ORGANIC OCEAN - moje pielęgnacyjne odkrycie lata 2016!

ORGANIC OCEAN - moje pielęgnacyjne odkrycie lata 2016!

Witajcie! Nie będę dzisiaj kolejną blogerką piszącą o tym, co warto kupić na promocji w Rossmann'ie. BEZ KOMENTARZA. Dziś mam dla Was za to post o prawdziwych perełkach pielęgnacyjnych, które odkryłam latem 2016 roku,  a mowa tu o kosmetykach naturalnych marki Organic Ocean, które otrzymałam w czerwcu na spotkaniu Beauty by Bloggers od sklepu esentire.pl.


Jak widzicie na zdjęciu powyżej, w moje łapki trafiły trzy produkty: 

1) Enriched Hand Cream - Wzbogacony krem do rąk 100 ml KLIK
2) Body Lotion - Balsam do ciała 100 ml KLIK
3) Anti-Aging Relaxing Beauty Mask - Relaksująca Maska Upiększająca 100 ml KLIK

Wszystkie trzy kosmetyki znajdują się w opakowaniach o pojemności 100 ml, które mają bardzo podobną niebiesko-białą szatę graficzną (krem do rąk oraz balsam do ciała są do siebie bliźniaczo podobne i kosztują 29 zł bez promocji, natomiast maska do twarzy ma opakowanie z praktyczną pompką i kupimy ją w cenie regularnej 38 zł). Szczegółowe składy tych kosmetyków (wszystkie posiadają certyfikat ECOCERT i zawierają aż ok. 90% surowców organicznych!) oraz obietnice producenta znajdziecie w linkach powyżej, ja natomiast chciałabym się skupić na moich wrażeniach odnośnie ich konsystencji, zapachu i przede wszystkim działania.

Krem do rąk & Balsam do ciała

Oba produkty są dla mnie bardzo podobne, i to zarówno pod względem opakowań, składów, zapachu, jak i działania na moją skórę. W swoim składzie mają m.in. sok z liści aloesu (na 1. miejscu), masło shea, oliwę z oliwek, olejek jojoba, czy algi (m.in. Pelvetia Canaliculata, która stymuluje produkcję kolagenu i elastyny). Co do zapachu, to nie jest to nic szczególnego, powiedziałabym raczej, że jest to neutralny zapach emolientów, natomiast konsystencja podobna, dosyć gęsta, kremowa. Oba produkty trzeba chwilę rozsmarować na skórze, natomiast nie wchłaniają się one od razu, jeszcze przez parę/paręnaście minut zostawiając na skórze wyczuwalny lekko tłusty film.

Krem do rąk:

          
Balsam do ciała:


Działanie obu kosmetyków oceniam bardzo podobnie: po regularnym stosowaniu skóra jest cudownie nawilżona (a przy tym lekko natłuszczona), pełna blasku, mięciutka jak pupcia niemowlaka, ładnie napięta i jędrna; wygląda młodo i zdrowo :) Krem i balsam nie uczulają, są bardzo łagodne, a przy tym łagodzą wszelkie podrażnienia, takie jak oparzenie czy zaczerwienienie skóry tuż po depilacji.

Jedyny minus, jaki dostrzegam, to srebrna zakrętka, która nie jest zbyt wygodnym rozwiązaniem (pompka lub choćby zamykanie typu klik są moim zdaniem znacznie bardziej na miejscu w tego typu produktach). No i jeśli chodzi o balsam do ciała, to 100 ml tubka zdecydowanie zbyt szybko się kończy - jeśli smarujecie się regularnie, to może posłuży Wam na max 2 tygodnie...


Maska do twarzy to kosmetyk, w którym jestem absolutnie zakochana! Na uwagę zasługuje fakt, iż producent wyposażył opakowanie w bardzo solidną i wygodną pompkę, która niezwykle ułatwia dozowanie produktu (szkoda, że krem do rąk oraz balsam takowej nie mają!). Maska jest niezwykle wydajna, ma dosyć podobną konsystencję i zapach jak krem do rąk czy balsam do ciała. 


Maseczkę nakładam na twarz raz na 1-2 tygodnie, zazwyczaj w weekend, gdy mam nieco więcej czasu (taki zabieg pielęgnacyjny powinien trwać ok. kwadransa) i gdy moja skóra domaga się takiej dawki relaksu i odmłodzenia. Maska jest kremowa i delikatna, a zatem bardzo przyjemna w aplikacji; nie zastyga ani nie ściąga skóry tak jak np. maski na bazie glinek, zatem stosowanie jej to czysta przyjemność! Gdy zmywam ją z twarzy po zalecanym kwadransie, moja skóra jest wypoczęta, zregenerowana i promienna, dobrze nawilżona, pełna blasku, jędrna oraz bardzo miękka i wręcz jedwabista w dotyku. Jest to mój hit pielęgnacyjny,  a jak już zapewne wiecie, uwielbiam traktować swoją skórę peelingiem i dobrą maską minimum raz czy dwa razy w tygodniu. Jeśli również lubicie tak dbać o skórę, to ta maska jest naprawdę godna polecenia. Dla mnie jedno z większych odkryć pielęgnacyjnych 2016 roku! :)


***
Opisane przeze mnie kosmetyki Organic Ocean pochodzą ze sklepu esentire.pl, któremu bardzo serdecznie dziękuję za możliwość ich przetestowania :)

esentire.pl

Gorąco polecam Wam tam zajrzeć, gdyż sklep oferuje bogaty asortyment naturalnych i ekologicznych produktów do pielęgnacji twarzy i ciała, a nawet markowe perfumy w niższych cenach. Znajdziecie tam swoje ukochane produkty i marki (m.in. Batiste, Clochee, Sylveco, Mokosh, Orientana etc.) oraz odkryjecie mnóstwo ciekawych nowości. Jeśli jesteście z Częstochowy lub okolic (tak jak ja ;), to swoje zamówienie możecie odebrać osobiście w siedzibie firmy. Jeśli nie, to bez problemu dostarczy je Wam poczta lub kurier pod same drzwi. Dodatkowym atutem jest pakowanie zakupionych tam produktów w przeurocze firmowe pudełka (jak na zdjęciu poniżej, tuż za kosmetykami). Ja byłam zachwycona!  :)

ULUBIEŃCY + BUBLE, czyli Kosmetyczne podsumowanie września 2016

ULUBIEŃCY + BUBLE, czyli Kosmetyczne podsumowanie września 2016

Tym razem projekt denko postanowiłam przekształcić w podsumowanie minionego miesiąca, a zatem znajdziecie tu wielu moich ulubieńców plus kilka kosmetyków, które nie do końca się u mnie sprawdziły...


Tołpa: green, oczyszczanie. Łagodny płyn micelarny-tonik 2w1 (200 ml) - mój ukochany micel i tonik jednocześnie, wracam do niego regularnie (aktualnie używam wersji 400 ml, którą zakupiłam w Biedronce za jedyne 15 zł!). RECENZJA

Sesderma, Repaskin Mender (30 ml) - rewelacyjne serum liposomowe, które można stosować zarówno przed, jak i po ekspozycji słonecznej - działa cuda, a jeśli jesteście ciekawi, co konkretnie, odsyłam Was do RECENZJI...


Bio IQ, 2w1 Szampon do włosów i ciała (200 ml) - używałam głównie jako szamponu - cudownie oczyszczał moje przetłuszczające się włosy, a przy tym nie plątał i był bardzo delikatny. Włosy dobrze się układały i błyszczały. Super produkt, a do tego ma naturalny skład i posiada certyfikat ECOCERT. Na wakacjach zużyłam również do mycia ciała, dzięki czemu miałam mniej butli w kosmetyczce i lżejszy bagaż - bardzo wygodne rozwiązanie na siłownię, basen czy wyjazd :)

Chantal, Sessio, Szampon regenerujący Mleko i miód (275g) - dostałam go w pudełku beGLOSSY i na początku byłam rozczarowana, ale potem okazało się, że jest świetny: cudownie mył i pachniał, a włosy po nim były w świetnym stanie - miękkie, błyszczące, rewelacyjnie się układały. Bardzo miło go wspominam i być może kiedyś poszukam go w sieci lub salonach...


Nivea, hawaii flower & oil (250 ml) - żel pod prysznic o cudownym, tropikalnym zapachu. Bardzo przyjemnie odświeżał i delikatnie mył ciało. Idealny na lato, być może kiedyś jeszcze do niego wrócę...

Perfecta, SPA, kawowy żel pod prysznic peelingujący (250g) - gruboziarnisty peeling o bardzo przyjemnym zapachu i świetnym działaniu wygładzająco-zmiękczającym. Planowałam napisać recenzję, ale niestety, nawet nie zauważyłam, kiedy się skończył. Polecam, jest super!

Tołpa: botanic, czarna róża. Odżywczy krem-kokon do rąk + odżywczy żel pod prysznic (miniatury 30 ml i 50 ml, odpowiednio) - genialny zapach i działanie obu kosmetyków, zdecydowanie muszę rozejrzeć się za pełnowymiarowymi opakowaniami oraz innymi produktami z tej serii! Żel pod prysznic delikatny i kremowy, a do tego pachnie cudnie - czego chcieć więcej?  

Organic Ocean, Body Lotion 100 ml - naturalny, organiczny balsam do ciała z masłem shea, olejem jojoba, oliwą z oliwek i innymi składnikami z głębi oceanu. Jedynym minusem jest brak jakiegoś oszałamiającego zapachu oraz fakt, że za szybko się kończy. Niebawem będzie recenzja kosmetyków Organic Ocean na blogu...

Equilibra, Antycellulitowe Błoto Termalne 104 g - bardzo przyjemne naturalne błotko do ciała, nie śmierdziało i nie szczypało tak, jak np. Guam. Niestety, trudno dostępne i starczyło tylko na jeden okład... Będę go szukać na stronie producenta...

Penaten, Krem 25 ml - dostałam końcówkę tego kremu od przyjaciółki na wczasach, gdy doznałam poparzenia słonecznego. Wystarczyło mi, że ma w składzie panthenol i alantoinę, dzięki czemu bardzo szybko złagodził pieczenie i zaczerwienienie. Must have na kolejny sezon letni!

Lemongrass, Shower Gel (miniaturka) - naturalny żel pod prysznic o zapachu trawy cytrynowej z Tajlandii. Pachniał tak obłędnie, że kiedyś będę szukać pełnowymiarowego produktu...


Everyday Luxe, Sea Salt & Ginger (411 g) - świeca o zapachu soli morskiej i imbiru; bardzo przyjemny, nienachalny zapach, a do tego piękne, duże szklane opakowanie, które zamierzam zachować na przechowywanie drobiazgów, np. z biżuterii. RECENZJA.


A teraz czas na nieco mniej udane produkty pielęgnacyjne, które zużyłam we wrześniu:

Szampon z miodem i lipą (350 ml) i Łopianowa maska do włosów Receptury Babuszki Agafii (300 ml) - produkty do włosów Babuszki Agafii robią z moich włosów siano i sprawiają, że rosną dziko i niestety zupełnie nie chcą się układać, także nigdy więcej! Maska nie robiła wiele dobrego, szampon był nawet ok do prania delikatnych tkanin lub pędzli, mimo to już więcej nie będę ich używać do pielęgnacji włosów. Za to ich maseczki do twarzy oraz solny scrub do ciała są nadal moim kosmetycznym hitem...

Matrix Biolage ColorLast, Odżywka do włosów farbowanych (miniatura 50 ml) - dostałam do wypróbowania, ale po 2 użyciach nie chciało mi się dalej z nią męczyć - moje włosy nie polubiły jej działania, a nos sztucznego i zbyt męczącego zapachu. Wyrzucam.


Organique, Balsam do ciała Truskawka & guawa 100 ml - pisałam o nim ostatnio TUTAJ. Prawdopodobnie trafiła mi się popsuta, skrystalizowana formuła :/

Benefit, It's Potent! Eye Cream (miniatura 30g) - Całe szczęście, że kupiłam sobie najpierw miniaturkę - po tylu pozytywnych opiniach chciałam sprawdzić, czy poradzi sobie z moimi cieniami - niestety, oprócz nawilżenia, nie zauważyłam żadnego działania na skórę wokół oczu...

Revitacell, Intensywna kuracja do rzęs i brwi na bazie komórek macierzystych (8ml) - na początku widziałam, że rosły mi nowe rzęsy oraz włoski na łuku brwiowym, ale po czasie odżywka chyba przestała działać i jeśli jakieś nowe włoski wyrastały, to nie tam, gdzie potrzeba. Poza tym, z perspektywy czasu wiem, że na pewno nie dałabym za nią 140 zł :/ RECENZJA.


Na szczęście, ulubieńców września jest znacznie więcej, niż bubli :) Mam nadzieję, że w październiku będzie podobnie... xo
ORGANIQUE: Balsam do ciała z masłem shea truskawka & guawa

ORGANIQUE: Balsam do ciała z masłem shea truskawka & guawa

Balsam do ciała z masłem shea truskawka & guawa ORGANIQUE trafił do mnie w pudełku beGLOSSY w lutym 2016 (openbox tutaj). Było to moje drugie masełko tej firmy (właśnie dobiło dna), jednak tym razem wywołało u mnie mieszane uczucia...


OPAKOWANIE
Jak zwykle u Organique, bardzo podoba mi się opakowanie kosmetyku - jest to 100 ml plastikowy słoiczek (przypominający ciemne szkło) z aluminiową nakrętką z wygrawerowanym logo producenta, które niezwykle elegancko prezentuje się na blacie łazienki lun stoliku nocnym. Na opakowaniu widnieją wszystkie niezbędne informacje od producenta (skład, działanie, sposób użycia, itp.) - w skrócie, dowiemy się, iż jest to: Odżywczy balsam o słodkim zapachu truskawki z guavą, przeznaczony do pielęgnacji skóry suchej, szorstkiej i podrażnionej. Jeśli chodzi o działanie, to Producent zapewnia nas, iż kosmetyk poprawia jędrność i elastyczność, wzmacnia cement międzykomórkowy, chroni przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych (...) przywraca miękkość i gładkość, zapewnia długotrwały komfort przesuszonej skórze.





SKŁAD
Nie zawiera parabenów, PEG-ów, donorów formaldehydu, SLeS/SLS/ALS, wazeliny, parafiny, silikonów ani etanoloaminy. Na liście INCI na opakowaniu widzimy następujące składniki kosmetyku:

Butyrospermum parkii (shea butter) -> masło shea
cera alba (bees wax) -> wosk pszczeli
cetearyl alcohol -> mieszanina alkoholu cetylowego i stearylowego; w kosmetyku ma działać jako tzw. emolient tłusty, 
glycine soja (soybean) oil -> olej sojowy
persea gratissima (avocado) oil -> olej awokado
vitsi vinifera (grape) seed oil -> olej z pestek winogron
parfum -> kompozycja zapachowa, 
tocopherol (mixed) -> przeciwutleniacz; hamuje procesy starzenia oraz skutki promieniowania UV; w kosmetyku ma również hamować utlenianie cennych olejkow roślinnych, 
beta-sitosterol -> steroid roślinny; emolient; stabilizator emulsji, 
squalene -> skwalen - aktywny składnik otrzymywany z oliwy z oliwek; ma działać odżywczo i regenerująco oraz antybakteryjnie, 
amyl cinnamal -> aldehyd amylocynamonowy, składnik kompozycji zapachowych; potencjalny alergen,
benzyl benzoate, citral, citronellol, hydroxycitronellal, limonene -benzoesan benzylu, cytral, cytronellol, hydroksycytronellal, limonen (odpowiednio); składniki kompozycji zapachowych; potencjalne alergeny. 

ZAPACH, KONSYSTENCJA, WCHŁANIANIE
Po odkręceniu nakrętki, ze słoiczka unosi się niezwykle intensywny, słodko-kwaskowaty zapach owoców: truskawki i guawy. Jest to piękna i niebanalna kompozycja, z jednej strony słodka, a z drugiej przełamana lekko kwaskowatą, świeżą nutą, dzięki czemu całość nie jest zbyt mdła czy przytłaczająca. W zapachu kosmetyku od razu można się zakochać - jest boski, a do tego bardzo, bardzo długo utrzymuje się na naszej skórze (nawet do kilku godzin!).




Niestety, o wiele gorzej podoba mi się konsystencja produktu. Producent nazywa kosmetyk balsamem, natomiast w moim odczuciu jest to bardzo gęste masło, które pod wpływem ciepła naszych dłoni rozpuszcza się w oleistą masę i dopiero wtedy może być rozsmarowany na skórze. Niestety, mimo tego rozgrzania, masełko rozprowadza się ciężko i topornie. Co więcej, kosmetyk nie ma jednolitej konsystencji, bowiem w tej tłustej masie znajdują się irytujące drobinki, jakby korundu czy piasku (nie wiem, czy to norma, czy po prostu ja mam jakiś wadliwy egzemplarz). W poprzednim maśle tej marki, które miałam, owe drobinki udało mi się całkowicie rozsmarować na skórze, niestety tutaj po aplikacji mamy na skórze tłusty film masła do ciała (produkt nie wchłania się od razu, lecz pozostawia oleistą warstwę na skórze jeszcze przez długi czas) plus białe, szorstkie ziarenka a'la korund, co wygląda trochę tak, jakby łuszczyła nam się skóra. :/

DZIAŁANIE
Poprzez tę niezbyt przyjemną konsystencję, mam również mieszane uczucia odnośnie działania produktu. OK, kosmetyk o tak bogatym składzie, z tak odżywczymi olejkami, świetnie odżywia, natłuszcza i regeneruje skórę - zauważyłam m.in. złagodzenie skutków poparzenia słonecznego na ramionach czy nogach oraz złagodzenie zaczerwienienia po opalaniu, jak i po depilacji. Niestety, skóra poprzez ten "piasek" nie może być bezsprzecznie określona jako miękka i gładka, jest raczej natłuszczona, ale jednocześnie miejscami wydaje się szorstka i łuszcząca (doznanie to jest najbardziej irytujące na dekolcie).


Plusy:

  • bardzo ładne i starannie wykonane opakowanie,
  • przepiękny owocowy zapach,
  • bogaty skład (zawiera naturalne olejki i masło shea); formuła bez parabenów, parafiny, silikonów etc.
  • masło dobrze nawilża, odżywia i regeneruje skórę,
  • niweluje zaczerwienienia spowodowane poparzeniem słonecznym czy depilacją
  • nie podrażnił, nie szczypał (nawet tuż po depilacji!) ani nie uczulił.
Minusy:
  • zbyt gęsta konsystencja i niezbyt przyjemna aplikacja; kosmetyk topornie się rozsmarowuje (nawet po rozgrzaniu w dłoniach) i pozostawia na skórze białe, szorstkie drobinki (przypominające korund),
  • pozostawia tłusty film, więc nadaje się do aplikacji raczej tylko pod piżamę,
  • dostępność tylko w salonach Organique (w wybranych miastach w Polsce), ewentualnie sporadycznie w boxach typu beGLOSSY,
  • cena vs wydajność (35 zł za 100 ml balsam, który wystarczy zaledwie na kilka użyć).
Pomimo ładnego opakowania, zapachu, bogatego składu i działania odżywczego, więcej nie chciałabym już mieć styczności z tym kosmetykiem. Konsystencja była dla mnie bardzo problematyczna i nieprzyjemna, zaś efekt nie do końca taki, jakiego oczekuję od masła do ciała (szorstkie drobiny na tłustej skórze? - nie, dziękuję!). Mało tego, kosmetyki Organique nie są zbyt łatwo dostępne i tanie (za 100 ml tego zapłacimy w ich salonach 34,90 zł), a do tego mało wydajne - posmarowałam się nim zaledwie parę razy, więc moim zdaniem lepiej wydać te pieniądze na jakiś inny produkt do ciała, który o wiele dłużej nam posłuży...

Oczywiście, to są moje subiektywne odczucia odnośnie tego masła. Jeśli miałyście z nim styczność, dajcie koniecznie znać, czy u Was było podobnie, czy to po prostu jakiś felerny egzemplarz mi się trafił...? Pozdrawiam i do następnego, xo

Testowanie z THE BODY SHOP - maska Superfood Himalayan Charcoal

Testowanie z THE BODY SHOP - maska Superfood Himalayan Charcoal

Jak już widziałyście jakiś czas temu w poście z nowościami, załapałam się na testowanie najnowszej maski The Body Shop z linii Superfood. Himalayan Charcoal to maska oczyszczająca i dodająca blasku, naturalna, wegetariańska i wegańska, inspirowana ajurwedyjską tradycją. Zawiera m.in. kaolin, glinkę z Maroka, bambusowy węgiel z Himalajów, listki zielonej herbaty, olejek z drzewa herbacianego, eukaliptus, olejek arganowy, masło shea, sproszkowane liście aloesu, mentol, kwas cytrynowy i wiele innych dobrodziejstw, które oczyszczają, chłodzą, odświeżają i rozświetlają naszą skórę, jednocześnie ją odżywiając.


Maska Himalayan Charcoal ma nie tylko ciekawy skład, ale i konsystencję - jest to bowiem średnio gęsta brązowo-szara papka na bazie glinki z zatopionymi w środku listkami herbaty, która po upływie 5 minut zastyga na twarzy, tworząc brunatną, lekko ściągającą skorupkę na naszej facjacie. Jak zapewnia producent na kartonowym opakowaniu, maseczka zawiera bambusowy węgiel z Himalajów, pozwijane listki zielonej herbaty z japońskich upraw ekologicznych i organiczny olejek z drzewa herbacianego z Kenii, nie zawiera natomiast parafiny ani innych olei mineralnych, parabenów, silikonów. Jeśli zaś chodzi o zapach, to maska nie pachnie może jakoś oszałamiająco, niemniej dosyć przyjemnie: na pierwszym miejscu wyczuwam nuty herbaty i/lub olejku z drzewa herbacianego, a następnie eukaliptus, a to wszystko jest przełamane świeżymi i lekkimi nutami owocowymi (a konkretniej cytrusami). 




Najlepiej moim zdaniem nakładać ją na twarz pędzlem (dzięki temu najłatwiej rozprowadzimy ją na twarzy, a przy tym dłużej zachowamy kosmetyk w dobrym stanie). Tuż po nałożeniu, odczuwam delikatne szczypanie na twarzy (głównie w okolicy nozdrzy -WTF?), ale na szczęście po chwili ten mały dyskomfort mija i gdy maska zaczyna zastygać na brązową skorupkę, nie czuję żadnego pieczenia ani nieprzyjemnego ściągnięcia. Jeśli nie lubicie zastygających masek, to możecie ją zmyć po 5 minutach z twarzy, a jeśli Wam to kompletnie nie przeszkadza, to możecie ją zostawić na buzi do 10 minut (mnie się często zdarza wejść z nią do wanny i trzymać nawet ok. 15 minut). W związku z tym, że maska zawiera glinkę i wspomniane wcześniej liście herbaty, nie zmywa się zbyt łatwo i trochę brudzi umywalkę (aby nieco ułatwić sobie zadanie, do usunięcia maski z twarzy używam bawełnianej chusteczki do demakijażu). 


Muszę przyznać, że ta maska jest inna od wszystkich pozostałych, z jakimi miałam dotąd styczność, bowiem po zmyciu pozostawia efekt chłodzenia, który utrzymuje się na twarzy około kwadransa. Poza tym, buzia po regularnym używaniu maseczki jest bardzo dobrze oczyszczona i pełna blasku, jest miła, jakby aksamitna w dotyku i ma poprawiony koloryt, a do tego nie podrażnia ani nie wysusza cery, co jest niewątpliwym atutem produktu. Pomimo początkowego strachu przed tym szczypaniem w okolicy nosa i efektem chłodzenia, jestem z tej maski (a w zasadzie z kondycji mojej cery po niej) bardzo zadowolona i polecam Wam wypróbowanie jej na sobie. Jedynym minusem może być wydajność maseczki w stosunku do ceny (zdecydowanie za szybko się kończy, jeśli używacie jej 2-3 razy w tygodniu!) oraz dostępność jedynie w salonach TBS. Ja jestem ciekawa również innych wariantów masek z linii Superfood, z zwłaszcza maski z miodem oraz z jagodami Acai, i mimo ograniczonej dostępności do salonów The Body Shop, będę na nie polować przy okazji wizyt w większych miastach... :) 


PLUSY I MINUSY:

+ piękne opakowanie (elegancki szklany słoik o pojemności 75 ml)
+ ciekawy, roślinny skład, bez parabenów, silikonów, olei mineralnych
+ przyjemna konsystencja (papka z naturalnymi, pozwijanymi listkami zielonej herbaty)
+ maska doskonale oczyszcza i delikatnie złuszcza cerę 
+ zwęża pory i zmniejsza ich widoczność (Alleluja!)
+ dodaje blasku cerze (efekt glow)
+ pomimo początkowego szczypania, maska nie uczuliła mnie ani nie przesuszyła skóry;

- wydajność w stosunku do ceny (na kartonowym opakowaniu maski, widnieje cena 99,90 za 75 ml produktu) - maska zdecydowanie za szybko się kończy przy regularnym (2-3 x w tyg.) stosowaniu
- początkowe uczucie szczypania na twarzy może stanowić dyskomfort, na szczęście bardzo szybko mija i po chwili już jest ok; poza tym, maska zastyga i trochę ciężko się zmywa z twarzy
- dostępność produktów TBS (tylko salony stacjonarne w większych miastach).

MOJA OCENA: 7/10. Polecam! :)

Serdecznie dziękuję marce The Body Shop 
za przesłanie oraz możliwość przetestowania maski!

Moja ocena maski znajduje się również na stronie TBS pod tym linkiem: KLIK.


Znacie maski The Body Shop? Która jest Waszą ulubioną? xo

Slow life według Elfie (PART II)

Slow life według Elfie (PART II)

"Jest leniwie, spokojnie, slow life - nasz ulubiony rytm. Spadają gwiazdy, zsuwają się po niebie na tyle wolno, że widać smugi. Gdyby można wkładać czas w weki. Ten dobry przerabiać na konfitury. I jak teraz, otwierać słoik - wsadzamy palce, zlizujemy z siebie; jest słodko." 
- Manuela Gretkowska, "Obywatelka"

U mnie równie słodki sloł lajf, co u Gretkowskiej; co prawda, bez spadających gwiazd, niemniej, nie mogę narzekać na brak chwil, które dają mi jednocześnie radość, oddech i spełnienie. Jeśli jesteście ciekawi, co robię, by przestawić swoje życie na wolniejsze częstotliwości, zapraszam do dalszej części posta - tym razem przedstawię Wam pierwsze 5 sposobów na slow life (oczywiście, jest ich znacznie więcej, ale o nich usłyszycie niebawem)...



1. HAMAK/ OGRÓDEK

Uwielbiam wiosnę i lato głównie dlatego, że mogę bez reszty oddawać się mojej ulubionej czynności - leżeniu w hamaku, często z kubkiem kawy lub słoikiem z wodą mineralną oraz jakąś przyjemną lekturą w ręku. Oprócz samego leżenia i nicnierobienia (które na hamaku często mi się zdarza ;), mogę się również cieszyć lazurem nieba, śpiewem ptaków oraz odgłosami bawiących się dzieci sąsiadów. A gdy leżenie i odpoczynek mi się znudzi, zawsze mogę sobie obrobić ogródek... :) Pod koniec wakacji odwiedziła mnie chrześnica mojego męża, która również poddała się urokom slow life na naszym podwórku - to właśnie ją i jej zgrabne nóżki możecie podziwiać na zdjęciach... :)


2. PUPIL

Źródłem niesamowitej radości, dobrej energii jak i spokoju jest mój ukochany piesek, Max. Od dziecka marzyłam o psie w domu, ale rodzice nigdy się na to nie zgadzali (więc musiałam zadowalać się chomikami, żółwiami, kanarkami etc.), potem zaś okazało się, że jestem uczulona na sierść, aż wreszcie odpuściłam... do czasu. Moim postanowieniem w ubiegłym roku był właśnie zakup psa (wybrałam shih tzu ze względu na jego charakter, wygląd oraz to, że ma włos zamiast sierści i w związku z tym nie uczula) i od jesieni 2015 jestem szczęśliwą psią mamą. Uwielbiam jego obecność, tupot jego łapek na parkiecie, przytulanki i nasze wspólne zabawy i spacery, które są również świetną okazją do zażywania ruchu na świeżym powietrzu i do złapania oddechu od codziennych spraw - polecam!



3. W ŁÓŻKU DO POŁUDNIA

W weekendy pozwalam sobie nieco dłużej pospać; lubię spędzać czas do południa w piżamie (ale nie chodzi mi tu o rozmemłanie i pełzanie po domu w szlafroku niczym zombie!) i z kubkiem kawy lub zielonej herbaty w dłoni czytać książki, blogi (patrz punkt 5), mój ulubiony magazyn "Instyle", albo po prostu obejrzeć jakieś inspirujące tutoriale albo ciekawe vlogi na youtube i poprzytulać się czy pobawić z moim psem (-> pkt. 2). Poza tym, często robię sobie takie moje małe domowe SPA, w związku z czym mój mąż w łóżku najczęściej widzi mnie z jakąś niezwykle seksowną maską na twarzy i/lub głowie ;) Jednak domowe SPA to moim zdaniem doskonały temat na osobny post, więc na pewno o moich peelingach, maskach, świecach itp. poczytacie jeszcze w niedalekiej przyszłości...

4. PODRÓŻE

Kocham podróże i nie jest dla mnie ważne, czy podróżuję samolotem, statkiem, autokarem, czy własnym samochodem. Uwielbiam jeździć, latać, pływać i odkrywać nowe miejsca, ludzi, kuchnię, ich zwyczaje i kulturę. Kiedyś pisałam już nawet na blogu o moich wyprawach do Anglii, Bułgarii, na Kretę, Cypr, Maltę, ale niebawem planuję również wpis z moimi wrażeniami odnośnie bajecznej greckiej wyspy Zakynthos, na której miałam przyjemność wypoczywać parę dni temu... Każda nowa podróż dodaje mi energetycznego kopa i ładuje baterie na kilka kolejnych miesięcy, zaś poznawanie nowych ludzi, kultur i smaków poszerza moje horyzonty i jest źródłem wielu pozytywnych doznań i emocji.



5. CZYTANIE

Odkąd prowadzę bloga, czytam niestety mniej książek, ale na szczęście, moja sąsiadka pracuje w bibliotece i co jakiś czas dba o moje czytelnictwo, przynosząc kryminały albo thrillery psychologiczne (ostatnio kręcą mnie klimaty typu "Instytut" czy "Śmiertelna Terapia"; w planach mam również zapoznanie się z twórczością Coben'a oraz przeczytanie dalszych części trylogii Millenium Larsson'a), choć z drugiej strony uwielbiam również czytać wszelkiego rodzaju poradniki (o zdrowym odżywianiu, modzie, urodzie, a nawet z zakresu psychologii czy biznesu). Staram się czytać minimum 2 książki w miesiącu, choć często udaje mi się przeczytać 3 lub 4; aby sobie nieco pomóc z tym postanowieniem, po każdej lekturze aktualizuję swoją wirtualną biblioteczkę na portalu lubimyczytac.pl. Jeśli też tam jesteście, zapraszam Was do dodania mnie do znajomych (KLIK) - im nas tam więcej, tym raźniej! :)

Poza książkami, uwielbiam sobie w wolnym czasie zajrzeć na blogi z mojej listy czytelniczej; w pierwszej kolejności zaglądam na blogi modowe, a w drugiej na urodowe, ponieważ pożerają więcej czasu i uwagi. 

Ostatnio odkryłam również bardzo ciekawy portal dla kobiet - kobieceporady.pl - z artykułami i poradami na przeróżne tematy: uroda, dom, lifestyle, fitness, kuchnia, moda, rodzina i dziecko, itp. Ostatnio spodobały mi się tam jesienne inspiracje dotyczące makijażu, zdobienia paznokci oraz... dekoracji do mieszkania z dynią w roli głównej - gorąco polecam Wam sobie kliknąć w Kobiece Porady, poczytać do porannej (lub popołudniowej) kawki oraz po prostu... zainspirować się!


kobieceporady.pl


Oczywiście, to tylko moja propozycja 5 sposobów na życie w harmonii z sobą i w swoim ulubionym tempie (dalsze pomysły wkrótce na blogu!). A jakie są Wasze ulubione sposoby na slow life? Co najchętniej robicie w wolnym czasie? Czekam na Wasze komentarze i pozdrawiam serdecznie z... łóżka, xo
Jak przygotować skórę na słońce i redukować oznaki fotostarzenia się skóry? - SESDERMA Repaskin Serum

Jak przygotować skórę na słońce i redukować oznaki fotostarzenia się skóry? - SESDERMA Repaskin Serum

Jak już zapewne wiecie, od kilku lat walczę z przebarwieniami posłonecznymi. Podstawą mojej pielęgnacji w sezonie wiosenno-letnim stanowi dobry krem nawilżający z wysokim filtrem (SPF 50). Przed kremem uwielbiam stosować również serum, które rozjaśnia przebarwienia i/lub niweluje negatywne skutki działania promieni słonecznych na skórę. Zazwyczaj jesienią sięgam po produkty z witaminą C albo z kwasami, jednak w tym roku mam produkt, który można stosować również latem - jest to liposomowe naprawcze serum marki Sesderma - Repaskin Mender Facial Liposomal Serum.


OPIS PRODUKTU

W skrócie, Repaskin Mender Facial Liposomal Serum to serum liposomowe stanowiące bazową terapię przeciw fotostarzeniu. Zawiera enzymy naprawiające uszkodzenia komórkowe, spowodowane promieniowaniem UV. Ma działanie naprawcze i prewencyjne, przed i po ekspozycji na słońce.

Składniki aktywne:
- Filtry fizyczne, chemiczne i biologiczne (zielona herbata)
- Fotolizy i enzymy reparacyjne

Stosowanie:
Wmasować w skórę do wchłonięcia. Stosować 1-2 razy dziennie.

SKŁADNIKI/INCI:


Produkt możecie kupić TUTAJ w cenie 162,50 zł/30 ml.

OPAKOWANIE

Na początek powiem, że produkt ten absolutnie mnie oczarował już od pierwszego użycia. Jeśli tak jak ja, jesteście estetami i lubicie, gdy kosmetyki oprócz cudownych właściwości, mają też ładne opakowania, to tutaj na pewno będziecie miło zaskoczeni. Serum zamknięto w elegancką buteleczkę z ciemnego szkła (pojemność 30 ml), wyposażoną w pipetkę, która ma ułatwiać aplikację oraz czynić ją bardziej higieniczną; butelka oryginalnie była zapakowana w kartonowe pudełko, na którym producent umieścił takie informacje jak adresy i siedzimy firmy, nazwa produktu, składniki oraz krótkie działanie i zastosowanie w kilku językach: m.in. angielskim, hiszpańskim, polskim, czy rosyjskim. W środku kartonowego opakowania znajdziemy również karteczkę z dokładniejszym opisem i działaniem serum oraz innych produktów z linii Repaskin.


ZAPACH, KONSYSTENCJA, WCHŁANIANIE

Już przy pierwszym kontakcie, serum uwodzi słodkim, kwiatowo-owocowym zapachem. Ma cudownie lekką konsystencję, łatwo rozsmarowuje się na skórze i błyskawicznie wchłania. Jedyną rzeczą, do której można się doczepić w aspekcie aplikacji produktu, jest pipetka, która niezbyt dobrze nabiera serum; zazwyczaj sporo kosmetyku zostaje na szyjce butelki, a w pipetce jest go za mało, w związku z czym aplikację trzeba ponawiać (wg zaleceń producenta, idealna "porcja" kosmetyku to 4 krople). Jak to zwykle bywa w przypadku tego typu produktów, serum pozostawia nieco lepki film na skórze, jednak ja nie mam z tym problemu, gdyż zawsze potem smaruję buzię kremem nawilżającym. 



DZIAŁANIE

Działanie produktu zauważyłam już po pierwszym zastosowaniu. Cera była niezwykle promienna i rozświetlona, z tzw. efektem glow. Po tym pierwszym razie wiedziałam już, że z przyjemnością będę smarować twarz produktem, ale początkowo używałam go głównie na noc, pod krem nawilżający. Dopiero po jakimś czasie doczytałam, iż kosmetyk nadaje się także do stosowania na dzień, więc smarowałam się nim również rano, pod krem marki Obagi z SPF 50. Dzięki stosowaniu serum wraz z kremem Obagi o faktorze 50 zauważyłam, iż po ekspozycji na słońce nie mam nowych przebarwień na skórze, co jest dla mnie niezwykle istotne. Jeśli natomiast przesadzę z opalaniem, to serum ma za zadanie naprawić wszelkie szkody - o tym jednak przekonam się w najbliższych dniach, ponieważ jutro jadę na zaległe wakacje, i z pewnością zamieszczę aktualizację...

Plusy:
  • ładne, niezwykle eleganckie opakowanie (butelka z ciemnego szkła wyposażona w pipetkę)
  • pięknie pachnie (jest to słodko-kwiatowy zapach)
  • lekka konsystencja
  • szybkie wchłanianie
  • rewelacyjne działanie na skórę: produkt przygotowuje skórę do ekspozycji słonecznych, zaś po, naprawia uszkodzenia na poziomie DNA; ponadto, rozświetla i wyraźnie odmładza
  • można go stosować również latem, nie tylko na noc, ale i przed ekspozycją na słońce - serum ma przygotowywać skórę na działanie promieni UV oraz dodatkowo ją naprawiać po opalaniu
  • nie podrażnia ani nie uczula
  • nadaje się do różnych typów skóry. 

Minusy:
  • szklane opakowanie jest trochę ciężkie i może się stłuc, co jest niezbyt praktyczne w trakcie podróży
  • pipeta niezbyt precyzyjnie nabiera serum z buteleczki
  • cena w stosunku do wydajności dość wysoka (162,50 PLN/30 ml) 
  • ograniczona dostępność (głównie gabinety medycyny estetycznej i sklepy online).



Serum liposomowe marki Sesderma idealnie wpisało się w moją letnią pielęgnację oraz walkę, a w zasadzie zapobieganie powstawaniu nowych przebarwień posłonecznych. Jestem naprawdę zadowolona z efektu promiennej, młodziej wyglądającej skóry oraz z ochrony przed promieniami słonecznymi oraz działania naprawczego. Niestety, wszystko, co dobre, za szybko się kończy... na szczęście, zostało mi go jeszcze trochę w opakowaniu (ok. 1/4), więc leci ze mną jutro na wakacje! Mając go ze sobą, jestem o wiele spokojniejsza i wiem, że słońce nie będzie już dla mnie takie straszne - nawet, jeśli wyrządzi mi jakieś szkody - serum Sesderma je szybko i efektywnie naprawi! :-)


***
Produkt marki Sesderma otrzymałam podczas spotkania Beauty by Bloggers w Częstochowie (relacja TUTAJ) od kliniki i sklepu LEMONE (KLIK)Klinika Lemone - wszystkie preparaty dla piękna w jednym miejscu, jako jedna z niewielu w Polsce, posiada możliwość dystrybucji w sieci suplementów i dermokosmetyków renomowanych firm. 

sklep.lemone.pl

Serdecznie dziękuję za wszystkie produkty otrzymane od Lemone i zachęcam do kliknięcia w poprzednie recenzje:


Pozdrawiam cieplutko, pakując się na długo wyczekiwany urlop... xoxo
Podkład LIRENE No Mask - czy faktycznie bez efektu maski?

Podkład LIRENE No Mask - czy faktycznie bez efektu maski?


O najnowszym podkładzie marki Lirene było głośno od kwietnia, kiedy to większość blogerek urodowych przywiozła go jako souvenir z konferencji Meet Beauty. Przywiozłam go i ja - był tak pięknie zapakowany, że aż żal było otwierać, ale w końcu się przemogłam i z dumą postawiłam go na toaletce (sami chyba przyznacie, że szklana buteleczka prezentuje się zacnie?). Gdy zaczęłam go używać, byłam zachwycona jego owocowym zapachem, trochę zbliżonym do mojego ulubionego podkładu drogeryjnego Bourjois Healthy Mix oraz pełna nadziei, że być może wreszcie odkryję jego nieco tańszy zamiennik. Niestety, po początkowych zachwytach i podekscytowaniu nastąpiło ogromne rozczarowanie. Jeśli jesteście ciekawi, dlaczego ten produkt się u mnie nie sprawdził, to zapraszam dalej...


Po pierwsze, podkład występuje tylko w 3 odcieniach; ja dostałam najjaśniejszy, czyli 01 (jasny). Mam jasną karnację, więc teoretycznie powinnam być zadowolona, aczkolwiek podkład ten jest dla mnie i tak zbyt ciemny, a do tego się utlenia, tworząc pomarańczową maskę, odciętą od mojej nawet delikatnie opalonej szyi :/ Poza tym, jak widać powyżej, produkt nie posiada pompki. No i ten fakt sprawia, że aplikacja jest zajebiście niepraktyczna i denerwująca. Podkład ma formę płynnego, rzadkiego fluidu, a do tego zawiera serum nawilżające (z kwasem hialuronowym w składzie), zatem przed rozprowadzeniem trzeba nim wstrząsnąć. A jak już się wstrząśnie, to możecie się domyślić, że bez pompki produkt będzie się po prostu wylewał z butelki, nie wspominając już o upaćkanych dłoniach, butelce i zakrętce. Aby nieco ułatwić sobie aplikację tego podkładu, zalecam nalanie go na gąbkę typu beauty blender albo odrobinę na dłoń, zaś z dłoni pędzlem na twarz.



Jeśli chodzi o krycie, to jest raczej średnie - nawet nieźle zakrywa moje przebarwienia posłoneczne na czole, natomiast jeśli na twarzy pojawiają się jakieś niedoskonałości (np. wypryski) czy zaczerwienienia, to bez korektora się nie obejdzie. Oczywiście, krycie można stopniować, ale wówczas uzyskamy jeszcze większą maskę niż przy jednej, cienkiej warstwie fluidu. Osobiście uważam, iż twarz pokryta niewielką ilością produktu odznacza się od szyi i wygląda nieco sztucznie, więc nie zalecałabym dokładania kolejnych.

Co więcej, producent obiecuje nam również działanie nawilżające (podkład zawiera serum z kwasem hialuronowym), natomiast u mnie na policzkach i przy skrzydełkach nosa skóra jest po prostu trochę przesuszona, a dzieje się tak tylko i wyłącznie wtedy, gdy podkład mam na twarzy. No i te suche "placki" na policzkach oraz suche skórki są tylko kolejnym gwoździem do maskowej trumny.



Plusy:
  • jest dosyć lekki
  • ładne opakowanie
  • pięknie pachnie
  • przystępna cena (ok. 30 zł, choć na stronie producenta - TUTAJ - podkład kupimy za 38 zł)
  • duża dostępność w drogeriach
Minusy:
  • brak pompki (po aplikacji nasze dłonie, butelka i zakrętka są zawsze całe ubrudzone podkładem)
  • tylko 3 odcienie, z czego najjaśniejszy (01) jest zbyt ciemny dla jasnych karnacji
  • ciemnieje (a producent zapewnia, że nie)
  • podkreśla suche skórki oraz przesusza skórę na policzkach
  • średnie kryje
  • nie wygląda zbyt naturalnie, jak to obiecuje producent; na mojej twarzy podkład wygląda bardzo sztucznie :/
Podsumowując, podkład ogromnie mnie rozczarował zarówno pod względem kolorystycznym, jak i pod względem efektu - miało być bez maski, a jest zajebista maska; no po prostu wygląda to na mojej twarzy bardzo sztucznie i źle. Poza tym ten brak pompki to po prostu jakaś kpina - uważam, że lepiej doliczyć te 5 czy 10 zł do ceny podkładu, ale jednak dołożyć pompkę - będzie to po prostu bardziej wygodne i estetyczne. Na otarcie łez powiem tylko tyle, że podkład Lirene NO MASK jest tani, ma ładne opakowanie i zapach, jednak po zmęczeniu 1/3 z buteleczki postanawiam go wyrzucić, mówiąc mu na do widzenia: NO - senk ju, senk ju, baj! I najchętniej newer egejn :/ 


A Wy jakie macie doświadczenia z tym podkładem? xo
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger