YANKEE CANDLE: Cappuccino Truffle, czyli słodycz czekoladowej praliny

YANKEE CANDLE: Cappuccino Truffle, czyli słodycz czekoladowej praliny

Jakiś miesiąc temu odkryłam w Częstochowie cudowne, niemalże magiczne miejsce: kwiaciarnię "Prowincjonalna" w samym centrum miasta, tuż za Ratuszem. Weszłam tam pewnego popołudnia przed pracą, bez większych oczekiwań - po prostu chciałam się pozbyć kilku starych książek, których nie przyjęła lokalna biblioteka (mają tam bowiem szafę do tzw. bookcrossing'u)... Miejsce ogromnie mnie zaskoczyło; nie jest to zwykła kwiaciarnia z banalnymi bukietami i kiczowatymi bibelotami, jakich pełno w mojej okolicy, ale sklep z duszą i fantastycznym wystrojem (przepiękny home decor i masa dodatków z stylu shabby chic, drewniane skrzynki, jesienne kompozycje z dynią i wrzosem w roli głównej, no po prostu coś, co elfiki kochają najbardziej! ;) Pozytywnie zaskoczyła mnie również przemiła i kompetentna obsługa oraz - uwaga - piękna, wypasiona, pachnąca i całkiem dobrze wyposażona szafa Yankee Candle! Jest to pierwsze miejsce w naszym kochanym częstochowskim grajdołku, gdzie mamy taki wybór wosków, samplerów i świec tej słynnej już chyba na całym świecie marki. Oczywiście, sporadycznie duże świece YC widuję także w TK Maxx, ale tam trzeba po prostu często zaglądać, bo za chwilę już okazja ucieka sprzed nosa. Tak czy inaczej, nie mogłam się powstrzymać i wyjść z "Prowincjonalnej" tylko z nową (starą) książką w miejsce dwóch, które już mi się znudziły. Zakupiłam sobie wówczas dwa woski - jeden z nich to Cappuccino Truffle, zapach, który od dłuższego czasu mnie intrygował i wydawał się idealny na ponure, jesienne wieczory. 


Na początek wspomnę, że z nowymi zapachami YC jestem trochę na bakier i chyba jako ostatnia osoba w całej blogosferze powolutku zapoznaję się z wariantami klasycznymi. Wosk Cappuccino Truffle (który, notabene, do serii classic również się zalicza) to połączenie "głębokiego, bogatego aromatu ziaren palonej kawy z nutą aksamitnej czekolady".* 

*Wg opisu ze strony goodies.pl

Koszt wosku w mojej kwiaciarni to 7 zł (za tarteletkę 22 g), samplery (bez kieliszków) 9,50 zł, natomiast świeca w słoju to wydatek rzędu ok. 39-96 zł, w zależności od rozmiaru. Czas palenia wosku to w przybliżeniu 8 godzin, zatem jest to opcja idealna dla osób, które chcą jedynie próbować i poznawać nowe zapachy, a nie brać z nimi ślub na cały sezon jesienno-zimowy.


Jeśli chodzi o doznania zapachowe, to w Cappuccino Truffle wyczuwam przede wszystkim aromat czekoladowej pralinki (takiej jak ze zdjęcia na opakowaniu), ewentualnie ciasta czekoladowego, którego zarówno smak, jak i zapach uwielbiam. Taki aromat świeżo upieczonego ciasta w domu kojarzy mi się z ciepłą, błogą i rodzinną atmosferą, uwielbiam to uczucie zadowolenia zaraz po wyjęciu ciasta z gorącego jeszcze piekarnika. Jest to po prostu coś, co nastraja mnie bardzo pozytywnie (i zazwyczaj kojarzy mi się z oczekiwaniem na zaproszonych gości). Wosk Cappuccino Truffle jest dosyć intensywny (doskonale i wyraźnie wyczuwalny nawet przez folię ochronną), już po chwili od podgrzania w kominku po całym domu roznosi się błogi, słodki, lecz niestety nieco za mocny i ciężkawy aromat czekoladowego ciasta i/lub cappuccino, czyli kawy z czekoladową nutą. W moim odczuciu, czekolada gra tutaj pierwsze skrzypce i trochę brakuje mi tych obiecywanych ziaren palonej kawy. Sam zapach nie jest zły - wręcz przeciwnie, jest ciepły, słodki i dosyć przyjemny - pod warunkiem, że dawkuję go z umiarem (czytaj: palę dosyć krótko i po chwili gaszę). W przeciwnym razie może po prostu męczyć, przytłaczać lub nawet... powodować ból głowy.


Na koniec jeszcze dodam, iż dla mnie tarteletki palone w kominku nie są idealnym rozwiązaniem, ponieważ mają tendencję do kruszenia się i brudzenia, zaś po podgrzaniu lubią się rozlewać przy przypadkowym szturchnięciu, co jest dosyć irytujące. Zdecydowanie wolę świece w słoikach, jednak tym razem zdecydowałam się na wosk w celu bliższego zapoznania z zapachem i upewnienia się, czy jest on wart zainwestowania nieco większej kwoty w wersję zamkniętą w szkle. Cieszę się, że jednak nie skusiłam się na świeczkę w słoiku, gdyż zapach na dłuższą metę okazał się dla mnie trochę za ciężki. Jeśli i Wy szukacie ciepłych, otulających aromatów na jesień/zimę, ale jednocześnie nie lubicie, gdy zapach jest zbyt ciężki i może przyprawić o ból głowy, lepiej będzie rozejrzeć się za czymś innym. 


A Wy jakie zapachy na jesień polecacie? xo

Polecam na listopadowe wieczory: 3 książki, Bridget Jones 3 & Escape the room

Polecam na listopadowe wieczory: 3 książki, Bridget Jones 3 & Escape the room

Jak wiadomo, jesienne wieczory sprzyjają lekturze (obowiązkowo z herbatką, aromatyczną świecą i pod kocem ;), dzięki czemu ostatnio czytam zdecydowanie więcej beletrystyki. Moja znajoma pracuje w lokalnej bibliotece i dzięki niej mam dostęp nie tylko do ciekawych kryminałów, ale i do takich perełek, jak np. książki Olgi Tokarczuk czy Marcina Szczygielskiego. W dzisiejszym wpisie podzielę się z Wami książkami, które ostatnio przeczytałam, filmem, na którym ostatnio byłam w kinie oraz opowiem Wam o nowej i niesamowicie ekscytującej rozrywce - Escape the room. To jak - jesteście gotowi na wieczór z rozrywką? 


Ostatnio udało mi się przebrnąć przez II tom serii Millenium Stiega Larsson'a. Zapewne większość z Was oglądała film pt. "Dziewczyna z tatuażem" lub czytała chociaż pierwszy tom sagi Larsson'a ("Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"), więc pewnie wiecie, o jakiego rodzaju kryminale tutaj mowa. "Dziewczyna, która igrała z ogniem" to 700 stron doskonałej kryminalnej rozkminy, dosyć szczegółowo opisane skandynawskie życie codzienne głównej bohaterki (autor opisuje np. punkt po punkcie, co trafia do lodówki i do żołądka Lisbeth Salander, jak również do jej koszyka zakupowego w IKEA ;)) plus jej portret psychologiczny, który jest chyba jednym z ciekawszych we współczesnej literaturze. Z pewnością nie będziecie się nudzić i nie będziecie się mogli doczekać, jak to się wszystko rozwiąże. Po przeczytaniu z kolei będziecie już tylko czekać na kolejny tom serii i mieć po cichu nadzieję, że Larsson naskrobał jednak trochę mniej niż 700 stron - strasznie ciężko takie tomiszcze trzyma się w dłoniach! ;) 

*Książki niestety nie mam na zdjęciach, gdyż przed weekendem trafiła do kogoś innego...

Jeśli jednak wolicie nieco lżejsze (dosłownie i w przenośni) lektury, polecam Wam dwie książki o losach prostytutek w Szwajcarii: pierwsza to najnowsza powieść Michała Witkowskiego pt. "Fynf und cfancyś", natomiast druga to już dosyć stara książka Paulo Coelho pt. "Jedenaście minut", która dopiero teraz wpadła w moje ręce (ma się rozumieć, po mojej wizycie w bibliotece). 


Witkowski, jak zwykle z humorem, opisuje perypetie Polaka-geja, który wyjechał do Szwajcarii w latach 90., by robić karierę jako męska prostytutka, zachłysnąć się zarobionymi pieniędzmi, czekoladą oraz nocnym życiem, natomiast Coelho nieco subtelniej opisuje historię brazylijskiej dziewczyny - Marii, która wyjechała do Europy robić karierę jako egzotyczna tancerka, a ostatecznie kończy podobnie jak bohater Witkowskiego, jednocześnie cały czas marząc o miłości. Po lekturze obu książek mam ogromną ochotę jechać do Szwajcarii choćby na weekend i przekonać się na własnej skórze, jak spodoba mi się ten osobliwy kraj banków, zegarków, czekolady i sera, gdzie ludzie (dosyć specyficzni i powściągliwi) podobno śpią na pieniądzach i nie muszą się martwić o bezrobocie czy byt swojej rodziny. Dla mnie taki mały kraj dobrobytu brzmi jak bajka, i myślę sobie, że będzie to idealny kierunek np. na kolejną majówkę...


Co do filmów, to ostatnio trochę gorzej mi idzie. Co prawda, pod koniec października zrobiłam porządki w płytach CD i DVD i po raz kolejny odpaliłam sobie kilka starych produkcji celem odświeżenia, pożegnania i puszczenia dalej w obieg, jednak jeśli chodzi o nowe filmy, to udało mi się obejrzeć tylko najnowszą część przygód "Bridget Jones 3". Mimo iż z książek o Bridget już trochę wyrosłam, to trzeba przyznać, iż nowa część zaskoczyła mnie świeżością (np. Bridget na letnim festiwalu!), humorem (śmiałyśmy się praktycznie od pierwszej do ostatniej sceny) oraz świetną rolą Patrick'a Dempsey'a. który wcielił się w rolę faceta Bridget i jest po prostu boski. W tej części podobało mi się, że główna bohaterka ogarnęła się wreszcie życiowo, rzuciła palenie i odzyskała szczupłą sylwetkę. Jeśli mam być szczera, to dawna, gruba i nadużywająca papierosów oraz alkoholu Bridget od jakiegoś czasu trąciła mi myszą ;) Niemniej, najnowszą część serdecznie Wam polecam, ale teraz to już raczej na DVD... 


No i na sam koniec wisienka na torcie, czyli rozrywka z pogranicza gier miejskich i komputerowych: ESCAPE THE ROOM. Jesteście w grupie 2-6 osobowej, zamknięci w pokoju, z którego trzeba się wydostać w ciągu godziny. Aby jednak to się udało, trzeba się wykazać inteligencją i spostrzegawczością i rozwiązać szereg zagadek logicznych. Ja pierwszy raz wybrałam się do Domu Tajemnic w Częstochowie w ramach wygranej na ich FB i powiem szczerze, że 2 osoby to jednak trochę za mało, aby w ciągu 60 minut rozwiązać wszystkie zagadki (zwłaszcza za pierwszym razem). Pokój, który wybrałam, to Tajemnicza podróż (niestety, nie można robić zdjęć ani nagrywać video w środku, ale możecie zobaczyć sobie trailer poniżej) - nie był to straszny pokój z gatunku horroru i jak na pierwszy raz, wydawał się idealny. Niestety, mojemu małżonkowi i mnie zajęło trochę więcej niż godzinę, aby się z niego wydostać. Mimo wszystko, jest to rozrywka znakomita i niebanalna, i aktualnie staje się coraz bardziej popularna w Polsce (Escape Room'y mnożą się jak grzyby po deszczu, zwłaszcza w większych miastach). Na szczęście, również w naszej małej Częstochowie mamy możliwość pobawić się w tajemniczym domu :) Gorąco polecam Wam właśnie w taki sposób spędzić jesienne popołudnie lub wieczór w towarzystwie rodziny czy znajomych. Gwarantuję Wam, że długo tego nie zapomnicie! 


PS. Na stronie lockme.pl możecie poszukać podobnych miejsc w swojej okolicy... ;) 
A Wy co polecicie na jesienne wieczory? xo

*Wpis powstał w ramach akcji wspólnego blogowania pod nazwą "My się zimy nie boimy!", którego pomysłodawczynią jest Mariola Mazur z bloga Praktycznie kosmetycznie :-) Zachęcam Was do zaglądania również do Anetki z bloga Cosmeticosmos
Jest to drugi post w ramach naszego wspólnego wyzwania. :-)

Domowe SPA + przepis na DIY maseczkę z awokado

Domowe SPA + przepis na DIY maseczkę z awokado

Domowe SPA to coś, co tygryski (i, ma się rozumieć, maniaczki pielęgnacji) lubią najbardziej. Jest to dla mnie obowiązkowa chwila tylko dla mnie i dla mojego ciała, w związku z tym staram się znaleźć czas na minimum dwie sesje domowej pielęgnacji w tygodniu. Uwielbiam sobie wtedy zapalić aromatyczną świecę i wejść do łazienki nawet na godzinę lub dwie. Oczywiście niezwykle istotne jest, aby nikt i nic nas wtedy nie rozpraszało; wyłączam wówczas komputer i telefon, włączam jakiś dobry chilloutowy set i w pełni poświęcam się słodkiemu rozpieszczaniu i relaksacji...



PRZEDE WSZYSTKIM ZŁUSZCZANIE
Zazwyczaj zaczynam sesję domowego SPA od złuszczania twarzy. W tym celu zazwyczaj używam jakiegoś gotowego peelingu (np. Perfecta, który znalazłam w Biedronce za ok. 7 zł i który sprawdza się świetnie lub jedwabistego scrubu Kueshi, który znalazłam w październikowym pudełku Liferia i jest po prostu boski!) i masuję nim twarz przez minimum minutę. Jeśli mnie czytacie od jakiegoś czasu, to zapewne wiecie, że tej jesieni stosuję w miejsce peelingów Nawilżającą Mikrodermabrazję z witaminą C od Mincer Pharma, która idealnie wpisuje się w kurację rozjaśniającą przebarwienia po lecie. Polecam! 


Po zmyciu peelingu lub mikrodermabrazji w kremie, nakładam na twarz na ok. 10-20 minut maseczkę. O moich ulubionych maseczkach będziecie mogli przeczytać już niebawem w osobnym poście, natomiast dzisiaj mam dla Was przepis na szybką nawilżająco-odżywczą maskę z awokado.


DIY MASKA Z AWOKADO

Składniki:
owoc awokado
łyżka jogurtu naturalnego
łyżeczka płatków owsianych
łyżeczka oliwy z oliwek bądź oleju lnianego

Sposób wykonania:
Obieramy owoc awokado, usuwamy pestkę ze środka, rozdrabniamy za pomocą widelca lub miksujemy w blenderze z jogurtem naturalnym i płatkami owsianymi, dodatkowo możemy dodać odrobinę oleju lnianego (np. budwigowego) lub oliwę z oliwek, która też ma zbawienne działanie na naszą skórę.  


Działanie:
Taka mikstura może nie prezentuje się zbyt efektownie (podobieństwo do Shrek'a  lub jego ukochanej Fiony gwarantowane! ;), ale uwierzcie mi - ma rewelacyjne działanie pielęgnacyjne na naszą skórę - nie tylko niesamowicie nawilża, ale i chroni skórę przed uszkodzeniami, podrażnieniami, a nawet likwiduje zaczerwienienia i poprawia koloryt cery. Co więcej, awokado oraz oliwa z oliwek są świetnym źródłem witaminy E i kwasów tłuszczowych, dzięki czemu działają na skórę odmładzająco i antyoksydacyjnie. Gorąco polecam Wam wypróbować taką miksturę! :)



*Maska z awokado to mój własny pomysł, natomiast inne ciekawe przepisy na domowe maski, zarówno do twarzy, jak i włosów, znajdziecie w książce "Jak być glam" autorstwa Fleur de Force. Polecam!

***
Bardzo często w tym samym czasie nakładam maskę zarówno na twarz, jak i włosy (aktualnie próbuję maski Hi lift Cureplex Bond Sustainer) i wchodzę do wanny na jakiś kwadrans do dwudziestu minut, dzięki czemu składniki aktywne za sprawą ciepłej pary lepiej wnikają w skórę twarzy oraz głowy. Oczywiście, peeling całego ciała (ostatnio w tym celu używam cukrowego scrubu do ciała Bania Agafii, który jest całkiem niezły, ale i tak nie umywa się do solnego odchudzającego w dużym słoju tejże marki) i depilacja w tak zwanym międzyczasie są jak najbardziej wskazane. ;) Po wyjściu z wanny i zmyciu z siebie tych wszystkich kosmetyków, obficie smaruję ciało balsamem lub masłem do ciała, ubieram się w piżamę lub dresik i wskakuję pod koc/kołdrę, gdzie już tylko leżę, pachnę i oddaję się jakiejś dobrej lekturze. No i oczywiście popijam mnóstwo wody lub jakieś sezonowe herbatki...


Dla mnie takie domowe SPA to połączenie zabiegów pielęgnacyjnych z wyciszeniem umysłu. Po godzince jestem nie tylko zewnętrznie wypielęgnowana, ale i wewnętrznie wypoczęta, a jednocześnie pozytywnie naładowana i chętna do dalszych wyzwań i działań. A jeśli czas mi na to pozwala, czasami po takiej sesji wykonuję również pedikiur i manikiur. Wtedy to już po prostu czuję się perfekcyjnie. xo


*Wpis powstał w ramach akcji wspólnego blogowania pod nazwą "My się zimy nie boimy!", którego pomysłodawczynią jest Mariola Mazur z bloga Praktycznie kosmetycznie :-) zachęcam Was do zaglądania również do Anetki z bloga Cosmeticosmos. Jest to pierwszy post w ramach naszego wspólnego wyzwania. :-)




FARMONA: Szampon do włosów suchych i łamliwych Jantar, czyli mój nowy ulubieniec w pielęgnacji włosów

FARMONA: Szampon do włosów suchych i łamliwych Jantar, czyli mój nowy ulubieniec w pielęgnacji włosów

Myję włosy codziennie i w związku z tym szybko zużywam i zmieniam szampony na nowe. Po ostatnim spotkaniu blogerskim, w jakim miałam przyjemność uczestniczyć (Beauty By Bloggers w Częstochowie) trafił do mnie Szampon z wyciągiem z bursztynu do włosów suchych i łamliwych marki Farmona - z kultowej serii Jantar. Niedawno pisałam o słynnej odżywce-wcierce z tej serii, natomiast szampon poznałam nawet nieco wcześniej i od razu stał się moim ulubieńcem.



Podobnie jak odżywka, szampon znajduje się w plastikowej butli o zabarwieniu ciemnego szkła. Butla ma pojemność 330 ml i jest wyposażona w dużą zdejmowaną zakrętkę z logo firmy. Moim zdaniem, ta zakrętka jest największym minusem opakowania (w tego typu produktach najchętniej widzę zamykania typu klik lub pompki, gdyż jest to po prostu najwygodniejsze w kontakcie z mokrymi dłońmi). Poza tym, na butelce producent umieścił efektowne srebrne etykiety z wizerunkiem bursztynu oraz szczegółowymi informacjami na temat receptury, składników, sposobu użycia i obiecywanego działania szamponu.

Jeśli chodzi o recepturę i składniki aktywne zawarte w produkcie, to mamy tu przede wszystkim:
  • bursztyn, który odżywia i wzmacnia włosy, chroniąc je przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych
  • 5% mocznika, dzięki któremu włosy i skóra głowy są nawilżone, pełne połysku i witalności
  • kompleks Aqua System, którego zadaniem jest domykanie łusek włosa, nawilżanie, regeneracja i ułatwianie rozczesywania
  • kolagen, który nadaje sprężystości i kondycjonuje włosy, zapobiegając ich rozdwajaniu i łamaniu.
Jak informuje producent na opakowaniu, szampon zawiera 78% składników naturalnych, zaś 0% parabenów, barwników i olejów mineralnych. Skład jednak idealny nie jest, gdyż znajdziemy w nim również m.in. SLeS i silikon, ale są tam też składniki delikatnie myjące i pielęgnujące, takie jak kokamidopropylobetaina, inulina, pantenol, czy kwas mlekowy.


Szampon ma postać przezroczystego płynu o lekko żelowej konsystencji, który bardzo intensywnie pachnie, chyba bursztynem (są to nuty zbliżone do wcierki Jantar) i mocno się pieni. Co do jego działania, to jest fantastyczne: szampon łagodnie, ale skutecznie oczyszcza włosy z brudu, łoju, odżywek/masek i resztek produktów do stylizacji, a przy tym fantastycznie je nawilża, regeneruje, wzmacnia i dodaje blasku. Włosy są sypkie, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu; ponadto miękkie, lśniące, mocne i elastyczne, pachnące świeżością oraz niezwykle przyjemne w dotyku. Stosowanie szamponu to prawdziwa przyjemność, a moje włosy już dawno nie były w tak dobrej kondycji (zwłaszcza po ich rozjaśnieniu, kiedy to były zniszczone i suche na końcach, puszące się i pozbawione blasku). Z czasem zauważyłam również niewielką poprawę w rozczesywaniu włosów, aczkolwiek przy moich plączących się włosach pominięcie odżywki do spłukiwania niestety nie wchodzi w grę (nawet przy użyciu Tangle Teezer'a).


Plusy:
  • wydajne opakowanie (330 ml), które starczy na ok. 1-1,5 miesiąca codziennego myca
  • delikatny dla włosów i skóry włosów; nie podrażnia i nie uczula
  • ładnie i intensywnie pachnie, a zapach długo utrzymuje się na włosach
  • doskonale oczyszcza i pielęgnuje włosy (m.in. nawilża je, wzmacnia, dodaje blasku i miękkości)
  • jest niedrogi (ok. 9-10 zł), dostępny w większości drogerii oraz w aptekach na terenie kraju
  • zawiera 78% składników naturalnych, bez parabenów, olejów mineralnych i sztucznych barwników.
Minusy:
  • niepraktyczna zakrętka, która utrudnia aplikację szamponu mokrymi dłońmi
  • SLeS, czyli detergent w składzie (na drugim miejscu)
  • może plątać włosy (w moim przypadku rozczesanie bez odżywki jest niezmiernie trudne).

Podsumowując, plusy tego szamponu zdecydowanie przewyższają minusy, natomiast konsystencja, zapach i działanie sprawiają, że jest to mój nowy ulubieniec do codziennego mycia włosów. Jeśli macie włosy suche, zniszczone i wymagające regeneracji, polecam Wam wypróbować ten szampon, najlepiej w duecie z kultową odżywką-wcierką Jantar. Wasze włosy na pewno Wam za to podziękują i odwdzięczą się zdrowiem, siłą, blaskiem i pięknym wyglądem. xo

Jesienny zastrzyk energii dla skóry, czyli moja kuracja kosmetykami z witaminą C od MINCER PHARMA

Jesienny zastrzyk energii dla skóry, czyli moja kuracja kosmetykami z witaminą C od MINCER PHARMA

Jesień to doskonały czas na kurację witaminą C, która jako niezwykle silny antyoksydant o wysokiej stabilności, świetnej wchłanialności i delikatności dla skóry, działa na naszą cerę odmładzająco: rozjaśnia przebarwienia, redukuje pajączki, stymuluje syntezę kolagenu, chroni przed UV oraz regeneruje skórę zniszczoną promieniami słonecznymi, spłyca zmarszczki i dodaje blasku. Dzięki uprzejmości marki Mincer Pharma, miałam okazję przetestować na własnej skórze (mieszanej ze skłonnością do przebarwień posłonecznych) trzy produkty z serii VitaCinfusion: Nawilżającą mikrodermabrazję, Przeciwstarzeniowe serum olejkowe oraz Rozświetlający Krem pod Oczy. Jeśli jesteście ciekawi, jakie są moje wrażenia po 2 miesiącach kuracji witaminą C, zapraszam do recenzji...


Nawilżająca mikrodermabrazja znajduje się w plastikowej, biało-pomarańczowej tubie o pojemności 75 ml z nakrętką o praktycznym zamykaniu typu klik. Ma postać jedwabistego kremu o żółtawym zabarwieniu i przyjemnym zapachu owoców cytrusowych, w którym znajdują się drobinki (tzw. mikro-kryształki) złuszczające. Poza drobinkami, ten krem-peeling zawiera także m.in. jagody camu-camu, olej z owoców rokitnika, który zawiera witaminę C i beta-karoten, olej z pestek winogron, glicerynę, mocznik, olej słonecznikowy, ekstrakt z rozmarynu, pantenol czy kwas mlekowy.

Mikrodermabrazję w kremie stosuję zazwyczaj 2 razy w tygodniu, na wstępnie oczyszczoną skórę, i masuję kolistymi ruchami przez około minutkę bądź dwie. Potem spłukuję i aplikuję serum, czasami przed serum nakładam jeszcze jakąś maseczkę. Po ok. 1,5 miesięcznym stosowaniu tego produktu zauważyłam, iż ta domowa mikrodermabrazja w kremie delikatnie złuszcza (na pewno nie jest to aż tak ostre jak mikrodermabrazja w salonie kosmetycznym, gdzie zazwyczaj przez kilka dni cera jest zaczerwieniona i nie wygląda najlepiej, nawet pod makijażem), fantastycznie odświeża skórę, pozostawiając ją wygładzoną, dotlenioną, pełną energii i promienną. W efekcie, produkt w umiarkowanym stopniu zmniejszył widoczność moich przebarwień i ujednolicił koloryt skóry (myślę, iż po całej kuracji tym kosmetykiem, tj. pod koniec zimy, moja cera będzie bliska perfekcji) bez jakiegokolwiek podrażnienia czy zaczerwienienia skóry. Z tego złuszczającego kremu jestem niezmiernie zadowolona (nie wspominając o tym, iż produkt wychodzi znacznie taniej jego koszt to zaledwie 30 zł!) i jest wygodniejszy od regularnych wizyt u kosmetyczki). Po złuszczeniu skóry kremem-mikrodermabrazją, zawsze nakładam na skórę kolejny produkt, czyli olejkowe serum przeciwstarzeniowe...


Przeciwstarzeniowe serum olejkowe tej firmy zawiera niezwykle stabilną i wyjątkowo odporną na oksydację i wysokie temperatury czystą witaminę C Tetra w bardzo wysokim stężeniu, tj. 70 mg/ml, która jest rozpuszczalna tylko w olejach. Ponadto, serum zawiera szereg olejków: m.in.: olej abisyński, olej z ostropestu, z pestek słonecznika, rokitnika, makadamia, oraz ekstrakt z rozmarynu. Jego koszt to 65 zł.

Opakowanie kosmetyku jest moim zdaniem bardzo eleganckie - buteleczka o pojemności 15 ml wykonana z ciemnego szkła i wyposażona w pipetę - lecz, niestety, dosyć niepraktyczne; pipeta dozuje zbyt dużą ilość olejku, a że konsystencja jest bardzo rzadka i lejąca, zazwyczaj spora jego ilość przecieka mi przez palce i w efekcie rozlewa się po umywalce czy blacie. Olejkowe serum okazało się jednak zdecydowanie za ciężkie dla mojej mieszanej cery (w efekcie, skóra była nadmiernie przetłuszczona), w związku z czym produkt aplikuję na twarz sporadycznie, zazwyczaj tuż po zastosowaniu Nawilżającej Mikrodermabrazji, i najchętniej na noc. Czasami też aplikuję serum na szyję i dekolt (oczywiście po ich uprzednim złuszczeniu), dzięki czemu te okolice stają się wygładzone, bardziej napięte i po prostu dotlenione. 

Jak zapewnia producent na opakowaniu, serum nadaje się do wszystkich typów skóry i należy je stosować codziennie rano i wieczorem. Myślę, iż to serum sprawdzi się lepiej u posiadaczek cery suchej, natomiast nie polecam osobom, które borykają się z nadmiernym przetłuszczaniem skóry czy nadwrażliwością na niektóre składniki. Ponadto trzeba uważać, by produkt nie dostał się w okolicę oczu (zauważyłam, że czasami skóra w tych rejonach zaczyna mnie lekko szczypać), no i oczywiście podczas kuracji produktami z witaminą C należy unikać promieni słonecznych.


Rozświetlający Krem pod Oczy zaczęłam stosować najwcześniej, bo już pod koniec wakacji, i jest ze mną do dziś (choć obawiam się, że niebawem się skończy). Opakowanie jest dosyć typowe dla kremu pod oczy - mała zgrabna tubka z nakrętką, która mieści w sobie 15 ml średnio-gęstego kremu o żółtym zabarwieniu i orzeźwiającym zapachu cytrusów. Krem łatwo rozprowadza się na skórze, ale nie wchłania od razu, pozostawiając lekko połyskujący, a raczej rozświetlający film na skórze. Krem wzbogacono o takie składniki aktywne, jak m.in. owoce rokitnika i jagody camu-camu, które zawierają 30x więcej wit. C niż cytryny. Koszt kremu to ok. 45 zł.

Jeśli chodzi o działanie, to zacznijmy od tego, iż krem nie uczulił ani nie podrażnił moich wrażliwych oczu ani delikatnej skóry wokół, za co daję mu dużego plusa. Jest przyjemny w aplikacji i daje mi zadowalający efekt nawilżenia i ujędrnienia skóry pod oczami. Co więcej, moja skóra pod oczami jest wypoczęta i rozświetlona. Jeśli zaś chodzi o moje cienie pod oczami, to jak już wiele razy wspominałam, są one uwarunkowane genetycznie i żaden krem nie jest w stanie całkowicie ich usunąć - może jedynie zmniejszyć podkowy spowodowane np. niewyspaniem lub przemęczeniem. Mimo to, krem dodaje skórze blasku i po regularnym stosowaniu kremu okolice pod oczami są w naprawdę świetnej kondycji.


Generalnie, jestem bardzo zadowolona z kosmetyków Mincer Pharma, a zwłaszcza z kremu pod oczy, który z przyjemnością aplikuję codziennie rano (wieczorem nie zawsze o nim pamiętam). Jeśli zaś chodzi o mikrodermabrazję i serum olejkowe, to działając w tandemie, w zauważalny sposób zregenerowały moją skórę po lecie, dotleniły ją, wygładziły, dodały blasku oraz w umiarkowanym stopniu ujednoliciły koloryt skóry, zmniejszając moje przebarwienia (brązowe plamy na czole oraz na skroniach). Oba produkty stosuję 2-3 razy w tygodniu, ale już po miesiącu zauważyłam poprawę. Jak dotąd, z kuracji jestem bardzo zadowolona, mimo iż to jeszcze nie koniec i kosmetyki te zostaną ze mną jeszcze przez okres zimowy... Myślę, iż warto zainteresować się produktami z witaminą C szczególnie w sezonie jesienno-zimowych, kiedy to nasza skóra (podobnie zresztą jak my) potrzebuje takiego zastrzyku energii i pobudzenia.

*Więcej informacji o produktach znajdziecie na stronie producenta TUTAJ.


Miałyście styczność z marką Mincer Pharma? Jeśli tak, to koniecznie podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami w komentarzach! Ściskam Was mocno i pozdrawiam, xo

PILOMAX: Aloes WAX - maska regenerująca do włosów cienkich

PILOMAX: Aloes WAX - maska regenerująca do włosów cienkich

Po badaniu trychologicznym na konferencji Meet Beauty w kwietniu tego roku przywiozłam do domu maskę przeznaczoną do mojego rodzaju włosów (tj. cienkich i wymagających regeneracji) oraz skóry głowy (ze skłonnością do łojotoku). Mowa tu o aloesowej masce regenerującej do włosów cienkich Aloes WAX od laboratorium PILOMAX. Maski używałam raz na tydzień (a czasami dwa) po uprzednim umyciu włosów specjalnym szamponem oczyszczającym tej firmy i pozostawiałam na włosach przez 30 minut, a jeśli nie miałam zbyt dużo czasu, chociaż na kwadrans. Dzisiaj przyszedł czas na moją recenzję po półrocznym używaniu tego produktu.


Maska znajduje się w białym plastikowym słoiku o pojemności 240 ml. Jak widać na zdjęciach, opakowanie jest dosyć spore, przyjemne dla oka, a do tego zawiera wszelkie niezbędne dla konsumenta informacje, takie jak obiecane działanie, sposób stosowania czy skład. I to właśnie z opakowania dowiemy się, iż maska ma przede wszystkim nadawać włosom objętości i sprężystości bez obciążania, nawilżać włosy i skórę głowy przy jednoczesnym regulowaniu wydzielania sebum. 


Maska ma postać średnio gęstego kremu o zielonkawym zabarwieniu i, co dla mnie najgorsze, bardzo dziwnego, męskiego zapachu. Spodziewając się przyjemnej, lekkiej aloesowej woni, będziecie potwornie rozczarowani; zapach jest sztuczny i bardzo duszący, a co więcej, wyczuwam go nawet po zmyciu maski i wysuszeniu głowy (notabene, skład produktu bazuje na sporej ilości alkoholu, mamy tu zaledwie 2 ekstrakty roślinne: sok z liści aloesu oraz ekstrakt z lawsonii bezbronnej, zwanej także krzewem hennowym).


* Zdjęcia maski wykonane w maju, gdy maska była wówczas jeszcze nie używana.


Jeśli chodzi o działanie produktu, to powiem szczerze, przez ponad 4 czy 5 miesięcy szału nie było. Miałam wrażenie, że maska po prostu nie robi nic (oczywiście, nie wspominając o irytowaniu moich wrażliwych nozdrzy męskim i sztucznym zapachem :/). Nie zauważyłam ani regeneracji, ani zwiększenia objętości, no, może jedynie lekkie nawilżenie i blask. W ostatnim miesiącu stosowałam szampon oraz kurację słynną wcierką Jantar, po których stan moich włosów znacznie się poprawił. Są one teraz grubsze, bardziej zregenerowane i mają większą objętość. Jednak czy jest to zasługa tejże aloesowej maski Aloes WAX? Nie sądzę. Jeśli przez 5 miesięcy męczyłam się z nią, nie widząc efektów, to wnioski nasuwają się same - jest to po prostu kosmetyk raczej słaby i zbędny w mojej łazience. Do kosza! xo
PHYSICIANS FORMULA Organic Wear Jumbo Mascara

PHYSICIANS FORMULA Organic Wear Jumbo Mascara

Z naturalną i/lub wegańską kolorówką miałam jak dotąd niezbyt udane doświadczenia. Jeśli chodzi o kosmetyki amerykańskiej marki Physicians Formula, to jest to dopiero moje drugie podejście. Pierwszy był podkład,  którego formułą na pewno bym się polubiła, gdyby nie mega ciemne (powiedziałabym latynoamerykańskie) odcienie. Dzisiaj opowiem Wam o pogrubiającym tuszu do rzęs o nazwie Organic Wear Jumbo Mascara w kolorze Ultra Black, który już jakiś czas temu kupiłam w perfumerii douglas.pl. Niestety, pomimo ogromnych nadziei i oczekiwań, tusz ten kompletnie się nie sprawdził, przez co moim zdaniem zasługuje na miano bubla.


Aby jednak oddać diabłu sprawiedliwość, pozwólcie, że najpierw wyliczę wszystkie jego mocne strony:

+ design i opakowanie -> konia z rzędem temu, kto zaprojektował wszystkie opakowania kosmetyków PF! Moim zdaniem, są niezwykle eleganckie, bajeczne i z pewnością przykuwające uwagę


+ fajny, naturalny i delikatny skład; tusz jest hypoalergiczny (absolutnie nie uczula ani nie podrażnia nawet moich wrażliwych oczu!), testowany dermatologicznie i oftamologicznie, ale, jak informuje producent na opakowaniu, składa się w 100% ze składników pochodzenia organicznego i nie zawiera sztucznych barwników, glutenu (!), parabenów ani innych konserwantów


+ szczoteczka silikonowa ma fajny kształt i jest elastyczna; delikatnie wygina się podczas malowania, co jest bardzo wygodne i ułatwia dotarcie tuszu do wszystkich rzęs (uwielbiam takie duże, pogrubiające szczoty!)

+ bardzo łatwo się zmywa

+ ładnie rozdziela rzęsy, bez jakichkolwiek grudek czy efektu sklejenia.


Niestety, to by było na tyle zadowolenia z tej mascary - ma ona minusy, które sprawiają, że jej używanie to nie lada udręka:

- tusz jest suchy, ma się wrażenie, jakby go w tym 7,5 g opakowaniu wcale nie było

- w związku z powyższym, strasznie "tępo" się nim maluje 

- szybko się rozmazuje, tworząc nieestetyczny efekt pandy, mimo iż nie maluję dolnych rzęs (są za długie i w moim odczuciu wygląda to sztucznie i karykaturalnie)

- nie zauważyłam żadnego spektakularnego efektu pogrubionych, dużych i odważnych rzęs (z ang. "Big, Thick, Bold Lashes"); tusz jest delikatny i raczej tylko nadaje lekko czarny kolor aniżeli je wydłuża czy pogrubia :/


No niestety, pomimo moich usilnych starań, by dostrzec również wszystkie zalety kosmetyku, tusz okazał się dla mnie jednym wielkim rozczarowaniem. Pomijając piękne opakowanie, naturalny skład i rozdzielenie rzęs, tusz jest nieprzyjemny, wręcz toporny, podczas aplikacji, a do tego strasznie nietrwały (rozmazuje się już po 1-2 godzinach od nałożenia!). Mało tego, rzęsy wyglądają zbyt naturalnie i delikatnie, jakby były saute, zatem wydanie na tę mascarę 59 zł okazało się totalnym nieporozumieniem i, co gorsza, stratą kasy. Zdecydowanie odradzam Wam zakup tego tuszu i będę wdzięczna za polecenie jakiejś dobrej naturalnej mascary w niezbyt wygórowanej cenie. xo

PS. W kolejce do wypróbowania mam jeszcze eyeliner i bronzer tej firmy, i szczerze mówiąc, liczę na to, że chociaż one się u mnie sprawdzą... ;)
LIFERIA październik 2016 - moja recenzja po przetestowaniu produktów z I pudełka

LIFERIA październik 2016 - moja recenzja po przetestowaniu produktów z I pudełka

Witajcie w listopadzie! Jakiś czas temu pokazywałam Wam zawartość nowego beauty boxa na polskim rynku, jakim jest Liferia <<OPENBOX>>. Liferia to ukraiński box, który pomaga poznawać i dobierać kosmetyki bez wychodzenia z domu. Na tle innych "pudełek piękna" wyróżnia się tym, iż w każdej edycji będziemy miały okazję poznać produkty i marki z całego świata oraz w większości takie, których nie dostaniemy w byle drogerii za rogiem, co według mnie jest zdecydowanie na plus. Jeśli jesteście ciekawi, jak w moim odczuciu wypadły kosmetyki z pierwszej, październikowej edycji, zapraszam na recenzję zbiorczą po 3 tygodniach testowania...

Zacznijmy od kosmetyków, w które skradły moje serce już po pierwszym użyciu, przechodząc stopniowo do produktów, które niekoniecznie mnie zachwyciły:

KUESHI,  Silk Cleansing Scrub
Ten peeling hiszpańskiej marki Kueshi to prawdziwa perełka - jest dosyć mocnym zdzierakiem (zawiera zmielone skorupki orzecha włoskiego), który doskonale oczyszcza i usuwa martwe komórki naskórka, ale mimo to ma jedwabistą formułę, fajny, naturalny skład (zawiera m.in. masło kakaowe, olej z kiełków pszenicy i olejek migdałowy), a do tego jest delikatny, nawilża (ma w składzie również mocznik) i pachnie (naturalnie!) mieszanką pszenicy z migdałami. Dla mnie prawdziwa perełka! Oby więcej takich naturalnych, nie testowanych na zwierzętach kosmetyków o cudownym działaniu i składzie! :)



NAOBAY natural & organic, Oxygenating Cream Moisturizing 
Kolejny naturalny i hiszpański kosmetyk, który oczarował mnie nie tylko składem (posiada certyfikat ECOCERT; w składzie znajdziemy m.in. olej z róży Mosketa, ekstrakty roślinne, np. z liści aloesu czy rumianku, olej ze słodkich migdałów, olej shea, olej z awokado). Poza tym, krem ma śliczny cytrusowy zapach, lekką konsystencję oraz działanie nawilżające, ochronne i dotleniające. Moja skóra uwielbia ten krem również za to, iż wchłania się błyskawicznie i idealnie nadaje się jako podkład pod makijaż. Jedynym minusem tego kosmetyku może być brak SPF.


LIRENE, Żel do mycia twarzy Vita-oil
Jak na kosmetyk w tak niskiej cenie (10 zł), zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Przezroczysty płyn o żelowej konsystencji poprawnie zmywa brud i makijaż, jest delikatny, nie podrażnia ani nie przesusza mojej cery (a od 3 tygodni używam go codziennie do wieczornego demakijażu), aczkolwiek nie mam odwagi zaaplikować go na okolice oczu (do demakijażu oczu aktualnie używam płynu Tołpy). Nadaje się również do prania pędzli, aczkolwiek najsłabiej zmywa pędzel do aplikacji podkładu i gąbki typu beauty blender. Największym minusem jest opakowanie produktu - tubka nie posiada zamykania typu klik, lecz ma odkręcaną końcówkę, co jest dosyć uciążliwe (i przez co mnóstwo żelu wylewa się przy otwieraniu) - ja trzymam odkręconą tubę do góry nogami w szklanym pojemniku przy umywalce, ale jak się możecie domyślić, nie wygląda to najlepiej.


DERMAGIQ, Hand cream
Holenderski krem do rąk z miodem, olejem migdałowym i masłem shea (ma również przyjemny skład, bez szkodliwych dla zdrowia substancji). Ma dużą pojemność (100 ml), która starczy na długo. Nawilża poprawnie, nie zostawia tłustego ani lepkiego filmu na skórze, aczkolwiek za cenę 44 zł zdecydowanie nie zachwyca (nie wspominając o nieco tandetnej etykiecie, która nieestetycznie się odkleja i wybrzusza). Jeśli mam być szczera, to znam kilka lepszych naturalnych kremów do rąk do 30 zł. Jest OK, ale bez szału.


GLOSSIP, Lipgloss
Ten włoski błyszczyk ma całkiem przyjemną formułę (na plus jest to, iż się nie lepi!) i skład. Pozostawia usta miękkie i nie wysusza ich. Wszystko by było git, gdyby nie ten trochę babciny, tandetny różowo-perłowy kolor. Zdecydowanie wolę tonacje beżu i koralu, chociaż mojemu mężowi się podoba ;)


VIPERA, Magnetic Play Zone Eyeshadow
OK, może i jestem uprzedzona do taniej kolorówki (zwłaszcza do kosmetyków do makijażu oczu, które mam bardzo wrażliwe), ale ten produkt tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nie warto malować się byle czym. Sam cień ma jedwabiście kremową konsystencję i nakłada się łatwo, lekko i przyjemnie. Kolor również fajny - trafił mi się jasnokremowy z błyszczącymi drobinkami - ładnie rozświetla i odmładza spojrzenie. Niestety, po aplikacji, strasznie się osypuje i migruje po całej twarzy, a do tego szczypią mnie po nim oczy. Dla mnie bubel - obym nigdy więcej nie miała do czynienia z podobnymi "malowidłami"... ;) 


Pierwsze pudełko oceniam na plus, głównie ze względu na odkrycie 2 perełek: Kueshi i Naobay. Jak widzicie, w tej edycji zwycięża pielęgnacja oraz uwielbiany przez moją skórę olejek ze słodkich migdałów. Bardzo jestem ciekawa, co Liferia przygotuje w kolejnym miesiącu. W przyszłości chciałabym jednak mniej polskich kosmetyków w boxach (a już na pewno mniej taniej i tandetnej kolorówki, jak ten cień Vipera), natomiast więcej brandów takich jak Naobay czy Kueshi, które produkują kosmetyki naturalne o cudownym działaniu na skórę. Oczywiście, chętnie poznałabym także jakieś kosmetyki ukraińskie czy rosyjskie... dajcie znać, czy też miałyście okazję używać któregoś z tych produktów i który najbardziej przypadł Wam do gustu... xo


PS. Dziękuję serwisowi Liferia za możliwość przetestowania produktów.

liferia.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger