


Cudowna, słodka, ciepła i otulająca niczym kaszmir kompozycja. Zapach przypomina mi mój ukochany zapach Kringle Candle Gold & Cashmere (->recenzja). Jest to piękna i zaskakująco subtelna mieszanka słodkich przypraw z cięższymi nutami, takimi jak drzewo sandałowe czy paczula. Na szczęście, zapach nie jest zbyt mocny, a zatem nie muli, nie męczy i nie wywołuje migreny. Warm Cashmere, podobnie jak jego owocowy poprzednik, na pewno zostanie ze mną nie tylko przez cały jesienno-zimowy sezon. Wpisuję go na listę ulubieńców i z pewnością będę wielokrotnie do niego wracać (i otulać się tym cudownym aromatem). 


Vibrant Saffron

wanilia 
szafran
bursztyn
cynamon
bergamotka


Przyznam Wam się szczerze, że tego zapachu obawiałam się najbardziej, gdyż na sucho mnie po prostu odrzucał. Jak już zapewne zdążyliście zauważyć, nie jestem fanką korzennych przypraw, bursztynu czy cynamonu (zdecydowanie bardziej lubię nuty owocowe plus słodycz wanilii). W tym przypadku zdziwiło mnie to, że wosk jest słabo wyczuwalny i nie przytłacza na dłuższą metę. O dziwo, cynamonu praktycznie wcale w nim nie wyczuwam; dla mnie ten wosk pachnie trochę gorzko, ostro i wytrawnie. Mam wrażenie, że po dłuższym paleniu dominuje w nim nuta anyżu, która niekoniecznie do mnie przemawia. Może i Wibrujący Szafran jest zapachem nietuzinkowym, ale dla mnie raczej bez rewelacji - po prostu totalnie nie moje klimaty.

Autumn Glow

cytrusy
paczula
złoty bursztyn
świeżo cięte zioła


Ten zapach to niestety największe rozczarowanie z całej kolekcji Fall in Love. Co prawda na sucho, jak i tuż po odpaleniu zapach wydaje się raczej delikatny i subtelny, natomiast po dłuższej chwili nabiera takiej intensywności, że niestety skończyło się u mnie bólem głowy oraz koniecznością wywietrzenia mieszkania. Jak się okazuje, ten wariant to mieszanka mocnych nut, takich jak paczula, złoty bursztyn oraz aromaty ziołowe - dla mnie niestety bardzo, ale to bardzo ciężko strawna i przytłaczająca kompozycja. Jeśli jednak lubicie takie mieszanki, być może będzie to ciekawa opcja na jesienne wieczory spędzone pod kocem, z dobrą książką i kubkiem aromatycznej herbaty. Ja jestem na nie.


Podsumowując, z nowej jesiennej kolekcji Yankee Candle dwa zapachy całkowicie skradły moje serce, natomiast dwa pozostałe zupełnie nie przypadły mi do gustu. Dwa pierwsze woski, tj. Mulberry & Fig Delight oraz Warm Cashmere, choć tak od siebie różne, to z pewnością będą jeszcze jesienią gościć w moim domu i wypełniać go zarówno nutami leśnych owoców, jak i słodką figą, śliwką czy wanilią. Z kolei dwa ostatnie woski z kolekcji jesiennej (Vibrant Saffron oraz Autumn Glow) to po prostu nie jest moja zapachowa bajka. Odpaliłam, wypróbowałam, ale nie wiążę z nimi żadnej przyszłości. 

P.S. Wszystkie zapachy Yankee Candle z kolekcji 
Fall in Love są dostępne na stronie Candle online.
candleonline.pl

Serdecznie dziękuję Firmie za możliwość przetestowania wosków.

Projekt denko: lipiec 2017

Projekt denko: lipiec 2017

Miesiąc temu było mega wiosenno-czerwcowe denko, a w lipcu znowu pełniutki koszyczek zużytych produktów - ja naprawde nie wiem, jak to się stało? Bez zbędnego przedłużania, zapraszam Was zatem na lipcowy projekt denko (tj. mini recenzje zużytych kosmetyków), bo troszkę tego jest i już mnie korci, by wyjść z domu wyrzucić śmieci ;-)


TWARZ


AVON, gąbeczka do demakijażu - używałam jej głównie do zmywania masek w kremie, gdyż do codziennego demakijażu twarzy zdecydowanie wolę gąbki Konjac (np. marki Yasumi). Raczej nie kupię ponownie.

Himalaya Herbals: pianka oczyszczająca, peeling i maska z serii Neem - bardzo dobre produkty do oczyszczania cery trądzikowej i z problemami, chętnie jeszcze kiedyś do nich wrócę - recenzja

Farmona Dermiss 0'1 Nutri Cleansing Kremowy olejek do demakijażu twarzy i oczu 200 ml - z jednej strony przyjemna emulsja, która emulguje pod wpływem wody i całkiem nieźle radzi sobie z demakijażem, ale z drugiej strony jest to produkt, który niemiłosiernie szczypał i podrażniał mi oczy. Na pewno nie wrócę do tego produktu.

Tołpa: green, nawilżanie. Nawilżający krem łagodzący pod oczy 17 ml - to już mój trzeci słoiczek. Krem robi, co ma robić, czyli nawilża skórę pod oczami. Lubię jego zapach i skład, jednak ostatnio potrzebuję nieco silniejszego działania na te okolice. Recenzja.

Tołpa: dermo face, physio. Płyn micelarny w chusteczce do oczyszczania twarzy i oczu. Miałam tylko 2 sztuki w prezencie z Meet Beauty, ale koniecznie muszę je kupić - są genialne na podróż; łagodne, dobrze zmywają i odświeżają cerę, a przy tym nie podrazniają oczu! Dla mnie rewelacja.


Mincer Pharma DailyCare Rozświetlająca maska w kremie do twarzy 75 ml - bardzo przyjemna maska o ładnym, kremowym zapachu, przyjemnym składzie (m.in masło mango, olej chia, camu camu, lukrecja itp.) i dobrym działaniu nawilżającym i odżywczym. Być może jeszcze kiedyś do niej powrócę, na razie mam sporo innych masek w zapasach.

Pilaten kolagenowe płatki pod oczy 6g - niestety, mimo niskiej ceny (ok. 3 czy 4 zł) i dobrego składu, nie zauważyłam żadnego działania tych płatków, więc nie kupię ich ponownie.

Cosnature Naturalna multi-odżywcza maska do twarzy z rokitnikiem 2x8ml - bardzo przyjemna konsystencja, zapach oraz skład. Z pewnością jeszcze do niej wrócę, a najchętniej kupiłabym ją w formie sporej rozmiarów tuby, by zobaczyć długofalowe działanie. 

Ponadto, w lipcu zużyłam tylko 3 sztuki masek na tkaninie (używałam na zmianę kremowych z Himalaya i Mincer): 

Missha Real Solution Maska Rozjaśniająca, którą miałam po raz pierwszy i z pewnością jeszcze do niej wrócę, bo była przyjemna i miała sporo esencji w opakowaniu, którą potem wykorzystałam w roli serum na noc. Chcę ją jeszcze zamówić i zobaczyć jak się spisze po dłuższym i wielokrotnym stosowaniu...

Missha Mango z linii Pure Source - kolejne opakowanie mojej ukochanej maski o fantastycznym zapachu soczystego mango. Mam jeszcze kilka jej sztuk w zapasach, więc za jakiś czas pojawi się recenzja... ;)

Skin79 Animal Mask For Dark Panda - kolejna Panda o działaniu rozjaśniającym. Również polubiłam i z pewnością jeszcze będę do niej wracać.

Baviphat, dwie miniatury masek nocnych: żółta była rozjaśniająca, a czerwona chyba nawilżająca. Opakowania fajne na podróż, niestety ciężko mi cokolwiek powiedzieć na temat działania po zaledwie kilku użyciach. Jedyne, co mnie zniechęciło, to fakt, iż zostawiają irytujący lepki film na skórze.  

CIAŁO


Bath&Body Works Honeycrisp Apple 259 ml - uwielbiam te ich mydła w piance (oraz świece, ma się rozumieć!). Zapach słodkich jabłek z cynamonem bardzo przyjemny, ale już chyba nie ma go w ofercie BBW. Przy kolejnej wizycie w Złotych Tarasach zakupię pewnie jakieś inne warianty ;)

Perfecta SPA kawowy żel pod prysznic peelingujący 250g - to już moja druga tuba (miałam go z Joybox'a), bardzo go polubiłam i jest to chyba jeden z lepszych gruboziarnistych peelingów drogeryjnych, jakich używałam do tej pory. Nie wrócę do niego jednak z tego względu, że przestawiłam się na naturalną pielęgnację, ale jak najbardziej polecam. Fajnie złuszcza i wygładza ciało, a do tego pachnie nutami pomarańczowymi z domieszką kawy.

Wellness&Beauty Perły do kąpieli z ekstraktem z wanilii i olejem sezamowym 100g - OMG, jak te perełki cudownie pachniały! Przypominały mi mój ukochany wosk Gold & Cashmere z Kringle. Poza tym, mają bardzo przyjemny skład i działanie pielęgnacyjne, z pewnością kupię ponownie! 

Yasumi Termoaktywny żel wyszczuplający 200 ml - był to produkt w zestawie z gąbka Konjac, na której tak naprawde mi zależało. Ten żel dostałam już chyba w połowie zużyty i z zepsutą pompką, więc miałam lekki niesmak, jednak nie opłacało mi się go odsyłać; zużyłam, ale na pewno do niego nie wrócę. Strasznie niekomfortowy kosmetyk - szczypie i pozostawia skórę zaczerwienioną przez kilkanaście minut. Działanie ujędrniające jest ok, ale to szczypanie było potworne. Nigdy więcej!

Tołpa: green, wygładzanie. Wygładzający żel pod prysznic 200 ml - bardzo lubię złuszczające żele tołpy (są delikatne i przyjemne w użyciu), jednak zapach tej linii nie przypadł mi do gustu (jest jakiś taki męski i gorzkawy). Nie wrócę do tego wariantu, raczej postawię na serię ujędrniającą lub nawilżającą, bo ich zapachy najbardziej lubię :)

WŁOSY


Joanna Naturia Organic nr 314 Popielaty Blond - od jakiegoś czasu zrezygnowałam z farb Casting L'oreal na rzecz tych farb. Są delikatne, bez amoniaku i ten odcień 314 jest bardzo fajny i chłodny, bez efektu żółtka. Niestety, kolor bardzo szybko się zmywa, ale farba kosztuje 9 zł, więc bez żalu można co 3-4 tygodnie poprawiać kolor.

WS Academy Eliksir Paczula Wonna 250g szampon o działaniu odżywczo-ochronnym (zawiera sporo fajnych ekstraktów, m.in. papaję, mango, marakuję, jak również keratynę), po którym włosy naprawdę świetnie wyglądają; pachnie prześlicznie, ale trochę zbyt intensywnie, więc wymieszałam go z delikatniejszym Eliksirem Bezzapachowym. Taki mix był dla mnie idealny.

Sanotint Ekologiczny lakier do stylizacji włosów 150 ml - służył mi ponad rok, ale pod koniec pompka odmówiła posłuszeństwa i muszę wyrzucić. Fajny, delikatny lakier do codziennego utrwalania fryzury, na większe wyjście raczej się nie sprawdzi - recenzja.

ZAPACHY


Bath & Body Works Midnight Pomegranate - świeca w małym słoiku o jednym z piękniejszych zapachów, jakie znam. Bardzo chętnie jeszcze do niej wrócę - recenzja

CD Deo Atomizer Cytryna 75 ml - jak ich dezodoranty w kulce są słabe, tak te w atomizerze są całkiem spoko: mają naturalny skład, a mimo to dość dobrze odświeżają. Zapach cytryny bardzo na plus. 

WoodWick Candle Lemongrass - zapach i skwierczenie nie dla mnie; jeśli jesteście ciekawi tej świecy, odsyłam Was do recenzji.

Nacomi Candle Shea - genialna świeca do masażu o fantastycznym składzie, właściwościach pielęgnacyjnych i pięknym zapachu - recenzja


Uff, to już wszystko w minionym miesiącu. 
Dajcie znać, jak tam Wasze zużycia, xo

SKIN79 Non Chemical Sun Block SPF50+ PA+++

SKIN79 Non Chemical Sun Block SPF50+ PA+++

Ochrona przeciwsłoneczna to moja mała obsesja, a to przez moją skłonność do powstawania przebarwień po słońcu. Na szczęście, w  tym roku mam świetnego sojusznika w tej walce, a pochodzi on prosto z Korei. Wspomnianym bohaterem jest Non Chemical Sun Block SPF50+ PA+++ marki SKIN79, który towarzyszy mi już od wiosny i bez którego nie ruszam się nigdzie z domu. Dzisiaj zapraszam Was na jego długo obiecywaną recenzję.



Jak widać na zdjęciu, Non Chemical Sun Block znajduje się w miękkiej tubie o pojemności 50 ml, utrzymanej w minimalistycznym designie i białej kolorystyce. Opakowanie jest nie tylko ładne, ale też bardzo poręczne, higieniczne i solidnie wykonane (nic się nie niszczy i nie ściera; tuba do samego końca wygląda nienagannie). Krem kupimy na stronie Skin79 (nie polecam tego robić na serwisach aukcyjnych, gdyż można trafić na podróbki); jego cena regularna wynosi 100 zł, ale ja kupuję go na promocji za 75 zł plus dodatkowo korzystam z rabatu -20%, więc wychodzi ok. 60 zł. Moim zdaniem krem jest wart swojej ceny, ponieważ gdybym nie chroniła swojej skóry przed słońcem, jesienią musiała bym wydać krocie na zabiegi rozjaśniające u kosmetyczki. Wolę zatem zainwestować w porządny kosmetyk z jak najlepszą ochroną, proste ;)


Jak obiecuje producent na swojej stronie, krem ma być "lekki, aksamitny w dotyku i natychmiast wchłania(ć) się do matu, nie pozostawiając rozbielonej skóry". Co do konsystencji, to faktycznie jest to biały, aksamitny krem. Nie jest on ciężki, natomiast w porównaniu do Waterproof Sun Gel tej samej marki, super lekka konsystencja to to nie jest. Mimo to, faktycznie szybko się wchłania i pozostawia na skórze efekt całkowitego matu, ale trzeba pamiętać, by dokładnie pokryć całą twarz (pomijając okolice oczu!) i dobrze go wsmarować w skórę. Na Instagramie niektóre z Was pytały mnie, czy krem bieli. Powiem szczerze, że miałam mały problem z odpowiedzią, bowiem nie jest to ewidentnie skóra biała jak mąka, ale mam wrażenie, że po aplikacji kosmetyku jest jakby trochę rozjaśniona. Dla mnie ten jaśniejszy odcień jest jednak wskazany, ponieważ moja twarz i tak ma ciemniejszy odcień od szyi, a po zastosowaniu tego kremu już się tak nie odznacza i wygląda OK. Ponadto, czasem nakładam ten produkt na krem bb (Missha Perfect Cover nr 23), dzięki czemu delikatnie rozjaśniam jego nieco zbyt ciemny odcień. Taki efekt w 100% mi odpowiada.



Zalety produktu:
  • zapewnia maksymalną ochronę przeciw UVB i UVA
  • bazuje na filtrach mineralnych (tj. zinc oxide i titanium dioxide) 
  • ma w składzie również cenne ekstrakty roślinne, np. z nasion szałwii hiszpańskiej, wąkroty azjatyckiej czy olej słonecznikowy, które wykazują wszechstronne działanie pielęgnacyjne
  • nie pozostawia tłustej ani lepkiej warstwy, ma aksamitną konsystencję
  • mimo tej aksamitnej konsystencji, dość szybko się wchłania
  • nawilża skórę i jednocześnie pozostawia ją matową przez kilkanaście godzin
  • dobrze współgra z kosmetykami do makijażu; czasem nakładam go pod lub na azjatyckie kremy bb i sprawdza się idealnie
  • nie zapchał mnie, nie uczulił (ponoć nadaje się również do cer wrażliwych)
  • tubka jest lekka, higieniczna i bardzo poręczna.

Wady produktu:
  • mam wrażenie, że jednak trochę bieli skórę, choć z pewnością trzeba go dokładnie rozsmarować
  • ograniczona dostępność produktu na stronie producenta 😢
  • może lekko podrażniać, gdy przypadkiem dostanie się do oka (trzeba na to bardzo uważać!)
  • jeśli jest aplikowany wielokrotnie w ciągu dnia, nie jest zbyt wydajny - 50 ml tuba kremu starczy na jakieś półtora miesiąca, w porywach do dwóch.



Mimo, iż krem w 100% idealny nie jest (np. Waterproof Sun Gel od Skin79 ma znacznie lżejszą konsystencję i nieco szybsze wchłanianie), bardzo się z nim polubiłam i aktualnie mam już drugą jego tubę w użyciu. Z pewnością ma ciekawszy skład i zapewnia lepszą ochronę od większości drogeryjnych filtrów. Przerabiałam już różne kremy i ten, jak dotąd, jest w mojej ścisłej czołówce. Przede wszystkim, ogromnie istotne jest dla mnie wykorzystanie w tym produkcie filtrów mineralnych (zinc oxide i titanium dioxide), wyciągów roślinnych oraz skuteczna ochrona przed promieniami słonecznymi. Co prawda, krem delikatnie bieli (a może raczej rozjaśnia) skórę, ale dla mnie nie stanowi to problemu, gdyż zazwyczaj moja twarz ma ciemniejszy odcień od szyi. Kremu używam jakoś od połowy kwietnia i jest to już moja druga tubka. Aplikuję go w każdy dzień, w którym wychodzę z domu, nawet gdy jest pochmurno. W słoneczne dni ponawiam aplikację średnio co 2 godziny, nakładając krem również na azjatycki krem bb, gdy wychodzę z pracy. Non Chemical Sun Block to produkt o przyjemnej, aksamitnej konsystencji i dobrym działaniu ochronnym. Nie tylko chroni skórę przed promieniami słonecznymi, ale też matuje moją mieszaną cerę przez calutki dzień. Co więcej, jest łagodny (nie uczula ani nie zapycha), więc sprawdza się świetnie również w roli pielęgnacyjnego kremu na dzień. Czasem łączę go z innymi kremami nawilżającymi bądź bb, ale stosowany samodzielnie również spełnia swoje zadanie. Jeśli tak jak ja macie tendencję do powstawania przebarwień po słońcu i zwracacie szczególną uwagę na ochronę przeciwstarzeniową oraz anty UVA i UVB, to z całego serca Wam ten krem polecam. Jest to moja nie pierwsza i nie ostatnia jego tuba. 


👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍

Miętowe orzeźwienie z Yves Rocher

Miętowe orzeźwienie z Yves Rocher

Czy są tu jeszcze jakieś miłośniczki tradycyjnych lakierów do paznokci, czy też jestem ostatnią osobą w blogosferze, która nie nosi (bo nie lubi) hybryd? Jeśli nie jestem sama w moim zamiłowaniu do tradycyjnego manicure, zapraszam Was na orzeźwiającą miętę marki Yves Rocher, wprost idealną na panujące obecnie upały.


Lakier w odcieniu nr 71 Menthe był moim pierwszym lakierem YR, zakupionym w lipcu ubiegłego roku w salonie stacjonarnym w Częstochowie. Minął już rok, więc z czystym sumieniem mogę Wam przedstawić jego zalety. Po pierwsze, zacznijmy od koloru - jest to bardzo intensywna mięta, która wpada bardziej w zielone tony aniżeli w niebieskie (jak prawdziwa mięta w ogrodzie). Jest to świetny kolor na letnie dni i moim zdaniem pasuje raczej do codziennych stylizacji. Ten odcień działa energizująco i orzeźwiająco, lubię go nosić wiosną i latem, nawet do pracy. Jeśli Wasza skóra jest muśnięta słońcem, to myślę, że będzie wyglądał jeszcze lepiej, gdyż takie kolorki ładnie podkreślają opaleniznę. 👌


Po drugie, za sprawą idealnie wyprofilowanego i dość grubego pędzelka (nie cierpię tych cieniutkich!), aplikacja jest tak łatwa, szybka i przyjemna, że nawet przedszkolak dałby sobie radę z malowaniem. Tak naprawdę, wystarczą zaledwie trzy ruchy pędzelkiem, by dobrze pokryć całą płytkę. I już przy pierwszej warstwie uzyskamy dość dobre krycie. Dla mnie jednak dwie warstwy są optymalne. Co więcej, lakier szybko schnie (jednak nie polecam malować w upalny dzień na dworze)*, ładnie się błyszczy i bardzo dobrze nosi się na paznokciach. 


*Pod wpływem upału zrobiły mi się gdzieniegdzie bąbelki powietrza, co niestety widać na załączonym obrazku.

A tak lakier prezentuje się w świetle naturalnym, w pełnym słońcu:


W przypadku mojej miękkiej płytki, na której lakiery bez odprysków zwykle utrzymują się 2-3 dni, ten lakier wyróżnia się niebywałą trwałością - po pięciu dniach trzyma się bez żadnego uszczerbku, a zabezpieczony top coat'em jest w stanie wytrzymać nawet około tygodnia (oczywiście zakładając, że w tym czasie nie robię generalnych porządków czy remontu w mieszkaniu. ;) I wreszcie, ostatnia zaleta tego produktu to pojemność - super zgrabna, filigranowa buteleczka o pojemności 5 ml idealnie wpasowuje się w moje potrzeby - lakiery o większych gabarytach zawsze kończą u mnie w koszu przed upływem terminu ważności, a tutaj przynajmniej nic się nie zmarnuje. Biorąc pod uwagę fakt, iż nie dostrzegam żadnych wad tego kosmetyku, wystawiam mu zasłużoną piątkę z plusem i serdecznie polecam, tym bardziej, że kosztuje naprawdę niewiele (w cenie regularnej ok. 16 zł, a na promocjach nawet mniej niż 10 zł). 👍👍👍


PS. Jak Wam się podoba? Znacie lakiery Yves Rocher? 
"Świat według Karla"

"Świat według Karla"

"Świat według Karla" nie jest ani biografią projektanta-legendy, ani albumem poświęconym jego dorobkowi twórczemu. Jest to ciekawie wydany zbiór sentencji wygłaszanych przez Karla Lagerfelda w wywiadach, mediach, jak i na salonach, zgrabnie opracowany przez Jean-Christophe Napias & Sandrine Gulbenkian i z genialnymi ilustracjami Charles'a Ameline. 



Książka, wydana w 2015 roku przez Dom Wydawniczy REBIS, rozpoczyna się krótką przedmową Patricka Mauries'a, natomiast w dalszej części jest podzielona na piętnaście tematycznych rozdziałów o prostych i podobnie brzmiących tytułach (np. "Karl o życiu", "Karl o modzie", "Karl o zachowaniu formy", itd.). Znajdziemy tu między innymi maksymy dotyczące spraw ściśle powiązanych z branżą modową - projektowaniem, modą, stylem, Coco Chanel, jak również myśli nieco "głębsze", egzystencjalne, dotyczące takich spraw jak: życie, samotność, przeszłość, współczesność, książki, sztuka, czy też kreowanie pozorów i własnego wizerunku. Mnie najbardziej przypadł do gustu rozdział pt. "Karl o luksusie". Nie chcę Wam niczego zdradzać, powiem tylko, że zdziwicie się, co tak naprawdę dla projektanta oznacza luksus, pieniądze, gromadzenie przedmiotów czy dzieł sztuki.  


Książkę czyta się szybko (w jedno popołudnie lub też z tzw. doskoku, w przerwach między innymi lekturami) i jest to czas spędzony dość przyjemnie, niewątpliwie za sprawą humoru i treści samych wypowiedzi, jak i ciekawych grafik i zabawy fontem. Z drugiej strony, warto mieć na uwadze, że niektóre poglądy i stwierdzenia Lagerfelda są niesamowicie cięte i prowokacyjne, przez co osoby zbyt delikatne bądź przewrażliwione na swoim punkcie mogą się poczuć obrażone (jeśli, przykładowo, lubicie chodzić w dresach czy zbyt dużą wagę przywiązujecie do rozpamiętywania przeszłych wydarzeń). Ja mam bardzo luźny stosunek do tego typu obraźliwych czy miejscami nawet szokujących wypowiedzi Lagerfelda; często po prostu mnie one bawią, z niektórymi się utożsamiam, a z innymi po prostu się nie zgadzam i dalej robię swoje. 😉

Szczerze powiedziawszy, byłam raczej sceptycznie nastawiona do tej pozycji i nie robiłam sobie większych nadziei w związku z jej lekturą, niemniej muszę przyznać, że bawiłam się przy niej przednio i chyba nawet pozwolę sobie do niej jeszcze kilka razy wrócić. Jestem zaskoczona, że z takiego niepozornego zbioru aforyzmów można się dowiedzieć o projektancie znacznie więcej aniżeli z większości artykułów czy innych publikacji mu poświęconych. Ta książka jest nie tylko swoistą esencją ciętej riposty i lingwistycznej finezji, ale miejscami też mocno skłania do refleksji i weryfikuje nasze postrzeganie genialnego, acz trudnego i złośliwego człowieka, jakim jest Karl Lagerfeld. Myślę, że warto tę książkę polecić nawet kompletnym modowym ignorantom oraz tym, którzy za Lagerfeldem zwyczajnie nie przepadają. Dla mnie "Świat według Karla" był równie ciekawy i wciągający, co dobrze napisana beletrystyka; polecam się zapoznać, miejscami oburzyć lub też uśmiechnąć, ale niekoniecznie brać to wszystko do serca. Karl, którego znacie, to nie jest tak do końca prawdziwy Karl... 😏

WoodWick Candle: Lemongrass

WoodWick Candle: Lemongrass

Uwielbiam świece zapachowe i nawet latem lubię sobie udekorować dom ładnym aromatem. Ostatnio w moim częstochowskim TK Maxxx był wysyp marki WoodWick Candle, których jeszcze nigdy nie paliłam, więc dorwałam na próbę małą świeczkę o zapachu Lemongrass (plus jeszcze jedną, chyba różaną, dla kogoś na prezent). 



Świeczka urzekła mnie prostym i eleganckim designem - lubię takie proste słoiczki bez nadmiaru bzdetów, etykiet i kolorów, więc stwierdziłam, że jeśli zapach mi się nie spodoba, to przynajmniej przez moment będzie się ładnie prezentować w salonie. Na wewnętrznej stronie równie gustownego drewnianego wieczka wyczytałam, że świece tej marki są wyposażone w specjalnie zaprojektowane knoty z naturalnego drewna, które po odpaleniu mają skwierczeć niczym płomień w kominku. Cóż, może pora letnia niekoniecznie kojarzy nam się z takimi klimatami, niemniej postanowiłam spróbować i zorganizować sobie małą namiastkę kojących jesienno-zimowych wieczorów w samym środku lata. I tutaj, niestety, przyszło małe rozczarowanie - zamiast kojących i relaksujących trzasków kominka słyszę irytujące "pierdzenie", przy którym absolutnie nie potrafię się skupić i wyciszyć (zresztą nagrałam krótki filmik, abyście sami zobaczyli, co mam na myśli). 👎👎👎 


Co do samego zapachu świeczki, to jest to raczej proste połączenie trawy cytrynowej (z ang. lemongrass) ze skórką cytrynową. Producent na swojej stronie opisuje ten wariant jako "świeży zapach słodkiej trawy z nutami skórki z cytryny". Owszem, świeczka ma świeży aromat, jak na cytrusy przystało, jednak wspomnianej słodyczy trawy nie jestem w stanie tu wyczuć. Dla mnie jest to aromat świeży i raczej gorzkawy, a szkoda, bo najbardziej lubię połączenia świeżych nut z tymi ciepłymi i słodkimi. W tym przypadku jest całkiem przyjemnie i orzeźwiająco, ale raczej bez zapachowych fajerwerków.



Plusy:
  • eleganckie opakowanie
  • świeca do samego końca bardzo równo się wypala, nie "tuneluje" (ale zgodnie z zaleceniem producenta, trzeba ją odpalać na min. 3-4 godziny), nie dymi
  • dobrze odświeża mieszkanie
  • zapach jest lekki, nie męczy i nie wywołuje ataku migreny
  • pali się długo (jak twierdzi producent, do 40 godzin).
Minusy:
  • trzaskanie knota bardziej drażni aniżeli sprzyja relaksowi
  • zapach raczej "gorzki" (mam tu na myśli m.in. brak słodkich lub ciepłych nut)
  • cena - 49 zł za mały słoik dla mnie trochę za wysoka; w outlecie cena regularna to 27 zł, przy odrobinie szczęścia można trafić na wyprzedaże (ale trzeba często tam zaglądać).

Podsumowując, moje pierwsze spotkanie z marką WoodWick oceniam tak sobie. Być może jestem dziwna, że drażnią mnie te trzaski, a być może jest to też kwestia kiepskiego doboru zapachu do moich osobliwych wymagań i upodobań. Mimo wszystko, chciałabym wypróbować jeszcze jakiś inny (czytaj: słodszy i bardziej owocowy) wariant, bo nie chcę się zniechęcać do marki po jednym średnio czarującym dla mnie produkcie. Ciekawi mnie na przykład świeca o zapachu Raspberry Yuzu, Cucumber Lemon lub Perfect Pear. No cóż, jeśli będzie mi dane któryś z nich poznać, na pewno prędzej czy później się o tym dowiecie...

Znacie WoodWick Candle? 
Cameron Diaz & Sandra Bark "Ja, Kobieta"

Cameron Diaz & Sandra Bark "Ja, Kobieta"

Wiedziałyście, że Cameron Diaz napisała książkę? Ja o tym fakcie dowiedziałam się w 2014 roku, gdy w "ELLE" ukazał się artykuł pt. "Jutro będzie futro", nawiązujący do jednego z rozdziałów poradnika Diaz, zachwalającego zapuszczenie włosów w tzw. okolicach bikini. Przyznam szczerze, że od momentu przeczytania artykułu w ELLE, miałam ogromną ochotę przeczytać poradnik Cameron (mimo iż jej wielką fanką nie jestem) i przez jakiś czas szukałam go w różnych księgarniach oraz na aukcjach internetowych. Wreszcie, po trzech latach zdecydowałam się nabyć książkę na jednym z portali aukcyjnych (za symbolicznego piątaka!), a dziś opowiem Wam, czy warto było tyle czekać oraz poświęcić weekend na przeczytanie tej pozycji.


"Ja, Kobieta. Jak pokochać i zrozumieć swoje ciało" (w wersji oryginalnej "The Body Book") to poradnik napisany przez Cameron Diaz oraz Sandrę Bark, wydany w Krakowie 2014 roku przez Wydawnictwo IUVI. Książka ma ok. 270 stron, jest szyta i ładnie oprawiona (z apetyczną i seksowną autorką-gwiazdą Hollywood, tajemniczo uśmiechającą się do swych czytelników z okładki). Niniejsza książka została podzielona na trzy części: Odżywianie, Kondycja i Umysł. Już te trzy tytuły mówią nam, o czym tak naprawdę jest ta pozycja - zasadniczo jest to poradnik o zdrowym stylu życia i fitnessie, czyli w skrócie o tym, jak zdrowo się odżywiać i utrzymywać ciało w dobrej kondycji za pomocą ćwiczeń fizycznych. 

W pierwszej części, poświęconej zdrowemu odżywianiu, autorki zawarły aż 13 rozdziałów, z których dowiemy się między innymi tego, co mówi nam nasz głód (i że generalnie warto go słuchać), dlaczego nie warto sięgać po fast foody i żywność przetworzoną, jak unikać cukrów dodanych czy też jakie bakterie są dobre dla naszego zdrowia. Ponadto, Diaz i Bark przypominają nam wiedzę zdobytą na lekcjach biologii w szkole podstawowej, dotyczącą różnych składników pokarmowych (węglowodany, białka, tłuszcze, mikro- i makroelementy) oraz procesów trawienia czy usuwania zbędnych produktów przemiany materii.


Kolejna, druga część książki traktuje o naszym ciele i kondycji. W tej sekcji znajdziemy masę przydatnych wskazówek i informacji na temat szeroko pojętego znaczenia ruchu dla naszego ciała, konsekwencji, energii pobieranej vs zużywanej, oddychania, czy też podstaw treningu. Niestety, trochę zbyt wiele miejsca poświęcono tutaj anatomii (znowu powtórka z rozrywki, czyli lekcje biologii ze szkoły podstawowej) - budowa kości, mięśni itp. Bardzo ciekawy jest z kolei rozdział 21 - "Twoje kobiece ciało", w którym Diaz opowiada o naszych częściach intymnych, PMS i miesiączce, owłosieniu łonowym, ciąży oraz seksie. Myślę, że podobnie jak w przypadku "Sztuki kochania" Wisłockiej, trzeba ten rozdział po prostu przeczytać (tak jak trzeba znać i stale dbać o nasze ciała). W moim odczuciu kolejny, 22. rozdział pt. "ABC snu" jest równie interesujący i przydatny; warto go przeczytać nawet jeśli zdecydujecie się pominąć wcześniejsze powtórki z lekcji anatomii.

Ostatnia, trzecia część poradnika, zatytułowana "Umysł. Już rozumiesz" nawiązuje do samoświadomości i samoakceptacji, podpowiada jak starzeć się z godnością, jak unikać pokus i pozbywać się złych nawyków, jak planować posiłki oraz jak wypracować dyscyplinę i przekształcić całą tę przeczytaną teorię w praktykę. 


"Ja, Kobieta" to w zasadzie fit-poradnik dla początkujących - Diaz we wszystkich rozdziałach książki zachęca do tego, by dbać o własne ciało i zdrowie oraz by przez całe swoje życie po prostu się ruszać (i nigdy, ale to przenigdy nie przestawać!). Jeśli od lat uprawiacie sporty, prawidłowo się odżywiacie i generalnie prowadzicie tzw. zdrowy tryb życia, to zbyt wiele nowego się z tej książki nie dowiecie. Jak dla mnie, powtórka z biologii była zbędna (w końcu od czego jest stary, dobry wujek Google?), aczkolwiek wybaczam autorce ze względu na sposób zaserwowania tej wiedzy - przystępnie, metodą na tzw. chłopski rozum, z ułatwiającymi całą sprawę ilustracjami. Co prawda, książka Ameryki nie odkrywa, niemniej jest całkiem przyjemną i inspirującą lekturą. Przyda Wam się zwłaszcza w momentach, gdy opuści Was motywacja do ćwiczeń czy chęć przestawienia się na tryb fit. Poza tym uważam, że warto po nią sięgnąć zwłaszcza przed znaną wielu z nas "akcją urlop" - książkę należy najpierw przeczytać, potem przetrawić i wreszcie... ruszyć swoje cztery litery i po prostu zacząć ćwiczyć. Tylko tyle i aż tyle. Ja już ćwiczyć zaczęłam, więc Was również zachęcam do podjęcia aktywności fizycznej. xo

Ulubieńcy czerwca 2017

Ulubieńcy czerwca 2017

Czerwiec powinien być dla mnie najpiękniejszym miesiącem w roku, ponieważ mam wtedy urodziny. Niestety, sezonowe alergie nie dają mi się cieszyć tym czasem tak, jakbym sobie tego życzyła. W związku z tym, w czerwcu zmuszona byłam chować się w domu, czytać książki, oglądać filmy oraz przy okazji robić sobie małe domowe SPA. Jeśli jesteście ciekawi, jakie produkty kosmetyczne, filmy i książki umiliły mi ten czas, to zapraszam Was na kolejne zestawienie ulubieńców i odkryć miesiąca - tym razem inspiracje czerwcowe. 


KOSMETYKI

W czerwcu w dalszym ciągu używałam kosmetyków, które znalazły się w zestawieniach z poprzednich miesięcy (m.in. nadal chronię twarz filtrem Skin79 i aplikuję koreańskie maseczki w płacie), niemniej jednak skupiłam się przede wszystkim na stopniowej wymianie moich kosmetyków do pielęgnacji na produkty naturalne. Co prawda, moja cera z przebarwieniami wymaga nieco bardziej zaawansowanych kosmetyków i dlatego też np. koreańskie filtry, kremy bb, sera i maseczki rozjaśniające sprawdzają się w tym aspekcie bardzo dobrze. Poza azjatyckimi markami pokochałam również polskie naturalne kosmetyki i po kolei testuję różne produkty z rodziny Sylveco (m.in. wróciłam do Lnianej maski Sylveco, próbuję szamponu marki Biolaven, trzech różnych płynów micelarnych oraz toniku-mgiełki z Vianka, którą wprost uwielbiam!).



Ponadto, cały czas odkrywam i zachwycam się kosmetykami polskiej marki Biolove, która jest dostępna tylko w Kontigo (również online)Pokochałam przede wszystkim ich owocowe żele pod prysznic, olejek do demakijażu twarzy, po którym moja buzia wygląda przepięknie, a ponadto w dalszym ciągu używam ich malinowego kremu do rąk oraz naturalnego dezodorantu o zapachu kwiatowym (co prawda, nie zapewnia on dostatecznej ochrony, ale chcę dać skórze odpocząć od całej tej chemii i soli aluminium, które występują w większości tego typu produktów dostępnych w drogeriach). 


W czerwcu wzięłam również udział w testowaniu oczyszczających kosmetyków marki Himalaya Herbals (pianka, peeling i maseczka z serii Neem). Moim ulubieńcem okazała się przede wszystkim pianka oczyszczająca z tej linii, ale generalnie wszystkie trzy kosmetyki stosowane regularnie przyczyniły się do znacznej poprawy stanu cery - w efekcie moja buzia jest doskonale oczyszczona, pozbawiona jakichkolwiek wyprysków (nawet podczas menstruacji) i znacznie mniej się przetłuszcza w strefie T. 



Ponadto, moje domowe SPA to przede wszystkim maski w płacie, które lubię sobie nakładać kilka razy w tygodniu. Moimi ulubionymi maskami na bawełnianej tkaninie okazały się maseczki koreańskiej marki Missha z linii Pure Source, a przede wszystkim cudownie pachnące i odżywcze Mango. Maski te są dość dobrze nasączone esencją, są komfortowe w noszeniu i mają całkiem przyzwoite składy (bez parabenów, phenoxyethanolu itp.); oprócz ekstraktów roślinnych zawierają też kwas fitowy, który bardzo lubię (kwas ten wygładza, nawilża skórę i lekko rozjaśnia przebarwienia), a do tego nie są testowane na zwierzętach, co ma dla mnie duże znaczenie. Zdecydowanie polecam!


KSIĄŻKI

W czerwcu udało mi się przeczytać 8 książek, co jest całkiem niezłym wynikiem. Najciekawszą pozycją był dla mnie poradnik pt. "Sekrety urody Babuszki. Słowiański elementarz pielęgnacji" autorstwa Raisy Ruder i Susan Campos. Książka ta jest nie tylko pięknie wydana, ale zawiera też sporo ciekawych informacji i przepisów, dzięki którym możecie dbać o urodę w naturalny sposób i za naprawdę niewielkie pieniądze. Jeśli ciekawi Was ta książka, to odsyłam Was do recenzji. 



Jeśli chodzi o beletrystykę, to w czerwcu po raz drugi przeczytałam powieść "Samotny mężczyzna" Christopher'a Isherwood'a. Jest to historia geja, który utracił swoją wielką miłość i który próbuje odnaleźć siebie oraz odzyskać sens życia na nowo. Książkę czyta się szybko - jest to w zasadzie opis jednego dnia z życia George'a Falconer'a, ale wbrew pozorom nie jest to pozycja z gatunku "lekkich, łatwych i przyjemnych". Powieść jest przepełniona nostalgią i egzystencjalnymi przemyśleniami i pewnie nie każdemu przypadnie do gustu, ale jeśli lubicie tematykę gejowską i/lub smutne historie miłosne, to myślę, że nie pożałujecie. Na podstawie książki powstał również film w reżyserii Toma Ford'a pod tym samym tytułem, z rewelacyjną rolą Colina Firth'a. Jeśli nie macie dostępu do książki, to zobaczcie sobie chociaż dzieło słynnego projektanta - moim zdaniem arcydzieło! 

FILM

W czerwcu zdecydowałam się wypróbować portal showmax.com (dla abonentów Play jest teraz promocja - roczny dostęp zupełnie za darmo, z możliwością zrezygnowania w dowolnym momencie). Jako że zaczęłam wakacje i jednocześnie chowałam się w domu przed pyłkami traw i niektórych drzew, uznałam, że jest to idealny czas na tzw. odchamienie się i obejrzenie kilku nowych dla mnie filmów. Spośród propozycji dostępnych na stronie, najbardziej spodobał mi się polski komediodramat pt. "Pani z przedszkola" z Agatą Kuleszą, Karoliną Gruszką i Adamem Woronowiczem w rolach głównych. Zarówno fabuła, jak i kreacje aktorów (w tym również świetna rola Krystyny Jandy jako babci i Mariana Dziędziela jako psychoterapeuty) bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły - nie będę Wam za dużo zdradzać, zamiast tego zobaczcie sobie zwiastun, a na pewno zechcecie obejrzeć ten film sami!


Poza tym, moje serce w czerwcu skradł brytyjski film pt. "Zanim się pojawiłeś". Jest to przepiękna, zabawna i jednocześnie wzruszająca opowieść o niesamowicie kolorowej dziewczynie oraz bogatym przystojniaku, który w wyniku wypadku jest sparaliżowany i stracił chęć do życia. Film powstał na kanwie powieści Jojo Moyes o tym samym tytule, której, niestety nie czytałam. Szczerze mówiąc, byłam sceptycznie nastawiona - spodziewałam się banalnej komedii romantycznej lub ckliwego romansidła i obejrzałam go głownie z ciekawości ("O co tyle szumu?"). Film jednak do tego stopnia mnie zaskoczył, że jestem nim totalnie zauroczona do dziś (tuż po projekcji nie mogłam dojść do siebie i nie byłam w stanie obejrzeć nic innego!) i już czekam na kolejne części. Zanim jednak nakręcą kontynuację, chyba po prostu przeczytam książkę i zobaczę, czy lepiej się to czyta, czy ogląda...


Dajcie znać, czy znacie moich ulubieńców
oraz jakie książki i filmy polecacie na lato, xo
Wieloetapowe oczyszczanie twarzy z Himalaya Neem

Wieloetapowe oczyszczanie twarzy z Himalaya Neem

Odkąd stosuję wieloetapowe oczyszczanie twarzy, stan mojej cery znacznie się poprawił. Pierwszym krokiem jest u mnie zmycie makijażu z oczu za pomocą płynu micelarnego. Przy okazji przemywam także resztę twarzy. Drugim krokiem oczyszczania jest olejek do demakijażu (najlepiej taki, który emulguje pod wpływem wody), natomiast trzeci krok stanowi przemycie buzi pianką i delikatne wytarcie czystym ręcznikiem. Po tym oczywiście tonizuję skórę i nakładam serum oraz krem. Wszystkie te kroki wchodzą w skład mojej rutyny pielęgnacyjnej. Dodatkowo, dwa razy w tygodniu złuszczam skórę peelingiem i nakładam oczyszczającą maskę na bazie glinki. Robię sobie wtedy takie małe domowe SPA, które często łączę z zabiegami na włosy oraz ciało. Jest to dla mnie nie tylko pielęgnacyjna konieczność, ale i chwila wytchnienia oraz błogiego relaksu.


Jeśli chodzi o kosmetyki, których używam w celu dogłębnego oczyszczania cery, to oczywiście zmieniają się one co jakiś czas. Przez ostatni miesiąc miałam przyjemność testować 3 oczyszczające produkty marki Himalaya Herbals: piankę do mycia twarzy, peeling oraz maseczkę oczyszczającą z serii Neem. Wszystkie kosmetyki z tej linii zawierają ekstrakt z miodli indyjskiej, której liście mają działanie oczyszczające, antybakteryjne, przeciwtrądzikowe oraz ogólnie odżywcze.  

Oczyszczająca pianka do mycia twarzy Neem

Pianka znajduje się w przezroczystym plastikowym opakowaniu o pojemności 150 ml i jest wyposażona w praktyczną pompkę. Zazwyczaj wyciśnięcie jednej pompki starcza mi na zmycie olejku do demakijażu z całej twarzy. Po użyciu tego kosmetyku buzia jest bardzo czysta, przyjemna w dotyku i odświeżona.


Plusy i minusy produktu:

+ ładne, poręczne i solidnie wykonane opakowanie z pompką, która niesamowicie ułatwia dozowanie produktu
+ doskonale oczyszcza i odświeża cerę (oraz delikatnie ją chłodzi)
+ zmniejsza wydzielanie sebum oraz powstawanie wyprysków
+ nie zostawia uczucia ściągnięcia ani nie przesusza skóry 
+ ma orzeźwiający, ziołowy zapach
+ nie zawiera SLS, SLeS (ma w składzie łagodniejszy ALS), parabenów i ftalanów
+ produkt nie jest testowany na zwierzętach  
+ rewelacyjnie domywa pędzle do makijażu oraz moją gąbkę do podkładu Blend It (z którą nawet olejki nie dawały rady!)
+ pianka jest wydajna - w moim przypadku wystarcza na ponad miesiąc (w porywach do 2 miesięcy) codziennego stosowania 
+ przystępna cena (ok. 31 zł)
- zawiera phenoxyethanol, którego staram się unikać
- [EDIT, 10.07]: wczoraj pisałam przed północą i zapomniałam dodać, że pod koniec pompka lubi się zacinać, co jest ewidentnie minusem.

Jak widzicie, bardzo polubiłam się z tą pianką i nie dostrzegam w niej prawie żadnych wad. W moim odczuciu jest to idealny kosmetyk do oczyszczania skóry, a do tego doskonale nadaje się do mycia pędzli oraz gąbek do makijażu (mój beauty blender po umyciu za pomocą pianki wygląda praktycznie jak funkiel nówka nie śmigana!). Co więcej, pianka nie przesusza skóry i nie uczula i jest bardzo przyjemnym produktem do demakijażu. Z pewnością będę do niej wracać (ewentualnie wypróbuję również inne warianty oraz żele do demakijażu twarzy marki Himalaya). 

Peeling + maseczka oczyszczająca Neem

Tak jak wspominałam na wstępie, peelingu wraz z maseczką używam 2 razy w tygodniu. Zarówno peeling, jak i maska znajdują się w bliźniaczych tubach wykonanych z miękkiego plastiku o pojemności 75 ml i są zamykane na tzw. klik. Tubki są nie tylko estetyczne i porządnie wykonane, ale i bardzo poręczne. Peeling ma przyjemnie kremową konsystencję i dość intensywny ziołowy zapach, natomiast drobinki zdzierające (zmielone pestki moreli) są na szczęście dosyć drobne i delikatne. Scrub jest bardzo przyjemny w użyciu, a skóra po nim jest doskonale oczyszczona i gładka. Po peelingu nakładam pędzelkiem maseczkę, zostawiam ją na 15 minut, spryskując w międzyczasie nawilżającą mgiełką, by nie zastygła na skorupę. Po tym czasie zmywam, tonizuję skórę twarzy i nakładam serum oraz krem. W efekcie, moja cera jest doskonale oczyszczona, wygładzona, miękka i odświeżona, a pory wyraźnie zwężone (co jest ogromnym plusem i wielkim zaskoczeniem dla mnie). 


Plusy i minusy tych produktów:

+ peeling ma fajną kremową konsystencję i małe drobinki, które delikatnie złuszczają naskórek
+ maska dogłębnie oczyszcza skórę oraz zmniejsza widoczność porów
+ po regularnym stosowaniu kosmetyków, moja skóra jest idealnie oczyszczona, wygładzona, pory są zmniejszone, cera znacznie mniej się przetłuszcza i świeci
+ zauważyłam, że w trakcie stosowania kosmetyków nie miałam żadnych przygodnych "nieprzyjaciół" na twarzy (nawet w czasie menstruacji, co ogromnie mnie zaskoczyło)
+ kosmetyki te mają w składzie kilka naprawdę ciekawych i skutecznych roślinnych składników (np. wyciąg z liści miodli indyjskiej - Neem, wyciąg z kurkumy, która ma działanie przeciwzapalne, czy wetiweria, a poza tym takie składniki jak m.in glinka kaolinowa i bentonit (Fuller's Earth), która wykazuje właściwości oczyszczające i rozjaśniające
+ ładne, porządnie wykonane i poręczne tubki

- ziołowe zapachy peelingu oraz maski są dość intensywne i specyficzne, przez co nie każdemu przypadną do gustu
- maska już w pierwszej minucie po nałożeniu na twarz trochę szczypie (zwłaszcza w okolicy nosa), co nie jest zbyt komfortowe
- zmywanie maski do najprzyjemniejszych nie należy (ale taki jest niestety urok glinek)
produkty te dość szybko się kończą (3-4 tygodnie i trzeba kupić kolejne opakowania)
- peeling ma w składzie phenoxyethanol, natomiast maska zawiera 2 parabeny i SLS.


Podsumowując, cała seria Neem to strzał w dziesiątkę, jeśli zależy Wam na dogłębnym oczyszczeniu i zmniejszeniu przetłuszczania się skóry. Ja co prawda nie mam problemu z pryszczami i trądzikiem, niemniej zauważyłam brak jakichkolwiek niedoskonałości zwłaszcza podczas menstruacji, kiedy to zazwyczaj pojawiają się u mnie jakieś "syfki" na brodzie i/lub na nosie. Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie również zmniejszenie się widoczności porów i zaskórników, a dodatkowym plusem jest fakt, iż moja cera jest nie tylko cudownie oczyszczona, ale również gładka oraz miękka jak pupcia niemowlaka. Z całej trójki najbardziej polubiłam piankę do codziennego oczyszczania oraz peeling oczyszczający - do tych produktów na pewno będę jeszcze wracać. Najmniej komfortowa w użyciu okazała się maseczka (zastygające i trochę szczypiące błotko o niezbyt przyjemnym zapachu), aczkolwiek jej działanie oceniam bardzo dobrze. Ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolona z produktów z tej serii i polecam Wam je zwłaszcza przy nadmiernym przetłuszczaniu się skóry oraz przy trądziku. 


PS. Jeśli jesteście ciekawe tej linii, to odsyłam Was na stronę producenta 
oraz na stronę z recenzjami napisanymi przez blogerki, 
które brały udział w testowaniu serii Neem. 

Bardzo dziękuję marce Himalaya za możliwość przetestowania kosmetyków.

himalayaherbals.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger