wtorek, 30 sierpnia 2016

OBAGI Medical Sun Shield Matte SPF 50

OBAGI Medical Sun Shield Matte SPF 50
Wakacje powoli się kończą (choć dla mnie dopiero się zaczynają), jednak ochrona przeciwsłoneczna nadal obowiązuje, zwłaszcza jeśli skóra ma tendencję do hiperpigmentacji (czyli do powstawania brzydkich przebarwień). W dzisiejszym poście chcę Wam opowiedzieć o moim letnim ulubieńcu i zbawicielu - kremie ochronnym na dzień marki OBAGI Medical, który trafił w moje ręce już w czerwcu i służył mi codziennie przez całe lato (a posłuży jeszcze podczas ostatnich letnich dni oraz na urlopie, który planuję dopiero w połowie września)...



OBAGI Medical Sun Shield Matte SPF 50 

Jak informuje producent, jest to krem do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju skóry w celu ochrony przed promieniowaniem UVA i UVB, odpowiedzialnych za występowanie fotostarzenia, poparzeń i nowotworów skóry.

DZIAŁANIE: * Ochrona przed promieniowaniem UVA dzięki zawartości filtrów fizycznych - tlenek cynku 10,5%
* Ochrona przed promieniowaniem UVB dzięki zawartości filtrów chemicznych - Octinoxate 7,5%

WSKAZANIE: * Każdy rodzaj skóry w celu zapewnienia ochrony przed destrukcyjnym działaniem promieniowania UVA i UVB

Preparat o delikatnej konsystencji, pozostawiający matowe, transparentne wykończenie. Idealny pod makijaż bez efektu rolowania.

SKŁADNIKI (INCI):


MOJA OPINIA
Krem Obagi Medical Sun Shield aplikuję na całą skórę twarzy (omijając okolice oczu!) codziennie rano, około 20-30 minut przed wyjściem z domu, od ponad 2 miesięcy i jestem z niego ogromnie zadowolona. Po pierwsze, podoba mi się już samo opakowanie produktu (jest to srebrno-biała tuba o pojemności 85 g z zamykaniem typu klik) - nie tylko zacnie prezentuje się na toaletce, ale i jest bardzo poręczne (dobrze trzyma się w dłoniach, nie wyślizguje się, natomiast otwór pozwala wydobyć idealną porcję kosmetyku). Krem oryginalnie znajdował się w białym kartonowym pudełku, na którym znajdują się wszelkie niezbędne informacje od producenta (np. właściwości, działanie, składniki, etc.) w różnych językach (informacji po polsku jednak nie znalazłam). 

Konsystencja kremu jest lekka i jedwabista, dzięki czemu krem łatwo rozprowadza się po skórze oraz wchłania w minutkę. Dodatkowym atutem kosmetyku są jego właściwości nawilżające przy jednoczesnym matowieniu skóry, czyli wymarzony efekt 2w1. Co więcej, krem nie uczula i nie podrażnia (aczkolwiek należy bardzo uważać, by nie dostał się do oczu, o czym producent uprzedza na opakowaniu!), nie zapycha oraz doskonale współgra z nałożonym na niego makijażem (bez rolowania). Jest to po prostu produkt niesamowicie wszechstronny i wydajny - używam go już ponad 2 miesiące (często smarując się nim kilkukrotnie w ciągu dnia), a nadal jest go sporo w opakowaniu (szacuję, że zużyłam około 1/2).


PLUSY:
  • eleganckie, praktyczne i solidne opakowanie
  • neutralny zapach
  • lekka, jedwabista konsystencja
  • łatwo się aplikuje i szybko wchłania
  • nie bieli skóry
  • matuje
  • nawilża
  • nie zapycha
  • chroni przed promieniami UVA i UVB (przed ekspozycją na słońce wystarczy odczekać ok. 15 minut po aplikacji i powtarzać aplikację kremu co 2h, aczkolwiek ja wolę odczekać minimum 20-30 min)
  • idealnie nadaje się pod makijaż
  • delikatny, nie podrażnił ani nie uczulił skóry mojej twarzy, ale trzeba uważać, by nie dostał się do oka
  • wydajny, wystarczy na cały sezon letni

MINUSY:
  • opakowanie nie jest przezroczyste, zatem nie widzimy, ile nam jeszcze zostało produktu w tubie
  • cena (126 zł) dla niektórych osób może okazać się zbyt wysoka, choć ja uważam, iż ten produkt jest wart tej ceny, zwłaszcza jeśli tak jak ja borykacie się  z problemem przebarwień posłonecznych
  • ograniczona dostępność; można go kupić w wybranych sklepach i gabinetach medycyny estetycznej, m.in. TUTAJ.

Podsumowując, OBAGI Medical Sun Shield Matte SPF 50 okazał się ideałem w mojej letniej pielęgnacji skóry twarzy; jak widzicie w powyższym zestawieniu, krem ma praktycznie same plusy, natomiast jedyne, co mu można zarzucić to cena (dla niektórych zbyt wysoka) oraz ograniczona dostępność. Mimo to, krem świetnie chroni skórę przed szkodliwym działaniem promieni słonecznym oraz przed powstawaniem przebarwień. Krem ma przyjemną, lekką konsystencję, nie ma właściwości komedogennych, nie uczula, matuje i nadaje się pod podkład. Jest to fantastyczny produkt na sezon wiosenno-letni, polecam Wam go serdecznie i z pewnością będę do niego wracać w kolejnych sezonach... xo


***

Produkt marki Obagi otrzymałam podczas spotkania Beauty by Bloggers w Częstochowie (relacja TUTAJ) od kliniki i sklepu LEMONE (KLIK)Klinika Lemone - wszystkie preparaty dla piękna w jednym miejscu, jako jedna z niewielu w Polsce, posiada możliwość dystrybucji w sieci suplementów i dermokosmetyków renomowanych firm. 


sklep.lemone.pl
Na stronie Kliniki (KLIK) w zakładce "sprzedaż online" dostaniecie wiele ciekawych produktów do pielęgnacji twarzy, włosów, makijażu, jak również suplementy diety. Krem Obagi Sun Shield Matte z SPF 50 dostaniecie TUTAJ w cenie 126 zł. Polecam! xo


niedziela, 21 sierpnia 2016

Czy ekologiczne szampony i lakiery do włosów mogą się sprawdzić? - Recenzja produktów SANOTINT

Czy ekologiczne szampony i lakiery do włosów mogą się sprawdzić? - Recenzja produktów SANOTINT
Lato to świetny okres, by przerzucić się na ekologiczne produkty do pielęgnacji i stylizacji włosów, dać im trochę odpocząć od tej całej chemii, parabenów, barwników syntetycznych i silikonów zawartych w większości kosmetyków, a przy okazji także je wzmocnić i zregenerować. Ja właśnie latem (połowa czerwca-sierpień) używałam ekologicznych produktów (tj. szamponu i lakieru) marki Sanotint, zatem dzisiaj przyszedł czas na ich recenzję...


REVITALIZING SHAMPOO pH 5,4-5,7
Szampon do włosów cienkich, słabych i wypadających

Szampon znajduje się w zgrabnej, plastikowej buteleczce (200 ml) o żółtym zabarwieniu i wyposażonym w brązową nakrętkę z zamykaniem typu klik. Opakowanie jest wykonane bardzo solidnie, a przy tym praktyczne, bowiem ułatwia dozowanie produktu. Na początku szampon zniechęcił mnie dziwnym ziołowym zapachem (najprawdopodobniej jest to jeden ze składników - krwawnik pospolity, za którego zapachem nie przepadam), jednak po jakimś czasie po prostu się do niego przyzwyczaiłam. 


Jak widzicie na zdjęciu poniżej, szampon ma zielonkawe zabarwienie, co jest spowodowane tym, iż jego skład opiera się na naturalnych składnikach: ekstraktach ze złotego prosa, kocanki, rumianku, lipy, męczennicy, krwawnika pospolitego, a poza tym keratyny hydrolizowanej i jedwabiu hydroliz., oleju lnianego,  kwasu pantotenowego oraz biotyny. Szampon nie zawiera parabenów i barwników syntetycznych i nie był testowany na zwierzętach. 


Szamponu używałam prawie codziennie przez ok. 1,5 miesiąca, dzisiaj właśnie dobił dna. Jeśli chodzi o jego działanie, to zauważyłam, iż producent spełnił większość obietnic, ponieważ moje włosy po tym szamponie są nawilżone oraz pełne "życia" i blasku. Co więcej, szampon faktycznie hamuje wypadanie włosów i przyspiesza ich wzrost, jak również wzmacnia i zwiększa objętość (odbija moje cienkie, oklapnięte włosy od nasady, a poza tym, po wysuszeniu mam ich o wiele więcej ;). Ze względu na moją skłonność do plątania się włosów, lubiłam jednak użyć po szamponie jakiejś delikatnej odżywki (czasem używałam próbek maski lub balsamu do włosów farbowanych tej marki), dzięki czemu włosy o niebo łatwiej się rozczesywały. Tak czy inaczej, z działania szamponu jestem zadowolona, zatem polecam Wam przyjrzeć się ofercie tej firmy i wybrać produkt odpowiedni dla Waszych potrzeb.

ECOLOGICAL HAIRSPRAY
Ekologiczny lakier do stylizacji włosów


Lakieru do włosów używam często, ale nie każdego dnia. Najczęściej spryskuję nim włosy przed wyjściem do pracy lub przed ekspozycją na słońce, kiedy zależy mi na naturalnym efekcie i delikatności, no i oczywiście ochronie przed promieniowaniem słonecznym. Lakier lubię przede wszystkim za to, iż w delikatny sposób utrwala fryzurę (bez nadmiernego sklejania czy efektu kasku na głowie), jest naturalnie perfumowany (a ja po prostu nie znoszę duszących chemią lakierów do stylizacji!), dodaje włosom sprężystości i blasku, a potem można go łatwo z włosów wyczesać bądź zmyć. 

Producent informuje na opakowaniu (notabene, jest to 150 ml metalowa butla z plastikowym dozownikiem), iż lakier bazuje na naturalnych składnikach, takich jak złote proso i prowitamina B5, i jest przyjazny dla środowiska. Oczywiście, jako, że jest to lakier ekologiczny, za jego pomocą nie uzyskacie spektakularnej stylizacji i bardzo mocnego utrwalenia, ale jeśli jesteście fankami ekologii i szukacie naturalnego i delikatnego produktu do utrwalenia fryzury, ten produkt z pewnością i u Was się sprawdzi! Polecam :)

 ***

Produkty marki Sanotint otrzymałam podczas spotkania Beauty by Bloggers w Częstochowie (relacja TUTAJ) od kliniki i sklepu LEMONE (KLIK). Klinika Lemone - wszystkie preparaty dla piękna w jednym miejscu, jako jedna z niewielu w Polsce, posiada możliwość dystrybucji w sieci suplementów i dermokosmetyków renomowanych firm. Na stronie Kliniki (KLIK) w zakładce "sprzedaż online" dostaniecie wiele ciekawych produktów do pielęgnacji twarzy, włosów, makijażu, jak również suplementy diety. 


sklep.lemone.pl

Znacie markę Sanotint? Lubicie ekologiczne produkty do włosów? Dajcie koniecznie znać w komentarzach... xo

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Chusteczki do demakijażu NIVEA Cream Care

Chusteczki do demakijażu NIVEA Cream Care
Chusteczki do demakijażu warto mieć w swojej kosmetyczce w razie podróży (np. w bagażu podręcznym) lub do wstępnego zmycia makijażu w sytuacjach, gdy jesteśmy potwornie zmęczone po imprezie i nie chcemy spędzać pół nocy w łazience. Przyznam, że od dłuższego czasu nie miałam okazji obcować z tego typu produktem, ale w lipcu dostałam do testów nowe chusteczki do demakijażu Nivea Cream Care. Mimo sceptycznego podejścia do produktu (wcześniej podobne produkty nie bardzo się u mnie sprawdzały), muszę przyznać, że te bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły...


Polubiłam te chusteczki od pierwszego użycia, ponieważ bardzo przyjemnie pachną; zazwyczaj tego typu produkty kojarzą mi się z niezbyt fajnym zapachem chusteczek dla niemowląt, a tutaj jest bardzo pozytywne zaskoczenie. Po drugie, chusteczki Nivea Cream Care całkiem nieźle oczyszczają moją skórę z makijażu i brudu. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym potem nie przemyła jeszcze skóry płynem micelarnym, ale mimo to, ten produkt znacznie skraca i ułatwia mi cały demakijaż. Nawet, jeśli nie użyłam po nich żadnego toniku czy płynu, chusteczki pozostawiały moją skórę przyjemnie nawilżoną i miękką, więc ogromny plus dla nich (dla porównania, przemyłam niedawno twarz podobnym produktem do skóry wrażliwej z Biedronki, i niestety miałam potem strasznie suchą i ściągniętą skórę!). Co więcej, a może i przede wszystkim, pokochałam chusteczki Cream Care za to, iż są bardzo delikatne, nie uczulają i nie szczypią mnie w oczy! Po wacikach miewam zazwyczaj w oku tzw. farfocle, a po tych chusteczkach nic mi potem w oku nie zostaje i nie podrażnia - jest to dla mnie po prostu idealne rozwiązanie do zmywania oczu i zarazem wielka ulga dla nich, biednych wrażliwców ;)


Zalety produktu:
  • całkiem nieźle oczyszczają, aczkolwiek zawsze po nich używam jeszcze płynu micelarnego lub łagodnego toniku
  • doskonałe rozwiązanie na podróż czy wstępny demakijaż (zwłaszcza oczu)
  • bardzo ładnie pachną kremem Nivea
  • są bardzo delikatne, nie uczulają i nie podrażniają moich wrażliwych oczu
  • nie wysuszają skóry i nie ściągają jej
  • są wygodne w użyciu, lekkie, poręczne i ogólnie dostępne.
Wad nie odnotowałam. 

Podsumowując, chusteczki do demakijażu NIVEA Cream Care sprawdzają się u mnie doskonale. Używam ich co prawda tylko do demakijażu oczu albo do wstępnego przemycia twarzy, ale moja skóra po nich jest nawilżona, miękka i do tego ładnie pachnie. Chusteczki mnie nie uczuliły, nie szczypały w oczy, więc są dla mnie doskonałym zastępstwem wacików i płynów do demakijażu. Idealne w podróży, ale polecam je także w sytuacjach, gdy chcemy np. domyć dłonie z podkładu. Chusteczki są dostępne w większości drogerii czy supermarketów, a kosztują niewiele (ok. 14zł za opakowanie 25 sztuk). 

Więcej informacji o produkcie znajdziecie na stronie producenta TUTAJ. 

*Dziękuję marce Nivea oraz serwisowi BLOGmedia za możliwość przetestowania produktu. 

wtorek, 9 sierpnia 2016

Moje popołudniowe Cappuccino

Moje popołudniowe Cappuccino
Ostatnio staram się zredukować ilość wypijanej przeze mnie kawy do jednej filiżanki dziennie. Obowiązkowo rano, przed pracą, aby się obudzić i nieco zwiększyć moje zazwyczaj niskie ciśnienie tętnicze. Aby mnie nie kusiło, wyniosłam nawet ekspres do garażu! Muszę przyznać, że tak radykalne posunięcie poskutkowało - wychodzę rano i zaparzam sobie tylko jedną małą czarną, a potem jakoś wytrzymuję dzień bez kolejnych. Jestem na bardzo dobrej drodze do zdrowszego życia i szczuplejszej sylwetki, jednak z czasem stwierdzam, iż potwornie brakuje mi w domu jednej niezwykle istotnej rzeczy... aromatu świeżo zaparzonej kawy. Całe szczęście, ktoś kiedyś wspaniałomyślnie wprowadził na rynek świece zapachowe, więc nie pozostaje mi nic innego, jak odpalić sobie popołudniowe Cappuccino w szklanym słoiczku i po prostu cieszyć się jego zapachem...



Aromat Cappuccino po pracy ma dla mnie wymiar terapeutyczny, sprawia, iż w ciągu kilku minut jestem bardziej odprężona i automatycznie przestawiam się na tryb slow. Odpalany w deszczowy weekend, działa na mnie również energetyzująco i dodaje siły. Zapach Cappuccino jest nieco słodszy od mojej porannej małej czarnej, mam zatem namiastkę poobiedniego grzeszku z nutami czekolady i dodatkiem spienionego mleka, którego nie powinnam pić (niestety). O tak, to jest właśnie to, czego mi trzeba - zapach słodko-gorzki (jak na kawę przystało), intensywny, pobudzający i jednocześnie otulający. Idealny nie tylko na sezon jesienno-zimowy, ale również latem, gdy za oknem wcale nie jest ciepło, słonecznie i wakacyjnie lub w dni, kiedy potrzeba nam dodatkowej, zapachowej stymulacji... Ziarna palonej kawy w połączeniu z czekoladą to po prostu to, co tygryski (oraz elfiki) lubią najbardziej ;)


Świeca zapachowa w szkle o zapachu Cappuccino trafiła do mnie na spotkaniu Beauty by Bloggers w Częstochowie (relacja KLIK) jako prezent od Jacka Krzanowskiego, Właściciela marki Fabryka Świec Light, należącej do grupy Polskie Świece. Ten zapach miałam sobie zostawić na jesienne popołudnia i wieczory, ale akurat w sierpniu - miesiącu abstynencji - Cappuccino wpisuje się idealnie w mój kawowy głód... ;) 



Świeca jest wykonana z naturalnych ekstraktów zapachowych i olejków eterycznych, znajduje się w małym szklanym słoiku o wysokości 10 cm i średnicy 7 cm. Czas palenia świecy to 25-30 godzin, natomiast cena to - UWAGA! - całe 6,5 złotego! :)

Świecę (jak również wszelkie informacje techniczne) znajdziecie na stronie producenta TUTAJ.

https://hurtowniaswiec.pl/

Znacie Polskie Świece? Jaki jest wasz ulubiony zapach? xo

piątek, 5 sierpnia 2016

Posmaruj masłem... stopy!

Posmaruj masłem... stopy!
Co zrobić, aby nasze stopy stały się gładkie i miękkie jak pupcia niemowlaka, nasze pięty pozbawione były suchej, zrogowaciałej skóry, i by wreszcie móc cieszyć się latem lekką, zadbaną i dobrze nawilżoną stopą? Trzeba nasze stopy regularnie smarować masłem! Ale nie takim zwykłym masłem... rzecz jasna, masło kuchenne kompletnie się tutaj nie nada. Jeśli jesteście ciekawi, jakie masło robi dobrze moim stopom, czytajcie dalej...

masło do ciała Absolute Care

CO TO ZA MASŁO? 

Prawie 2 miesiące temu, za sprawą upominków ze spotkania Beauty by Bloggers (KLIK), odkryłam niesamowite masło do ciała marki Absolute Care, które jest niezwykle bogatym, natłuszczającym kremem o gęstej konsystencji i przepięknym zapachu wanilii, lawendy i paczuli. W zapachu tego kremu można się zakochać, bowiem jest on niesamowicie intrygujący i nietuzinkowy; jednocześnie słodki i ziołowy, z jednej strony "ciepły" i otulający, a z drugiej działa niezwykle odprężająco i kojąco. Uwielbiam go sobie wąchać przy moim rytualnym wieczornym smarowaniu (trzymam go tuż przy łóżku, na stoliku nocnym)... ;) 

Absolute Care Dead Sea Treatment Body Butter (bo tak brzmi pełna nazwa produktu) ma przede wszystkim intensywnie odżywiać, zmiękczać, chronić i głęboko rewitalizować skórę. Jest szczególnie polecany do stosowania na obszarach, gdzie skóra ma tendencję do bycia suchą lub popękaną, tj.: łokcie, kolana i stopy. I ja właśnie kocham tym masłem smarować stopy :) 


Masło znajduje się w plastikowym słoiczku o pojemności 250 ml i jest zamykane aluminiową nakrętką - jest to moje ulubione opakowanie dla peelingu czy bogatego, gęstego masła do ciała. Bardzo efektownie prezentuje się w łazience czy na szafce w sypialni. 250 ml tego kremu kosztuje 19 zł i jest dostępne TUTAJ.

KONSYSTENCJA & APLIKACJA 

Na początku chciałam smarować tym produktem całe ciało, jednak aplikacja okazała się dla mnie trochę zbyt czasochłonna i wymagająca wysiłku - masło trochę ciężko się rozprowadza na większej powierzchni ciała i dosyć długo trzeba je wsmarowywać, aby całkiem się wchłonęło. Gdybym miała całą godzinę wolnego czasu, chęć i siłę do tak pracochłonnego wcierania, to może dałabym radę, ale stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie - do ciała lubię lżejsze mleczka i balsamy, wobec tego kosmetyk wypróbuję na moje najbardziej suche obszary (czytaj stopy i łokcie) i to okazało się strzałem w dziesiątkę... Stopy smaruję chwilę masłem i pozostawiam do wchłonięcia; krem nie wchłania się błyskawicznie, jeszcze długo po aplikacji wyczuwam na skórze lekko tłustawy film (czasem nawet po całej nocy). Jeśli od razu po aplikacji nie kładę się spać, zazwyczaj zabezpieczam stopy przed poślizgnięciem skarpetkami.


JAK DZIAŁA?

Masło nie tylko lekko natłuszcza stopy, ale także głęboko je odżywia, nawilża i zmiękcza. Po regularnym (czyli praktycznie codziennym), prawie 2-miesięcznym stosowaniu, zauważyłam, że moje stopy są w bardzo dobrej kondycji: nie są nadmiernie przesuszone, jak to bywało wcześniej, skóra na piętach nie rogowacieje; stopy są cudownie nawilżone, mięciutkie i gładziutkie jak pupcia niemowlaka, a do tego bardzo ładnie pachną... :) 

CO ZAWIERA?

Absolute Care Dead Sea Treatment Body Butter zawiera starannie dobrane połączenie olejków, witamin i minerałów z Morza Martwego; mamy tu m.in. sok z liści aloesu, masło kakaowe, masło shea, olej awokado, sól z MM, olej ze słodkich migdałów, mocznik, który genialnie nawilża stopy, czy glicerynę. Dla ekofanów mam niestety i nieco gorszą wiadomość: w produkcie znajdziemy również olej mineralny, SLeS (nie bardzo rozumiem, po co tutaj ten detergent?) oraz 4 parabeny: Methylparaben, Ethylparaben, Buthylparaben oraz Propylparaben (konserwantom zawdzięczamy akurat długi okres przydatności kosmetyku, tj. aż 12 miesięcy, co w moim przypadku akurat będzie idealne - jako krem do stóp, jest to produkt niesamowicie wydajny, w 2 miesiące zużyłam zaledwie 1/10 kremu z opakowania).


Lista składników (INCI) : Aqua/Water, Mineral Oil, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Sodium Laureth Sulfate, Aloe Barbadenisis Leaf Juice, Theobroma Cacao Seed Butter, Butyrospermum Parkii Butter, Triethanolamine, Silica, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Parfum/Fragrance, Maris Sal (Dead Sea Salt), Prunus Amygdalus Dulcis (sweet almond) seed Oil, Imidazolidinyl Urea, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Buthylparaben, Propylparaben, FD&C Blue No.1, FD&C Red No 40, Citronellol, Cumarin, Geraniol, Linalool, Hydroxycitronellal, Lilial, Lyral.

ZALETY:
  • ładne i solidne opakowanie
  • piękny zapach (miks wanilii, lawendy i paczuli)
  • cudownie nawilża, zmiękcza i odżywia suchą skórę stóp
  • zawiera bogactwo olejków, masło shea, sól z Morza Martwego i mocznik, który uwielbiam w produktach do pielęgnacji stóp
  • produkt niesamowicie wydajny (jako krem do stóp, powinien starczyć na 12 miesięcy codziennej aplikacji)
  • bardzo niska cena - 19 zł za 250 ml masła, które wystarczy na rok (patrz punkt wyżej!)
  • produkt nie jest testowany na zwierzętach.
WADY:
  • trochę topornie rozsmarowuje się na większej powierzchni skóry, w związku z czym będzie bardziej odpowiedni na mniejsze części ciała (tj. łokcie, kolana i stopy)
  • lekko natłuszcza (dla mnie akurat nie stanowi to większego problemu, gdyż smaruję się masłem przed pójściem spać), więc jeśli posmarujecie tym kremem stopy w ciągu dnia, warto rozważyć nałożenie na jakiś czas skarpetek
  • zawiera parafinę, SLeS oraz parabeny.

Biorąc pod uwagę wszystkie plusy i minusy tego kosmetyku, uważam, iż jest to bardzo dobry produkt w bardzo przystępnej cenie. Przyznaję, iż nie testowałam go jako masło do całego ciała, głównie z powodu niezbyt szybkiej aplikacji. Moim zdaniem, masło Absolute Care sprawdzi się idealnie jako krem miejscowy na suche obszary naszego ciała (łokcie czy kolana) oraz super hiper nawilżający i zmiękczający krem do stóp o nieziemskim zapachu. Dodatkowym bonusem jest fakt, iż krem jest niesamowicie wydajny - myślę, iż powinien wystarczyć mi na cały rok regularnego smarowania! Zdecydowanie jest to mój ulubieniec i gorąco Wam polecam smarować sobie nim właśnie stopy :)

GDZIE TO KUPIĆ?
Masło, o którym mowa w niniejszym poście, pochodzi ze sklepu ESENTIRE.PL :-) 

Sklep Esentire
esentire.pl

Gorąco polecam Wam tam zajrzeć, gdyż sklep oferuje bogaty asortyment naturalnych i ekologicznych produktów do pielęgnacji twarzy i ciała, a nawet markowe perfumy w niższych cenach. Znajdziecie tam swoje ukochane produkty i marki (m.in. Batiste, Clochee, Sylveco, Mokosh, Orientana etc.) oraz odkryjecie mnóstwo ciekawych nowości. Jeśli jesteście z Częstochowy lub okolic (tak jak ja ;), to swoje zamówienie możecie odebrać osobiście w siedzibie firmy. Jeśli nie, to bez problemu dostarczy je Wam poczta lub kurier pod same drzwi. Dodatkowym atutem jest pakowanie zakupionych tam produktów w przeurocze firmowe pudełka (jak na zdjęciu poniżej, tuż za kosmetykami). Ja byłam zachwycona!  :)


*Ja ze swojej strony serdecznie dziękuję zarówno Organizatorom BbB 
oraz Sponsorowi spotkania, marce Esentire za kosmetyki do testów. 
Copyright © 2016 Elfie's planet , Blogger