czwartek, 27 października 2016

Fluid matujący BIELENDA, czyli o tym, że tani podkład też może być dobry

Fluid matujący BIELENDA, czyli o tym, że tani podkład też może być dobry
Bielenda Make-Up Academie fluid matujący MATT w odcieniu nr 1 (naturalnym) przywiozłam w kwietniu 2016 jako upominek z konferencji Meet Beauty od marki Bielenda i przyznam szczerze, byłam go potwornie ciekawa. Dzisiaj, po pół roku testowania w różnych warunkach pogodowych, chcę się z Wami podzielić moimi wrażeniami. 


Jeśli chodzi o opakowanie, to widzicie na zdjęciu, iż jest to całkiem ładna i zgrabna tubka o pojemności 30 g, utrzymana w przyjaznych kolorach beżu z domieszką złota (złota jest nakrętka i logo producenta). Na opakowaniu widnieje cała masa informacji dotyczących kosmetyku w języku polskim, skład oraz  krótka instrukcja dotycząca aplikacji w języku angielskim. Tubka jest poręczna, jednak trochę napompowana powietrzem, przez co pod koniec trochę ciężko wycisnąć odpowiednią ilość fluidu. Nakrętka jest średnio praktycznym rozwiązaniem, wolałabym jednak w tym miejscu pompkę, ale podejrzewam, iż za tę cenę (tj.  ok. 12 zł), nie można mieć wszystkiego... ;)


Fluid matujący Bielenda występuje w 3 odcieniach: 1,2 i 3. Odcień podkładu, który do mnie trafił to 'naturalny' (nr 1), czyli najjaśniejszy z gamy. Na szczęście, nie wpada w różowe tony (czego nie cierpię, gdyż takie 'różowe' podkłady podkreślają moje zaczerwienienia i sińce pod oczami) ani nie ciemnieje; ma on beżowe, lekko wpadające w żółtawe, tony (czyli takie jak lubię, ale też bez przegięcia w pomarańczową stronę mocy). Odcień jasny jest dla mnie jednak nieco za ciemny, i to nawet po lecie (gdy szyję mam lekko opaloną) troszkę odcina się od szyi. 


Konsystencja, jak informuje producent na opakowaniu, ma być "ultra lekka", "nietłusta" i "jedwabista" - moim zdaniem ultra lekki fluid to to nie jest, owszem, konsystencja jest w pewnym sensie jedwabista, ale trochę gęstawa, w związku z czym fluid trzeba dobrze rozprowadzić i rozetrzeć na buzi, aby nie wchodził w pory i nie było go za dużo. Ja najczęściej stosuję do aplikacji palce i dla mnie ta metoda jest najlepsza, bowiem pod wpływem ciepła naszych dłoni pudrowe składniki produktu lepiej "wtapiają" się w naszą skórę. Fluid po nałożeniu lekko zastyga, niemniej, nie jest zbyt ciężki, a po nałożeniu (jeśli oczywiście jest dobrze rozsmarowany i nie zaaplikujemy go zbyt wiele!) nie czuć go na twarzy. Mimo zawartości składników pudrowych, nie przesusza mi skóry na policzkach (a często miewam z tym problemy przy mojej mieszanej skórze), jednak ma tendencję do podkreślania suchych skórek na nosie. I to w moim odczuciu jest chyba największy zarzut, jaki mogę postawić temu produktowi.



Efekt matowienia i trwałość są naprawdę imponujące i moim zdaniem podkład sprawdzi się doskonale na tłustej skórze. Dla mnie świetne w tym produkcie jest to, iż po nałożeniu podkładu nie trzeba używać pudru - oczywiście, wiem, że puder gruntuje makijaż itd. itp., ale ja po prostu pudru na mojej facjacie nie lubię i nic na to nie poradzę, zawsze mam wtedy wrażenie ściągnięcia skóry i odczuwam pewien dyskomfort. Tak czy inaczej, podkład sprawdził się całkiem nieźle, poprawia i ujednolica wygląd cery, a przy tym wygląda całkiem naturalnie i jednocześnie matuje skórę na długi czas - oczywiście, po upływie 8 h fluid trochę się starł i dosyć wyraźnie widoczne są już wszelkie niedoskonałości, zasinienia czy przebarwienia, ale przez kilka godzin (do ok. 6) produkt wygląda naprawdę dobrze. Na zdjęciu poniżej widzicie podkład tuż po aplikacji - specjalnie w tym dniu nie aplikowałam korektora, bronzera, różu czy rozświetlacza, byście mogli zobaczyć tylko i wyłącznie ten podkład na mojej skórze z przebarwieniami:



Jeśli natomiast chodzi o krycie, trzeba przyznać, iż jest raczej średnie - przykrywa drobne zmiany i plamy po wypryskach, ale już mocniejsze i bardziej rozległe przebarwienia będą wymagały dodatkowego użycia korektora czy po prostu mocniej kryjącego fluidu. Tak czy inaczej, dla mnie krycie jest całkiem zadowalające; mam w szufladzie toaletki jeszcze próbkę podkładu kryjącego tej marki (wersja Cover) i na dniach będę musiała sobie zaaplikować i porównać te dwa produkty, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestię tuszowania przebarwień. Jeśli chodzi o wydajność, to ciężko mi ją określić; muszę przyznać, że ta 30 g tubka starczyła mi na prawie pół roku, aczkolwiek nie używałam go codziennie, raczej sporadycznie. Uważam, iż ten podkład najlepiej sprawdzał się latem (zwłaszcza w upały, gdy musiałam się malować do pracy). Jeśli macie tłustą lub mieszaną skórę i szukacie taniego i jednocześnie przyzwoitego podkładu, to serdecznie Wam ten fluid polecam. xo

PS. Dziękuję marce Bielenda za ten souvenir z Konferencji Meet Beauty :)


niedziela, 23 października 2016

Moja włosowa przemiana z JANTAR + Konkurs dla Was!

Moja włosowa przemiana z JANTAR + Konkurs dla Was!
Dzisiaj opowiem Wam pewną historię. Będzie to pierwszy wpis na moim blogu poświęcony mojej włosowej przemianie, czyli wyznania świeżo upieczonej włosomaniaczki. Wiem, że uwielbiacie czytać tego typu wpisy na innych blogach, zatem serdecznie zapraszam Was do dalszej części, tym bardziej, że na końcu czeka na Was konkurs i możliwość zgarnięcia fantastycznych nagród!...


Jeśli czytacie mnie od dłuższego czasu, to pewnie wiecie, że jeszcze dwa lata temu pod wpływem głupiego impulsu (lub też za namową mojego męża :/) ścięłam włosy na krótko. Na początku zmiana bardzo mi się podobała, ale z czasem fryzura przestała się fajnie układać, a ja czułam, że w tamtej fryzurze brakowało mi kobiecości. Postanowiłam więc włosy zapuścić. Obraziłam się na fryzjerów i przestałam podcinać włosy, bo wiecie, jak to jest - idziesz odświeżyć włosy i podciąć jedynie 2 milimetry, a kończysz biedniejszy o stówę w portfelu i z włosami krótszymi o 2 do 5 cm, mimo iż tak cholernie ciężko było Ci je wyhodować. :/ Na szczęście dzisiaj, po dwóch latach zapuszczania, moje włosy sięgają do ramion i nawet jestem w stanie upiąć je w kucyk bądź małego koczka (do wymarzonego na czubku głowy jednak jeszcze daleko...). Pod koniec wakacji postanowiłam zmienić także kolor moich włosów - z nudnego ciemnego brązu na blond. I jak się pewnie domyślacie, taka radykalna zmiana (dekoloryzacja, a potem żmudna droga do zniwelowania żółtych tonów) w znaczny sposób wpłynęła na zdrowie i wygląd moich pukli. Mimo, iż mój skalp i włosy u nasady przetłuszczają się, po długości i na końcach były po prostu w opłakanym stanie - suche, zniszczone, matowe, puszące się i ze skłonnością do plątania (nawet przy pomocy Tangle Teezer'a strasznie ciężko je rozczesać). Wtedy dotarło do mnie, że to są prawdziwie TRUDNE WŁOSY, a ich rozjaśnienie wymaga radykalnej zmiany pielęgnacji... Nie zastanawiając się zbyt długo, przeszłam od słów do czynów.



Jakiś miesiąc temu zaczęłam od szamponu Jantar, który trafił do mnie na ostatnim spotkaniu blogerskim jako upominek od marki Farmona (wcześniej miałam bardzo pozytywne doświadczenia z ziołowymi szamponami tej firmy, więc byłam pełna nadziei) i już po pierwszym użyciu zakochałam się w zapachu, konsystencji i, co najważniejsze, działaniu. Jednak sam szampon jeszcze wiosny nie czyni, więc odżywki i maski do spłukiwania stały się po prostu niezbędnymi elementami mojej kompleksowej pielęgnacji włosów. Kiedy dostałam informację o Wielkim Testowaniu Kultowej Odżywki Jantar (czyli słynnej wcierki, na której cześć peany czytałam wielokrotnie na różnych forach, blogach i portalach urodowych), zgłosiłam się bez wahania. I udało się! Farmona przesłała mi odżywkę do testów, zatem ja mogę się z Wami  dzisiaj podzielić swoimi wrażeniami na jej temat.



Opakowanie odżywki to ciemnobrązowa plastikowa butelka o pojemności 100 ml. Buteleczka jest smukła i doskonale wyprofilowana, dzięki czemu idealnie mieści się w dłoni i nie wyślizguje nawet wtedy, gdy mamy mokre ręce. Na górze wyposażona jest w specjalną nakładkę-dyfuzor z pompką, która niesamowicie ułatwia nabieranie produktu i aplikację (można nią bezpośrednio spryskać włosy u nasady, ja jednak najpierw nabieram niewielką ilość na dłonie i wcieram w skórę głowy). Odżywka, która trafiła w moje ręce znajduje się w nowym, ulepszonym opakowaniu oraz w odświeżonej szacie graficznej; ja co prawda nie mam porównania ze starszą wersją, ale mogę się domyślić, iż owa zmiana wpłynęła pozytywnie zarówno na wygodę użytkowania, jak i estetykę produktu.

Konsystencja odżywki-wcierki to rzadki, lejący płyn o przezroczystym zabarwieniu i charakterystycznym, jakby ziołowo-bursztynowym zapachu (pachnie prawie tak samo, jak szampon). Mimo, iż jest to kompozycja różnych ekstraktów ziołowych (m.in. bluszcz, pokrzywa, arnika, nagietek, rozmaryn, czy szałwia) i kwiatowych, zapach odżywki jest niezwykle świeży, lekki i pobudzający. Taki, jak lubię.



Skład produktu jest naprawdę bogaty; jak informuje Producent na swojej stronie, w odżywce znajdziemy następujące składniki:


Składniki aktywne:

Trichogen®, Polyplant Hair®, aktywny biologicznie wyciąg z bursztynu oraz witaminy A,  E,  F i d’pantenol.

Składniki INCI:

Aqua (Water), Propylene Glycol, Glucose, Amber Extract, Hedera Helix (Ivy) Extract, Lamium Album (White Nettle) Extract, Arnica Montana (Mountain Arnica) Flower Extract, Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower Extract,  Arctium Majus (Burdock) Root Extract, Officinalis (Marigold) Flower Extract, Pinus Sylvestris (Pine) Bud Extract, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract, Nasturtium Officinale (Watercress) Extract, Calendula  Tropaeolum Majus (Nasturtium) Flower Extract, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Extract, Arginine, Biotin, Zinc Gluconate, Acetyl Tyrosine, Niacinamide, Panax Ginseng Root Extract, Hydrolyzed Soy Protein, Calcium Pantothenate, Ornithine HCI, Polyquaternium-11, Citrulline, PEG-12 Dimethicone, Glucosamine HCI, Panthenol, Glyceryl Laurate, Tocopherol, Linoleic Acid, Retinyl Palmitate, Polysorbate 20, PEG-20, Zinc PCA, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, Parfum (Fragrance), Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.
*Źródło oraz więcej szczegółów dotyczących odżywki TUTAJ.



Stosowanie 
Ja na początku używałam wcierki na umyte włosy (a myję je codziennie), jednak okazało się, iż wcierka Jantar plus odżywka do spłukiwania, bez której nie mogłabym rozczesać moich trudnych kosmyków, to trochę za dużo, zatem postanowiłam, że odżywkę bursztynową będę wcierać w skalp na noc. I takie rozwiązanie okazało się strzałem w dziesiątkę, ponieważ to właśnie w nocy nasza skóra (nie tylko twarzy, ale i włosów!) regeneruje się i lepiej przyjmuje wszelkie odżywcze produkty do pielęgnacji. Rano oczywiście i tak muszę włosy umyć, niemniej zauważyłam znaczną poprawę ich kondycji. 

Działanie produktu
Po pierwsze, po zaledwie kilku użyciach, włosy stały się grubsze i mocniejsze. Z drugiej strony, są one także bardziej miękkie i elastyczne, przez co dotykanie ich sprawia mi teraz ogromną przyjemność (nie, nie jestem zboczona!) :) Co więcej, mimo, iż nie mam większych problemów z wypadaniem, zauważyłam, że aktualnie mniejsza ilość włosów zostaje na szczotce po ich porannym rozczesaniu, a i sam proces czesania przebiega znacznie szybciej i sprawniej (a jak już wspominałam, wcześniej było dla mnie nie lada wyzwaniem). No po prostu jak ręką odjął. Dodatkowym bonusem dla moich włosów jest również ich wygładzenie - teraz nie puszą się tak, jak przed kuracją, wyglądają na zdrowsze, a do tego są bardziej odżywione i nawilżone.

Jestem niesamowicie zaskoczona, a wręcz oszołomiona takimi rezultatami po zaledwie dwóch tygodniach codziennego używania odżywki Jantar, a teraz zamierzam się nią nawet podzielić z mężem, który ma ogromny problem z przesuszeniem, zniszczeniem i wypadaniem włosów. Krótko mówiąc, nic dziwnego, że ta odżywka zyskała status kultowej - jej działanie jest po prostu fenomenalne! Jeśli jeszcze nie miałyście tego bursztynowego cudeńka Farmony, gorąco zachęcam Was do wypróbowania... tym bardziej, iż nasze włosy jesienią wymagają szczególnego odżywienia po lecie i taka kuracja wzmacniająca jest teraz bardzo wskazana. W moim przypadku, jest to połączone działanie zarówno szamponu, jak i opisywanej przeze mnie odżywki. Dla mnie bomba!  :)


P.S. A jeśli chodzi o TRUDNE WŁOSY, to powiem Wam jeszcze tylko, że na szczęście żadne nie są zbyt trudne dla odżywki Jantar. Zresztą, zobaczcie sami efekt po zaledwie połowie kuracji :) 



KONKURS

Zachęcam was również do dodawania komentarzy pod tym postem oraz do wzięcia udziału w KONKURSIE :) 

Jeśli skomentujecie niniejszy post (komentarz zaczynamy słowami "Moja przemiana z Jantar...") oraz oddacie głos na moją recenzję w aplikacji konkursowej TUTAJ (start głosowania 28.10), zarówno ja, jak i Wy, moi drodzy Czytelnicy, mamy szansę na zdobycie fantastycznych nagród: 

1. miejsce - 3-dniowy pobyt w Hotelu Farmona Business&SPA, wraz z pakietem zabiegów i kolacją dla dwojga, a dodatkowo także wywiad w magazynie InStyle

2. miejsce Voucher do answear.com o wartości 600zł + kosmetyki Jantar

3. miejsce - Voucher do answear.com o wartości 400zł + kosmetyki Jantar

oraz 10 nagród pocieszenia - zestawy kosmetyków Jantar.

Jak widzicie, jest o co walczyć, zatem komentujcie śmiało pod tym postem i obserwujcie bloga, jak również mój FB (KLIK); niebawem prześlę Wam linki do aplikacji i do mojej recenzji w niej... a zatem do usłyszenia i do sklikania, moje miśki kolorowe! xo


czwartek, 20 października 2016

EVELINE Cosmetics: Face Therapy CC Cream

EVELINE Cosmetics: Face Therapy CC Cream
Nie wiem czy wiecie, ale mam lekkiego fioła na punkcie testowania kremów cc (kremy bb niestety zazwyczaj za słabo kryją zaczerwienienia czy przebarwienia, do których miewam skłonności). Jak dotąd, jedne z ciekawszych, jakie poznałam, pochodzą od polskiej marki Eveline Cosmetics. Dzisiaj zapraszam Was na recenzję jednego z lepszych tego typu produktów, jakie dotąd miałam, a mowa tu o CC Face Therapy. Produkt ten ma sporo zalet, ale niestety nie jest też bez wad. Jeśli jesteście ciekawi, jak się u mnie spisał, zapraszam dalej...



Obietnice producenta
Jak informuje nas producent na opakowaniu, jest to "kompleksowy krem łagodząco-nawilżający 8w1", przeznaczony "do cery wrażliwej, naczynkowej, ze skłonnością do rumienia i zaczerwienień. COLOUR CORRECTOR 8W1:
  • łagodzi wypieki
  • zmniejsza zaczerwienienia
  • wzmacnia naczynia krwionośne
  • wyrównuje koloryt cery
  • koryguje niedoskonałości
  • koi i łagodzi podrażnienia
  • intensywnie nawilża i wygładza
  • redukuje oznaki zmęczenia
Kompleksowy krem CC stosowany systematycznie wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych, zwiększa ich elastyczność i zapobiega trwałemu rozszerzaniu się naczynek oraz występowaniu rumienia. Lekka konsystencja kremu idealnie wtapia się w cerę, nie zatyka porów, pozwala skórze swobodnie oddychać. Krem łatwo i równomiernie rozprowadza się na skórze. Unikalna formuła nawilża, ujednolica i subtelnie rozświetla cerę. Po zastosowaniu kremu oznaki zmęczenia są zredukowane, a skóra odzyskuje naturalny blask i energię."


Ponadto, krem posiada innowacyjną formułę, bogatą w składniki aktywne, takie jak: SILIDINE, bioHYALURON COMPLEX, pigmenty mineralne, wyciąg z arniki, wyciąg z kasztanowca, kompleks witamin A, E, F oraz SPF15.

Skład:


Plusy 
  • bardzo przystępna cena (ok. 15-19 zł, choć ja kupiłam w Super-Pharm za 10 zł ;)
  • wygodne, poręczne opakowanie
  • lekko apteczny, aczkolwiek miły zapach
  • dość dobrze kryje zaczerwienienia i przebarwienia; cera wygląda ładnie, koloryt jest wyrównany, a efekt bardzo naturalny
  • pozostawia cerę matową przez niemal cały dzień (dobry dla cery tłustej)
  • może stanowić świetną bazę pod dalszy makijaż; czasem w ciągu dnia nakładam na niego podkład i jest ok.

Minusy
  • skład produktu pozostawia wiele do życzenia
  • trochę ciężko rozprowadza się na twarzy
  • może wysuszać skórę w niektórych miejscach (zwłaszcza na policzkach 
  • -> mam skórę mieszaną)
  • po nieco dłuższym stosowaniu zauważyłam, iż blokuje ujścia gruczołów łojowych i w związku z tym może powodować wysyp różnego rodzaju nieprzyjaciół na twarzy (w tym również kaszaków, serio! Jeśli nie wiecie, czym są kaszaki, odsyłam Was do bardzo ciekawego wpisu na ich temat TUTAJ). 
Moja ocena
Jestem dosyć zadowolona z tego, jak moja twarz po nim wygląda. Używałam produktu zarówno latem, jak i jesienią, i muszę przyznać, że doskonale się sprawdzał (dobrze krył i matowił skórę). Krem jest tani, ładnie pachnie, ma lekko zielony kolor i zawiera drobinki, które znikają po rozprowadzeniu na skórze. Zdecydowanie na plus jest fakt, że poprawia koloryt cery. Jednak ze względu na skład, nie jestem pewna, czy kupię go ponownie; wolałabym raczej wypróbować coś bardziej przyjaznego dla skóry, bez tej całej chemii i parabenów. Poza tym, gdy stosowałam go zimą, wysuszał mi skórę na policzkach, więc wówczas byłam zmuszona go odstawić. Niemniej polecam, bo jest to z pewnością produkt godny uwagi. xo


poniedziałek, 17 października 2016

Miałam ci ja VIANEK!

Miałam ci ja VIANEK!
Miałam Ci ja Vianek, oj miałam... właśnie dzisiaj zdenkowałam ;) Jeśli jesteście ciekawi moich wrażeń i pierwszego starcia z Viankiem, zapraszam do dalszej lektury...


Vianek Ujędrniający Balsam do ciała do każdego rodzaju skóry znalazłam w pudełku Joybox (->Openbox) wiosną 2016 roku, kiedy to wszyscy zachwycali się nowym "dzieckiem" dobrze wszystkim znanej i cenionej marki Sylveco. Byłam od początku tak ciekawa, że od razu przystąpiłam do testów. I już po pierwszym posmarowaniu się balsamem przepadłam. To był ten jego niesamowity, trudny do określenia zapach, jakby nuty pól i ogrodów z dzieciństwa. Zakochałam się i smarowałam dalej z nadzieją, że zakocham się również w innych właściwościach tego kosmetyku. Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Po nieco dłuższym stosowaniu, konsystencja balsamu zaczęła mi strasznie przeszkadzać - produkt ma niezbyt gęstą konsystencję, ale bardzo ciężko i topornie rozsmarowuje się na skórze. Biała powłoka wchłania się w skórę dopiero wtedy, gdy już solidnie namęczymy się przy rozcieraniu tego specyfiku :/ Na pocieszenie tylko powiem, że balsam nie zostawia tłustego filmu (zresztą tłusty ten balsam nie jest, raczej "tępy", co nie uprzyjemnia aplikacji). 


Na dłuższą metę zawiodłam się również na działaniu tego Vianka. Smarowałam nim z uporem maniaka dekolt, pośladki, biodra i uda, czasem nawet także ramiona. Namęczyłam się przy tym smarowaniu niemiłosiernie, po jakimś czasie zapach zaczął mnie już drażnić i męczyć, a działania ujędrniającego nie zauważyłam. OK, producent na opakowaniu informuje, iż produkt ma zniwelować cellulit w I stadium, ja co prawda mam bardziej zaawansowaną skórkę pomarańczową, ale mimo to oczekiwałam chociaż jakiegoś napięcia, uelastycznienia czy ujędrnienia skóry; niczego takiego nie zauważyłam, a przynajmniej nie w zadowalającym stopniu. Moim zdaniem, kosmetyk o tak wspaniałym, naturalnym składzie i w cenie prawie 30 zł, powinien mieć jednak o wiele lepsze działanie i przyjemniejszą konsystencję. 

Skład:

Plusy:
  • solidne i poręczne opakowanie z pompką (na plus również minimalistyczny design z elementami folkloru)
  • duża wydajność (te 300 ml starczy na dość długo - w moim przypadku kilka miesięcy)
  • zawiera składniki pochodzenia naturalnego i zioła z ekologicznych upraw (m.in. ekstrakt z bluszczyku, malwy i koniczyny)
  • nie uczula (zawiera kompozycje zapachowe bez alergenów)
  • ma bardzo ciekawy, słodki zapach polnych kwiatów.

Minusy:
  • po jakimś czasie zapach zaczyna męczyć
  • bardzo, ale to bardzo ciężko się rozsmarowuje i wchłania, przez co aplikacja do przyjemnych nie należy
  • działanie znikome (może za sprawą gliceryny i mocznika odczujemy delikatne zmiękczenie i nawilżenie, ale nic poza tym)
  • brak obiecanego działania ujędrniającego.

Dzisiaj kosmetyk dobił dna i szczerze powiedziawszy, odetchnęłam z ulgą, bo już nigdy więcej nie muszę się z nim męczyć. 

Miałam Ci ja Vianek, oj miałam, ale się pozbyłam. I dobrze mi z tym :) xo

środa, 12 października 2016

YANKEE CANDLE Honey & Spice

YANKEE CANDLE Honey & Spice
Samplery Yankee Candle, z jakimi dotąd miałam styczność, wypadały raczej słabo, zarówno pod względem intensywności, jak i trwałości zapachu. Na szczęście, ostatnia tego typu świeczka, którą zaczęłam palić tej jesieni, okazała się całkiem zacna, zaś jej zapach to Honey&Spice, czyli połączenie słodkich nut miodu z aromatycznymi przyprawami.


Jeśli miałabym użyć tylko przymiotników, by opisać zapach Honey&Spice, to byłyby to następujące określenia:

Słodki
Ciepły
Otulający
Intensywny
Rozgrzewający
Pobudzający
Korzenny
Ostry

Zapach samplera bardzo, ale to bardzo mi się podoba. Uważam, iż właśnie takie nuty zapachowe są idealne na sezon jesienno-zimowy - z jednej strony czujemy tu słodkie nuty miodu (który kojarzy nam się z rozgrzewającymi herbatkami i walką z przeziębieniem), doprawione aromatami wanilii i gorzkiej czekolady, albo kakao. Z drugiej strony, mamy tu też nieco ostrzejsze, korzenne nuty przypraw, takich jak goździki, cynamon i paczula, dzięki czemu całość nie jest przesłodzona, mdła ani zbyt "płaska" (jeśli wiecie, co mam na myśli ;). 




Co do trwałości i intensywności, o dziwo, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona - zapach był niesamowicie intensywny i mocno wyczuwalny już przez folię ochronną, którą był początkowo owinięty. Po odpaleniu w kieliszku, świeczkę również dało się dość mocno wyczuć w całym pomieszczeniu, ale na szczęście nie było to doznanie przytłaczające, duszące czy powodujące ból głowy. 



Czas palenia świeczki to ok. 15 godzin, natomiast cena całkiem przyjazna dla naszych kieszeni (11 zł) . Sampler Yankee Candle Honey&Spice to prostu niesamowicie przyjemna chwila błogiego relaksu oraz przepiękny, aromatyczny słodko-gorzki zapach jesieni - idealny na popołudnie z książką i kubkiem rozgrzewającej herbaty z cytryną... xo

poniedziałek, 10 października 2016

LIFERIA - nowy box kosmetyczny na polskim rynku

LIFERIA - nowy box kosmetyczny na polskim rynku
Dzisiaj kurier dostarczył mi pod drzwi nowe pudełko subskrypcyjne Liferia, które pochodzi z Ukrainy i tam jest największym serwisem prenumeratorowym, a teraz wchodzi także na polski rynek. Dzięki uprzejmości marki Liferia, mam przyjemność zaprezentować Wam zawartość pierwszej edycji boxa, która dla mnie jest jak najbardziej na plus. Jeśli jesteście ciekawi najnowszego "pudełka piękności" w Polsce, zapraszam do dalszej części...



Krem do rąk Dermagiq, Holandia - 100 ml/44 zł

Dermagiq hand - to intensywny krem do rąk z miodem do codziennej pielęgnacji. Przeciwutleniacze zawarte w miodzie koją i regenerują skórę. Dzięki zawartości miodu nie pozostawia uczucia lepkości na rękach. Dodatki oleju migdałowego i masła shea chronią ręce przed odwodnieniem i łuszczeniem się.

Kremów do rąk, zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym, nigdy za wiele, także ten z wielką chęcią wypróbuję i dam wam znać, jak się sprawdzi... 


Żel do mycia twarzy VitaOil Lirene, Polska - 75 ml/10 zł

Żel z podwójnym aktywnym kompleksem - witamina B5 i  masło mango - skutecznie oczyszcza twarz i skórę wokół oczu z zanieczyszczeń i makijażu, w tym wodoodpornego. Odświeża, nawilża, pozostawia skórę delikatną i jedwabiście gładką. Nadaje się do każdego rodzaju skóry i wieku.

Z Lirene miałam żel micelarny, ale z ciekawości przetestuję i ten żel do demakijażu...


Jedwabiste mleczko oczyszczające-peeling do twarzy Kueshi, Hiszpania - 200 ml/58 zł (miniaturka 50 ml)

Mleczko-peeling do twarzy Silk Cleansing Scrub zawiera mielone skorupki orzecha włoskiego, które pozwalają delikatnie i skutecznie oczyszczać skórę z martwych komórek warstwy wierzchniej, przyczyniają się do oczyszczania i zwężania porów, usuwają resztki zanieczyszczeń, zapobiegają powstawaniu stanów zapalnych, a dzięki naturalnym ekstraktom łagodzą podrażnienia i mają regenerujące i nawilżające działanie.

Tego produktu jestem ogromnie ciekawa; widziałam już produkty tej marki w jakimś pudełku, chyba beGLOSSY, i bardzo się cieszę, że będę miała okazję przetestować ten peeling, bo złuszczanie to dla mnie podstawa :)


Błyszczyk do ust Glossip, Włochy - 42 zł

Trwały blask sprawia, że usta stają się miękkie i atrakcyjne. Aktywne składniki wypełniają wszystkie fałdki, nadając ustom objętość.

Błyszczyków używam raczej sporadycznie, niemniej ten produkt z ciekawości przetestuję, choć przyznam szczerze, że koloru troszkę się obawiam - takie róże to chyba jednak nie będzie moja bajka...


Oxygenating Moisturizing Cream Naobay, Hiszpania - 50 ml/137 zł (miniatura 30 ml)

Unikalny skład z dużą zawartością organicznych składników odżywczych i efektem intensywnego nawilżania, który głęboko odżywia skórę, poprawiając jej elastyczność i zapewniając intensywne nawilżenie przez cały dzień. Krem zawiera niezastąpione kwasy tłuszczowe, które znajdują się w olejach awokado i oliwy z oliwek, zapobiegając starzeniu się skóry.

Widziałam kiedyś peeling i krem tej firmy w beGlossy i bardzo wówczas żałowałam, że nie miałam okazji ich przetestować, na szczęście teraz moje życzenie zostało spełnione i będę miała okazję wypróbować krem nawilżający - super! :)


Cienie do powiek Magnetic Play Zone Vipera, Polska - 1 puzzle/7,40 zł

Cienie mają bardzo miękką, jedwabiście gładką teksturę oraz lekką i delikatną konsystencję. Posiadają wystarczającą odporność, ale przy tym łatwo zmywa się je wodą, nie pozostawiając śladów na skórze. Dzięki Magnetic Play Zone efektywnie podkreślisz oczy, zrobisz je jeszcze piękniejszymi i wyrazistymi.

Jest to polska marka, a ja jej nie znam (pewnie dlatego, że tania, a ja raczej się boję tanich produktów do makijażu, zwłaszcza oczu). Niemniej, zobaczymy, czy tania polska kolorówka sprawdzi się na moich wrażliwych powiekach...


***
Jak widzicie, w pudełku mamy aż 6 produktów (2 miniatury i 4 kosmetyki pełnowymiarowe), które pochodzą z różnych europejskich krajów; ja najbardziej jestem ciekawa marek Kueshi i Naobay i już się nie mogę doczekać ich przetestowania na własnej skórze. Design pudełka jest bardzo prosty i przyjemny, przypominający pudełka beGLOSSY, natomiast rozmiar boxa jest nieco mniejszy od znanych nam pudełek subskrypcyjnych w naszym kraju, aczkolwiek wydaje mi się, iż wielkością będzie zbliżony do Shinybox'a. Moim zdaniem, Liferia zapowiada się naprawdę obiecująco, natomiast po przetestowaniu produktów planuję zamieścić na blogu recenzję zbiorczą (myślę, że jeszcze w tym miesiącu)... 



liferia.pl
Pudełka są nadal dostępne na stronie liferia.pl w cenie 49 zł przy zamówieniu subskrypcji, lub za 59 zł za pojedyncze pudełko. Ja jestem na tak, a Wy co sądzicie o tym boxie? xo

sobota, 8 października 2016

Jesienne przyjemności, czyli inspiracje, nowości i zmiana pielęgnacji

Jesienne przyjemności, czyli inspiracje, nowości i zmiana pielęgnacji
Po słonecznym Zakynthos przyszedł czas na przywitanie zimnej, deszczowej i ponurej jesieni. Jedni jesień lubią i potrafią cieszyć się jej urokami, inni zaś dostają chandry i najlepiej schowali by się pod ciepłym kocem. Ja jestem gdzieś pośrodku, z jednej strony kocham ciepło i słońce, ale z drugiej strony czasem też lubię poleżeć dłużej w łóżku lub pod kocykiem, poczytać, zapalić sobie świecę o typowo jesiennym zapachu i cieszyć się kubkiem rozgrzewającej herbaty lub kawy (najlepiej w towarzystwie czekolady albo innych słodkości)...


DYNIA W ROLI GŁÓWNEJ
Ostatnio moim ukochanym warzywem jest dynia - to piękne, pomarańczowe i typowo jesienne warzywo ciągle się do mnie uśmiecha na działach warzywnych w supermarketach; jak widzicie, nie potrafiłam przejść obojętnie również obok małej dyni ozdobnej oraz patisona - kupiłam je przede wszystkim z myślą o dekoracji domu :) Oczywiście, planuję również znaleźć jakieś dobre i łatwe przepisy na dynię pieczoną (słyszałam, że jest rewelacyjna) oraz zupę z dyni domowej roboty - ostatnio z mężem zajadamy się kremową zupą z dyni mrożonej, ale mimo wszystko fajnie by było ugotować również taką w 100% własną...


JESIENNY ZAPACH
Oprócz jesiennych dekoracji, nie wyobrażam sobie domu bez jakiegoś "ciepłego", otulającego zapachu. Jak widzicie na zdjęciu, moim nowym zapachem do domu jest sampler Yankee Candle o zapachu Honey & Spice, czyli miodu z przyprawami. Zaczęłam go palić dopiero dzisiaj, więc pełnej recenzji możecie się spodziewać niebawem...


LEKTURY NA JESIEŃ
Wczoraj w skrzynce pocztowej znalazłam również najnowszy, listopadowy numer ukochanego magazynu InStyle z cudowną okładką i masą jesienno-zimowych inspiracji w środku. Aby lektura czasopisma była jeszcze bardziej przyjemna, nie mogłabym się obyć bez kubka kawy oraz czegoś słodkiego - w tym momencie zajadam słynne w blogerskim (i nie tylko) świecie makaroniki - niestety, nie mam do nich dostępu w naszej małej Częstochowie, ale zawsze wracam po nie na Tydzień Francuski w Lidl'u :)



Jeśli chodzi o lektury, to staram się dbać również o moje czytelnictwo. Na szczęście, moja sąsiadka pracuje w bibliotece i raz na jakiś czas przywozi mi jakieś dobre kryminały i powieści obyczajowe. W ten weekend właśnie kończę czytać książkę Charles'a Belfoure'a pt. "Paryski architekt" - książka jest niesamowicie wciągająca; opowiada historię architekta, który projektuje kryjówki dla Żydów w czasie drugiej wojny światowej, jednak więcej nie będę Wam zdradzać - książkę trzeba po prostu koniecznie przeczytać i przekonać się samemu.


PIELĘGNACJA TWARZY I WŁOSÓW JESIENIĄ
Jesień wiąże się również ze zmianą w pielęgnacji, i to zarówno twarzy, jak i włosów. Po lecie zaprzyjaźniam się z regenerującą i odmładzającą witaminą C; zdążyłam już polubić pachnący cytrusami krem do twarzy Sesderma oraz serum olejkowe i rozświetlający krem pod oczy Mincer Pharma. Po cichu liczę także na efekt złuszczenia oraz chociaz minimalne rozjaśnienie przebarwień posłonecznych, i w tym celu zaczęłam już stosować domową mikrodermabrazję MP. Więcej o tych produktach oczywiście napiszę niebawem...


Włosy natomiast już na dniach zacznę chować pod grubą czapką z dodatkiem wełny (ta na zdjęciu pochodzi z najnowszej kolekcji H&M - KLIK), a że włosy pod koniec lata rozjaśniłam na dość jasny blond (na dniach będę nieco ochładzać ich odcień z pomocą nowej farby L'Oreal Preference), nie mogłabym się oprzeć bez specjalnego duetu: regenerującego szamponu i odżywki do włosów zniszczonych. Aktualnie używam słynnych w blogosferze produktów Jantar od marki Farmona (szampon dostałam na spotkaniu blogerskim, natomiast odżywkę-wcierkę testuję w ramach Wielkiego Testowania Kultowej Odżywki Jantar - szczegóły akcji TUTAJ). Szamponu i odżywki będę używać codziennie przez cały październik, a zatem jakoś pod koniec miesiąca możecie się spodziewać recenzji...



A Wy lubicie jesień? Jeśli tak, to dajcie znać, za co, oraz czy miałyście już styczność z którymś z moich jesiennych umilaczy... xo

środa, 5 października 2016

ZAKYNTHOS, czyli moja tęsknota za słońcem i wakacjami...

ZAKYNTHOS, czyli moja tęsknota za słońcem i wakacjami...
Pogoda za oknem bardzo jesienna i melancholijna, zatem dzisiejszy post będzie fotograficznym wspomnieniem mojego wrześniowego urlopu na greckiej wyspie Zakynthos... 


Jest to wyspa niezwykle przyjazna i urokliwa; zachwyciła mnie słynnymi gajami oliwnymi, sklepami z pamiątkami, typowo greckimi tawernami i śródziemnomorską kuchnią (najlepiej wspominam cukinie i bakłażany duszone w sosie pomidorowym, oraz przepyszną musakę, baklawy i świeże owoce), knajpkami i pubami w angielskim klimacie, błękitną, krystalicznie czystą wodą, jaskiniami Keri (Keri Caves), pięknymi plażami oraz... żółwiem morskim Careta (Caretta Caretta) - śmialiśmy się, iż był on zdalnie sterowany na potrzeby turystów, niemniej był duży i naprawdę piękny...

























Zatrzymaliśmy się w 4,5* hotelu Sentido Alexandra Beach Resort w tętniącej życiem miejscowości Tsilivi (zdjęcia hotelu oraz samej miejscowości poniżej). Hotel jest elegancki, czysty i nowoczesny, obsługa miła, kompetentna i dyskretna, kuchnia z kolei serwuje przepyszne posiłki, w zasadzie dla każdego znajdzie się coś dobrego - zawsze świeża ryba, mięsa, grillowane warzywa, makarony, ryż, surówki i sałatki z warzyw, oraz osobny szwedzki stół z deserami i owocami, natomiast na stole kelnerzy na bieżąco uzupełniali zapas wody oraz serwowali smaczne lokalne wina. 












Jeśli rozważacie w przyszłości wakacje na Zakynthos, to zarówno miejscowość Tsilivi, jak i hotel serdecznie Wam polecam (jedynym minusem był brak animacji wieczorami oraz nadmiar Anglików, którzy często biorą śluby na plaży przy hotelu, ale w moim odczuciu  trochę aroganccy i wszędzie ich pełno). Tak czy inaczej, Zakynthos to fantastyczne miejsce zarówno na wakacje z rodziną, jak i dla singli bądź ludzi szukających dobrej zabawy czy nocnych rozrywek. Każdy znajdzie coś dla siebie... xo
Copyright © 2016 Elfie's planet , Blogger