niedziela, 31 lipca 2016

BIELENDA Golden Oils: Ultra Odżywcze Mleczko do Ciała z Drogocennymi Olejkami

BIELENDA Golden Oils: Ultra Odżywcze Mleczko do Ciała z Drogocennymi Olejkami
Marka Bielenda to jedna z moich ulubionych polskich firm kosmetycznych. Moja skóra od lat bardzo lubi się z ich kremami do twarzy, a ostatnio nawet zakumplowała się z podkładem matującym. Dotychczas znałam głównie produkty do twarzy tej marki, jednak w ostatnim kwartale miałam także możliwość zapoznania się z mleczkiem do ciała z linii Golden Oils - mowa tu o Ultra Odżywczym Mleczku do Ciała, które zawiera 3 Drogocenne Olejki: arganowy, abisyński i perilla. Olejek arganowy jest już chyba wszystkim dobrze znany, natomiast dwa pozostałe brzmią dla mnie zupełnie obco, ale o tym za chwilę...


BIELENDA Golden Oils: Ultra Odżywcze Mleczko do Ciała

Opakowanie
Mleczko znajduje się w plastikowej złotej butli o pojemności 250 ml. Butla jest dodatkowo wyposażona w pompkę, co zawsze jest dobrym i niezwykle praktycznym rozwiązaniem. Niestety, pompka ma tendencję do zacinania się, zwłaszcza pod koniec (tak po zużyciu 3/4 produktu z opakowania). Kolejnym małym minusem jest trochę nierówno naklejona i w rezultacie odklejająca się w jednym miejscu etykieta (co nie wygląda zbyt estetycznie). Mimo to, butla jest generalnie ładna i poręczna.


Konsystencja, zapach
Mleczko ma kolor mlecznobiały oraz przyjemną, jedwabistą konsystencję (nie za gęstą i nie za lekką), dzięki czemu kosmetyk bardzo łatwo rozprowadza się na skórze. Ponadto, mleczko błyskawicznie się wchłania. Nie pozostawia na skórze nieprzyjemnego tłustego filmu czy uczucia lepkości; skóra jest gładka, miękka i delikatnie połyskująca (co jest spowodowane zawartością olejków, nie zawiera bowiem żadnych rozświetlających drobinek!). Zapach mleczka jest bardzo przyjemny, utrzymany w nutach orientalnych i przez kilkanaście minut utrzymuje się na skórze.


Co zawiera
Jak już wspomniałam wcześniej, mleczko zawiera kompozycję 3 drogocennych olejków: olej arganowy, olej abisyński i olejek perilla, które mają regenerować skórę, odmładzać ją i ujędrniać. Jak informuje producent na opakowaniu, te trzy wspomniane wcześniej olejki posiadają następujące właściwości:

  • Olejek arganowy - niezwykle bogaty w "witaminę młodości" E oraz kwasy Omega 3-6-9.
  • Olejek abisyński - wyjątkowo przyjazny skórze, z łatwością regeneruje naskórek i wspomaga uzupełnianie utraconych lipidów.
  • Olejek perilla - posiada najsilniejszy potencjał antyoksydacyjny i przeciwstarzeniowy z wszystkich znanych olejów roślinnych.


Niestety, mimo zawartości tych cudownych olejków, produkt ma w składzie również alkohol i olej mineralny (parafinę), która znajduje się już na 4. miejscu listy składników INCI. Niektóre źródła donoszą, że parafina ma właściwości komedogenne. U mnie po regularnym stosowaniu mleczka faktycznie pojawiały się na skórze małe wypryski, głównie w okolicach ramion i dekoltu. Na pozostałych częściach ciała nie zauważyłam podobnych zmian. 

Działanie
Mleczko stosowałam przez ostatnie 2 czy 3 miesiące, z małymi przerwami (właśnie dzisiaj dobiło dna) i po tym okresie mogę stwierdzić, że moja skóra jest przede wszystkim dobrze nawilżona i odżywiona. Poza tym, po aplikacji mleczka, jest wyraźnie bardziej miękka i otulona "ciepłym" orientalnym zapachem. Produkt nie uczulił ani nie podrażnił mojej skóry, natomiast jedynym minusem były właśnie te sporadyczne wypryski na dekolcie. Na plus jest natomiast fakt, iż mleczko świetnie nadawało się, a wręcz łagodziło skórę po depilacji - bez jakiegokolwiek szczypania czy zaczerwienienia skóry...


Podsumowując, moje pierwsze mleczko do ciała z Bielendy oceniam pozytywnie, pomijając niektóre jego minusy (jak zacinająca się pompka, odklejająca etykieta czy parafina w składzie). Produkt ten ładnie nawilża, zmiękcza i odżywia skórę, a do tego ma przyjemny zapach i bardzo szybko się wchłania. Jest dostępny w drogeriach i sklepach internetowych w przystępnej cenie (ok. 15-17 zł), a do mnie trafił w pudełku ELLE (openbox TUTAJ). 

Więcej informacji o produkcie znajdziecie na stronie Producenta.


Ja w zapasach mam jeszcze mleczko z linii Algi Morskie i już się nie mogę doczekać, aż je przetestuję na swojej skórze :)

Znacie kosmetyki do pielęgnacji ciała marki Bielenda? Które z nich szczególnie przypadły Wam do gustu? xo

czwartek, 28 lipca 2016

CLOCHEE Relaksujący płyn micelarny

CLOCHEE Relaksujący płyn micelarny
Uwielbiam płyny micelarne i zawsze się cieszę z możliwości przetestowania tego typu produktów nowych marek. Podobnie było w przypadku płynu polskiej marki Clochee, który dostałam w prezencie od sklepu LEMONE na spotkaniu Beauty by Bloggers w Częstochowie 11 czerwca 2016 roku. Jeśli jesteście ciekawi, jak płyn się u mnie sprawdził, zapraszam dalej...

lemone.pl

CLOCHEE RELAXING MICELLAR WATER Orange Blossom & Damascan Rose Water to produkt, który składa się z naturalnych, certyfikowanych składników, takich jak: hydrolat z kwiatu pomarańczy oraz róży damasceńskiej czy sok z liści aloesu. Nie zawiera parabenów, silikonów, olei mineralnych. Ma opakowanie przyjazne dla środowiska.

Ma on przede usuwać makijaż twarzy i oczy, oczyszczać i tonizować skórę, a także łagodzić podrażnienia i zaczerwienienia. Producent na opakowaniu obiecuje również, że kosmetyk działa przeciwstarzeniowo i relaksuje naturalnym zapachem.

Kosmetyk jest dostępny w 2 pojemnościach: 250 ml w cenie 59 zł oraz 100 ml za 29 zł.


Ja miałam okazję testować wersję 100 ml płynu. Muszę przyznać, że opakowanie jest wykonane bardzo solidnie (plastikowa butelka w kolorze granatu, biało-szara etykieta i zamykanie typu klik), a poza tym prezentuje się naprawdę elegancko. Zapach jest faktycznie relaksujący i przyjemny, taki naturalnie roślinny, bez żadnych dodatków zapachowych. Jeśli chodzi o działanie, to zmywa makijaż bez trudu - zazwyczaj zużywam 6-8 wacików lub 4 waciki (zmywając obustronnie) do usunięcia podkładu, korektora, eyelinera i tuszu do rzęs. Po demakijażu, płyn pozostawia na skórze delikatnie lepką warstwę, jednak po wsmarowaniu kremu nie stanowi to żadnego problemu. Zarówno w trakcie, jak i po zużyciu całego opakowania płynu, nie zauważyłam żadnych zmian ani reakcji alergicznych na skórze twarzy. Niestety, płyn trochę podrażniał moje bardzo wrażliwe oczy (powodując lekkie szczypanie, które utrzymywało się przez parę minut po demakijażu). W związku z powyższym, używałam tego produktu głównie do przemywania twarzy oraz w roli toniku. Muszę przyznać, że jako tonik sprawdził się u mnie najlepiej; uwielbiałam przemywać nim skórę twarzy po maskach lub po oczyszczeniu żelem Biolaven. Poniżej moje subiektywne zestawienie plusów i minusów płynu micelarnego marki Clochee...


Zalety produktu:

  • eleganckie i solidne opakowanie, które jest przyjazne dla środowiska
  • przyjemny, roślinny zapach, bez żadnych sztucznych substancji perfumujących
  • płyn zawiera naturalne i certyfikowane składniki, w tym wspomniany wcześniej hydrolat z kwiatu pomarańczy oraz róży damasceńskiej 
  • nie zawiera parabenów, silikonów czy olei mineralnych
  • cudownie tonizuje oraz pozostawia skórę twarzy nawilżoną, bez uczucia ściągnięcia czy przesuszenia.

Wady produktu:

  • w moim przypadku nie sprawdził się do demakijażu oczu (płyn powodował lekkie szczypanie), ale warto tutaj nadmienić, iż mam wyjątkowo wrażliwe oczy
  • pozostawia lepką warstwę na skórze
  • dostępność (głownie sklepy online) i cena.


Jeśli jesteście ciekawe kosmetyków tej marki, odsyłam Was do sklepu LEMONE (KLIKoraz na stronę Kliniki LEMONE (KLIK). Klinika Lemone jako jedna z niewielu w Polsce posiada możliwość dystrybucji w sieci suplementów i dermokosmetyków renomowanych firm z hasłem „wszystkie preparaty dla piękna w jednym miejscu”. Na stronie Kliniki w zakładce „sprzedaż online” dostaniecie wiele ciekawych produktów do pielęgnacji twarzy, makijażu, jak również suplementów diety. 

lemone.pl
sklep.lemone.pl

Osobiście polecam zerknąć w zakładkę "Promocje", gdzie możecie znaleźć preparaty renomowanych marek w obniżonych cenach, np. serum SesDerma za 101 zł zamiast prawie 190 zł! Na marginesie powiem, że mam podobne serum tej marki i jest absolutnie genialne... xo

PS. Bardzo dziękuję marce LEMONE oraz Organizatorom I Edycji Beauty by Bloggers w Częstochowie za możliwość przetestowania produktu.  

wtorek, 26 lipca 2016

Egzotyczny letni koktajl pod prysznicem: THE BODY SHOP Pinita Colada

Egzotyczny letni koktajl pod prysznicem: THE BODY SHOP Pinita Colada
Kosmetyki The Body Shop marzyły mi się od dawna, ale niestety mam do nich bardzo ograniczony dostęp. Moja ostatnia wizyta w Warszawie musiała się zatem zakończyć małymi zakupami w salonie TBS w Złotych Tarasach, ale z powodu braku czasu (-> konferencja Meet Beauty), wysłałam tam męża po jakiś owocowy żel pod prysznic oraz po słynny już olejek z drzewa herbacianego na niedoskonałości. Przyznam Wam szczerze, że po cichu marzyłam o żelu malinowym albo brzoskwiniowym, a gdy dowiedziałam się, że mój Frymus kupił mi żel z najnowszej linii Pinita Colada, nie za bardzo się ucieszyłam. Przede wszystkim, aż taką miłośniczką ananasa nie jestem. Kokos w kosmetykach z czasem udało mi się polubić (możecie o tym poczytać w poście KOKOSOWA PIELĘGNACJA), jednak połączenie go z ananasem to nie jest moja wymarzona kompozycja zapachowa...



O dziwo, mimo tych początkowych obiekcji, nawet polubiłam się z tym niecodziennym i typowo wakacyjnym zapachem. Jest to przede wszystkim ananas, kokos moim zdaniem wyczuwalny w minimalnym stopniu lub praktycznie wcale. Jeśli ma to być zapach egzotycznego koktajlu o nazwie Pina Colada, to moim zdaniem zdecydowanie brakuje tutaj nut mleczka kokosowego. Niemniej jednak, zapach żelu jest bardzo świeży i przez to dosyć przyjemny; idealny na upalne letnie dni. Przyjemne jest również opakowanie produktu - przezroczysta plastikowa buteleczka o pojemności 250 ml idealnie mieści się w dłoni i ma wygodne zamykanie typu klik. Troszkę mniej przyjemna jest jednak konsystencja żelu, nie jest to bowiem rzadki i lejący się płyn, a raczej gęsta, nieco glutowata substancja. Przez to niestety żel dosyć ciężko wydobywa się z opakowania - musimy butelkę dosyć mocno ścisnąć, a i tak wychodzi to dosyć opornie. 


Co do właściwości, to żel robi, co ma robić, czyli przede wszystkim myje i intensywnie pachnie egzotycznymi owocami (-> choć ubolewam, iż ekstrakty owocowe znajdują się na końcu listy składników INCI). Przez zawartość SLeS, produkt mocno się pieni i niestety, zauważyłam, iż w niektórych miejscach wysuszył mi skórę (zwłaszcza na ramionach), w związku z czym niezbędne było potem dodatkowe nawilżenie skóry. 


Podsumowując, moje egzotyczne letnie prysznice z żelem Pinita Colada oceniam na czwórkę z minusem. Zapach jest bardzo przyjemny: nietuzinkowy, wakacyjny i świeży, ale nieco glutowata konsystencja i miejscowe przesuszenie skóry decydują o minusie przy ocenie żelu. Mimo wszystko, z ogromną ciekawością wypróbuję jeszcze inne kosmetyki The Body Shop (na razie używam olejku z drzewa herbacianego i jestem bardzo zadowolona) i wtedy wyrobię sobie opinię o marce. Dajcie znać, czy znacie TBS, a jeśli tak, które ich kosmetyki są godne uwagi... xo

piątek, 22 lipca 2016

BEAUTY FESTIVAL, czyli beGLOSSY lipiec 2016

BEAUTY FESTIVAL, czyli beGLOSSY lipiec 2016
Pudełko czerwcowe beGLOSSY o nazwie Skin Factory okazało się dla mnie trochę oszukane i praktycznie bezużyteczne (zawierało głównie miniaturki, kolejną już mini-rękawiczkę do demakijażu GLOV, pełnowymiarowy szampon do włosów Sessio oraz prezent VIP-błyszczyk L'Ambre w totalnie nie moim kolorze). Pudełko przyszło do mnie akurat w moje urodziny, więc nie chciałam się denerwować i po prostu schowałam je do szuflady, nawet nie pokazując Wam jego zawartości. W tym miesiącu jednak wracam do Was po przerwie z openbox'em najnowszej, lipcowej edycji beGLOSSY - tym razem jest to pudełko nawiązujące do popularnych w okresie letnim festiwali o bardzo przyjemnej nazwie Beauty Festival



1. AUSSIE Suchy szampon do włosów Festival Fresh; 17 zł/180 ml.

Suchy szampon zawsze chętnie przetestuję. O tej marce słyszałam niezbyt pochlebne opinie, ale mimo to jestem ciekawa i chcę się przekonać sama. Spoko produkt, z pewnością wykorzystam...


2. CATRICE Lakier do paznokci w odcieniu 18 Bloody Mary To Go; 10,50 zł/10 ml.

Mam w domu wystarczającą ilość lakierów, tym bardziej w kolorze czerwonym, więc chyba podaruję go bliskiej osobie...


3. YASUMI Krem do twarzy z kwasem laktobionowym Lactobionic Acid Cream; 125 zł/50 ml - tutaj mamy wersję 30 ml

Markę YASUMI lubię głównie za moje ukochane gąbki Konjac oraz cukrowe peelingi do ciała, ale ten krem też wydaje mi się bardzo ciekawy. Z pewnością wypróbuję go dopiero jesienią (wtedy zazwyczaj stosuję kuracje i produkty z kwasami), gdy już przestanę chronić twarz filtrem SPF50...


4. EFEKTIMA Masło do ciała Shea Miracle; 16 zł/250 ml - tutaj mniejsza wersja 

Mam w domu mnóstwo balsamów i maseł do ciała... ale mimo to, jestem ciekawa tej marki. Małe opakowanie przyda się na wyjazd i pachnie dosyć przyjemnie. OK.


6. EUBOS Krem do rąk (ok. 25 zł/70 ml) i balsam do stóp (30 zł/100 ml)  - miniaturki

Takie mini wersje mogą mi się przydać do podróżnej kosmetyczki na wyjazdy weekendowe lub nawet na tygodniowy urlop, więc z pewnością wykorzystam. Przynajmniej mój bagaż będzie mniej ważył, a takie kosmetyki to mój must-have. Marki Eubos nie znam, ale są to dermokosmetyki do skóry wrażliwej, bez barwników, emulgatorów PEG i oleju mineralnego, także powinny sprawdzić się dobrze...


* PREZENT: CLEAN HANDS Antybakteryjny żel do rąk; 3,29 zł/30 ml

Taki żel zawsze warto mieć w torebce czy samochodzie. Aktualnie używam cudnie pachnącego żelu od Bath & Body Works, ale ten dam mężowi do samochodu - z pewnością mu się przyda.


Lipcowe pudełko beGLOSSY Beauty Festival oceniam całkiem pozytywnie, o niebo lepiej niż dwie poprzednie edycje. Poza lakierem do paznokci, wykorzystam wszystkie produkty. Jest to już moja ostatnia edycja z pakietu 6-miesięcznego. Szczerze powiedziawszy, trochę żałuję, że nie wzięłam pakietu tylko na 3 miesiące. Pierwsze trzy pudełka były bardzo ok, natomiast trzy ostatnie o wiele słabsze. Wiadomo, w przypadku beGLOSSY jest to istna loteria i nigdy nie wiadomo, co się trafi. Przekonałam się, że takie pudełka niespodzianki (czytaj: kupowanie kota w worku) to jednak nie moja bajka - zbyt często czułam się nimi po prostu rozczarowana i zła (oczywiście głównie na siebie, że zmarnowałam ciężko zarobione pieniądze na rzeczy, których nie wykorzystam lub nie potrzebuję). Zdecydowanie wolę pudełka w stylu JoyBox, Trendy Glam Box czy zestaw ELLE od Burda Media, w których widzimy zawartość i w cenie 49 zł mamy o wiele więcej ciekawych produktów do przetestowania. Jeśli takie pudełko mi się podoba, kupuję je okazjonalnie, a jeśli dana edycja niezbyt mnie interesuje, po prostu odpuszczam i oszczędzam pieniądze. 



Dajcie znać, jakie jest Wasze zdanie na temat lipcowej edycji beGLOSSY oraz czy zamawiacie jakieś boxy subskrypcyjne... Pozdrawiam cieplutko i do następnego! xo

wtorek, 12 lipca 2016

Odmładzanie skóry twarzy z NIVEA Q10

Odmładzanie skóry twarzy z NIVEA Q10
"Stary dobry" krem Nivea to już klasyka gatunku, znały go nasze babcie, używały nasze mamy, natomiast ja w ciągu ostatnich dwóch miesięcy miałam okazję przekonać się na własnej skórze, jak sprawdzają się nieco nowsze produkty marki Nivea: Przeciwzmarszczkowe Serum NIVEA Q10 Plus Perły młodości oraz Przeciwzmarszczkowy krem nawilżający na dzień z SPF15. Jeśli jesteście ciekawi, jak te produkty sprawdziły się na skórze z pierwszymi zmarszczkami (tj. 30+), zapraszam na recenzję...


Serum "Perły młodości" 

OPAKOWANIE
Kosmetyk znajduje się w plastikowym, smukłym opakowaniu (o pojemności 40 ml) z pompką. Opakowanie jest estetyczne oraz bardzo solidne - pompka działa bez zarzutu, nic się nie zacina, a przez plastik widzimy dokładnie ilość żółtych perełek, które po wydobyciu zamieniają się w krem. Etykieta-naklejka na plastikowej butelce zawiera informacje tylko w języku angielskim, natomiast na kartonowym opakowaniu, w które kosmetyk był oryginalnie zapakowany, znajdziemy już informacje dotyczące działania produktu w języku polskim, jak również szczegółową listę składników INCI.


APLIKACJA
Jak widzicie na zdjęciu, serum ma postać żółtych perełek, które po wyciśnięciu zmieniają konsystencję na kremową, z niewielkimi "grudkami". Serum wystarczy chwilę wsmarować w skórę, a po chwili wchłania się całkowicie, pozostawiając skórę twarzy gładką i matową. Małym minusem tego kosmetyku jest w moim odczuciu dosyć sztuczny (i dla mojego wybrednego nosa średnio przyjemny) zapach, ale mimo to, aplikacja jest naprawdę całkiem przyjemna i bezproblemowa. 



DZIAŁANIE
Jak informuje producent na opakowaniu, serum ma zapewniać najwyższą dawkę naturalnie występującego w naszej skórze koenzymu Q10, który odpowiada za zwiększanie produkcji elastyny i redukcję zmarszczek. Ponadto, serum ma również wygładzać powierzchnię skóry, sprawiać, że będzie miękka w dotyku i że będzie wyglądać młodziej. W moim odczuciu, skóra po zastosowaniu serum jest faktycznie gładsza i bardziej miękka, jednak po 2 miesiącach regularnego stosowania, nie odnotowałam zniknięcia drobnych zmarszczek mimicznych. Jeśli po dłuższym czasie to się zmieni, to z pewnością poinformuję Was o tym fakcie... 

Krem nawilżający na dzień SPF15

OPAKOWANIE
Kosmetyk znajduje się w plastikowym słoiczku 50 ml z odkręcaną pokrywką, również oryginalnie zapakowanym w kartonowe pudełeczko, na którym znajdziemy wszelkie informacje o produkcie wraz z listą składników (jak na zdjęciu poniżej). 


APLIKACJA
Krem ma zdecydowanie bardziej gęstą i cięższą konsystencję od serum i moim zdaniem pachnie o wiele przyjemniej (zapach ten jest może nieco sztuczny, ale z drugiej strony przyjemnie "kremowy", przypominający mi znany z liceum krem Nivea Soft). Krem ma też inne zabarwienie od perełek (-> jest mlecznobiały), a po nałożeniu na skórę szybko się rozsmarowuje i dosyć szybko wchłania, pozostawiając jednak przez kilkanaście minut lekko wyczuwalny, tłustawy film. 


DZIAŁANIE
Po nałożeniu kremu, skóra jest przyjemnie nawilżona i trochę się błyszczy, więc dla osób z bardzo tłustą cerą (zwłaszcza latem), kosmetyk może być trochę za ciężki. Ja, mimo iż jestem posiadaczką cery mieszanej (tj. tłustej w strefie T i bardzo suchej na policzkach), nie narzekam na to nadmierne wydzielanie sebum; jeśli na czole czy brodzie za bardzo się świecę, nadmiar sebum po prostu zdejmuję za pomocą bibułek matujących. Dla mnie ogromne znaczenie ma fakt, iż krem doskonale nawilża moją przesuszoną skórę na policzkach (podejrzewam, że to za sprawą zawartości masła shea, które znajduje się już na trzecim miejscu listy składników INCI), nie uczulił mnie ani nie zapchał (zawiera glicerynę, ale ja nie mam z nią żadnego problemu), a do tego nadaje się pod makijaż. Jedynym zastrzeżeniem, jakie mam wobec tego produktu, jest zbyt niski SPF - jako osoba ze skłonnością do przebarwień posłonecznych, kremu używam głównie na noc lub na dzień tylko wtedy, gdy wiem, że nie będę wychodzić z domu; wiosną i latem  po prostu nie ruszam się z domu bez filtra o wartości minimum SPF50. 

Poniżej moje subiektywne zestawienie plusów i minusów kosmetyków z serii Q10:

Zalety produktów:
  • produkty delikatne i bezpieczne dla skóry; powinny być odpowiednie również dla posiadaczek skóry wrażliwej; nie uczuliły i nie podrażniły
  • bardzo dobrze nawilżają skórę
  • wygładzają i zwiększają elastyczność skóry
  • nadają się pod makijaż (serum może być stosowane jako baza pod makijaż)
  • nie zapychają, nie spowodowały u mnie żadnego wysypu nieprzyjaciół
  • są dostępne w większości drogerii i sklepów
  • mają eleganckie i bardzo solidne opakowania
  • są bardzo wydajne (używam ich dopiero od 2 miesięcy, a myślę, że zużyłam tylko 1/3 kosmetyków z opakowań) i mają długi termin przydatności - 12 miesięcy od otwarcia.

Wady produktów:
  • krem ma zbyt niski SPF jak na moje potrzeby (jeśli macie skłonność do przebarwień, to krem zostawcie sobie na chłodniejsze i mniej słoneczne dni)
  • krem może okazać się zbyt tłusty i ciężki (zwłaszcza latem), zatem wydaje mi się odpowiedni bardziej jesienią czy zimą, serum natomiast jest lekkie i matuje skórę
  • moim zdaniem, serum wygląda i pachnie trochę sztucznie
  • dla niektórych Polek, cena ok. 50 zł za serum oraz ok. 45 zł za krem na dzień może być zbyt wysoka
  • nie są to produkty odpowiednie dla fanek kosmetyków naturalnych (jednak na szczęście, firma NIVEA nie testuje swoich kosmetyków na zwierzętach :).

MOJA OPINIA
Po 2 miesiącach codziennego stosowania serum i kremu dwa, a czasem nawet trzy razy dziennie stwierdzam, że moja skóra faktycznie wygląda nieco młodziej (pomijając oczywiście skłonność do przebarwień oraz fakt, że zmarszczki mimiczne jak były, tak nadal na mojej twarzy są :/). Po tych 2 miesiącach codziennego smarowania zauważyłam, że moja cera jest doskonale nawilżona, gładsza i bardziej miękka. Myślę, że serum jesienią zastąpię jakimś innym produktem, który rozjaśni plamy hiperpigmentacyjne, natomiast do kremu planuję jeszcze wrócić w sezonie jesienno-zimowym, kiedy to zazwyczaj miewam spore problemy z nawilżeniem suchych partii skóry. Ponadto, jestem bardzo ciekawa przeciwzmarszczkowego kremu pod oczy z tej serii i chciałabym się przekonać, czy choć w niewielkim stopniu byłyby w stanie wygładzić moje kurze łapki... Tak czy inaczej, jeśli szukacie produktów odmładzających, które są bezpieczne dla skóry i super dobrze nawilżają oraz wygładzają skórę, to z czystym sercem mogę Wam polecić serię NIVEA Q10.

Więcej informacji o produktach (w tym m.in. pełną listę składników) znajdziecie na stronie nivea.pl:

Serum "Perły młodości" KLIK
Krem na dzień KLIK            

Dziękuję marce NIVEA oraz serwisowi BLOGmedia za możliwość przetestowania produktów. Ostatnio w ramach kampanii dostałam też nowe chusteczki do demakijażu NIVEA Cream Care, ale o nich usłyszycie niebawem... xo

sobota, 9 lipca 2016

EVERYDAY LUXE: Sea Salt & Ginger, czyli amerykańskie świece rządzą

EVERYDAY LUXE: Sea Salt & Ginger, czyli amerykańskie świece rządzą
Jakiś czas temu w Wiosennych Ulubieńcach (KLIK) pokazywałam Wam przepiękną świecę amerykańskiej marki Everyday Luxe, zakupioną w moim częstochowskim TK Maxx za jedyne 35 zł (!). Uwielbiam tam zaglądać zwłaszcza do działu domowego, gdzie zawsze znajdę jakiś piękny, nietuzinkowy element wystroju wnętrz (mebel lub gadżet kuchenny) za niewielkie pieniądze. Ostatnim razem wybrałam się do TK'a w poszukiwaniu świecy, najlepiej w dużym słoiku i z trzema knotami (wiecie, takimi jakie ma w swojej ofercie Bath&Body Works) i po jakimś półgodzinnym poszukiwaniu, trafiłam na swój ideał, czyli świecę cudownie pachnącą oraz przepięknie i elegancko wydaną. Świeca o zapachu Sea Salt & Ginger to mieszanka wosków sojowych o nutach soli morskiej i imbiru, czyli dosyć nietypowe i ciekawe połączenie. Dla mnie ten zapach jest świeży, ale jednocześnie mocny i wyrazisty, poza solą morską i przyprawami, wyczuwam tu również jakieś kwiaty (kojarzą mi się trochę z różowymi liliami). Są to nuty, które są niezwykle orzeźwiające i kojące zmysły po całym dniu, zatem najczęściej lubię zapalać tę świecę po powrocie z pracy lub po prostu wieczorem.


Jak widzicie na zdjęciach, świeca znajduje się w dużym, szklanym, eleganckim słoju (411 g) i posiada srebrną aluminiową przykrywkę, na której znajduje się wyrzeźbione logo i nazwa marki (EVERYDAY LUXE HOME FRAGRANCE). Ta pokrywka, oprócz walorów estetycznych, posiada również niezwykle praktyczne zastosowanie, bowiem nakładając ją na szklany słoik z palącą się w środku świecą, gasimy ją jednym ruchem, bez zbędnego kopcenia. Etykieta-naklejka na szkle jest utrzymana w równie eleganckiej stylistyce, przez co całość prezentuje się bardzo zacnie i tak... amerykańsko ;) Wizualnie piątka z plusem.




Świecę palę już od kilku miesięcy (zdjęcie przedstawia jednak nówkę sztukę, prawie wówczas nie śmiganą ;) i jak dotąd, wypala się dość równo. Niestety, widziałam w Internecie kilka niepochlebnych opinii oraz zdjęcia, na których dziewczyny pokazywały, że wosk ma tendencję do pozostawania na ściankach naczynia, przez co niestety świeca nie wypala się do końca. Ja jeszcze do denka będę musiała trochę poczekać, mimo iż mam świecę już kilka miesięcy. Jak na razie jestem z niej zadowolona, chociaż faktycznie zauważam, iż wosk zaczyna zbierać się po bokach, na szkle. Nie zmienia to jednak faktu, iż z przyjemnością będę szukać jeszcze i testować zapachy innych, nieznanych mi dotąd marek, dostępnych w outlecie TK Maxx. Mam również w planach wypróbować wreszcie zapachy Kringle Candle, z którymi nie miałam jak dotąd styczności... 

A Wy jakie świece i zapachy polecacie? xo

piątek, 8 lipca 2016

OEPAROL ESSENCE: Odżywczy krem pod oczy z kwasami omega i ceramidami

OEPAROL ESSENCE: Odżywczy krem pod oczy z kwasami omega i ceramidami
Hejka! Właśnie kończy mi się krem pod oczy marki Oeparol z kwietniowego Joyboxa (OPENBOX), zapraszam Was zatem na moje wrażenia po kilkumiesięcznym używaniu tego kremu.


O produkcie
OEPAROL ESSENCE: Odżywczy krem pod oczy z kwasami omega i ceramidami to krem polskiej marki, który dostaniemy w aptekach oraz wybranych sklepach internetowych za ok. 18 zł. Jak informuje producent na kartonowym pudełku, w które zapakowana była plastikowa tubka z kremem (15 ml), produkt ten ma za zadanie uelastyczniać i odżywiać skórę pod oczami oraz rozjaśniać cienie. Jest to kosmetyk hipoalergiczny, bez parabenów, testowany dermatologicznie oraz przebadany pod kontrolą okulistyczną. Zawiera m.in. bogaty w kwasy omega-6 oraz ceramidy olej z wiesiołka, masło shea (które ma nadawać skórze gładkość i elastyczność) czy escynę, która m.in. poprawia mikrokrążenie oraz redukuje opuchnięcia i cienie pod oczami. 


Moja opinia
Kremik ma białe zabarwienie i lekką konsystencję. Łatwo wydobywa się z tubki i szybko wchłania, nie pozostawiając tłustej czy lepkiej warstwy. Stosuję go codziennie na dokładnie oczyszczoną skórę wokół oczu dwa, a czasami nawet trzy razy dziennie, wsmarowując palcem serdecznym (ruchami okrężnymi), a potem delikatnie wklepując. Muszę przyznać, że krem bardzo dobrze nadaje się pod makijaż, bowiem nic się nie waży ani nie roluje. Stosowałam ten krem przez okres prawie 3 miesięcy, i niestety po tym czasie odnotowałam jedynie poprawę nawilżenia i odżywienia skóry pod oczami. Jeśli natomiast chodzi o obiecywane rozjaśnienie cieni pod oczami (a mam spore - taka niestety już moja uroda), to nic takiego się nie zdarzyło. Co do opuchnięć, nie posiadam takowych, zatem wstrzymam się od opinii w tym aspekcie. Na plus oceniam fakt, iż krem nie uczulił i nie wywołał żadnych niepożądanych reakcji, jednak mimo wszystko na moje potrzeby (tj. wspomniane wcześniej zasinienia oraz pierwsze zmarszczki, tzw. kurze łapki) okazał się niewystarczający.


Plusy:
  • hipoalergiczny i delikatny, nie uczula i nie podrażnia
  • niedrogi (ok. 18 zł, ale na promocjach ceny zaczynają się już nawet od ok. 13 zł)
  • łatwo się aplikuje i szybko wchłania
  • neutralny zapach
  • dosyć dobrze nawilża skórę pod oczami
  • nadaje się pod makijaż, nie roluje się i nie waży
Minusy:
  • nie rozjaśnia cieni pod oczami
  • zbyt delikatny do skóry bardziej wymagającej, z oznakami starzenia
  • raczej mało wydajny (wystarczył mi na ok. 3 miesiące codziennego smarowania).


Podsumowując, krem na szczęście nie zrobił mi żadnego kuku, poprawnie nawilżał skórę pod oczami i doskonale nadawał się pod makijaż. Jednak ze względu na fakt, iż jestem już parę lat po 30., moja skóra pod oczami potrzebuje jakiegoś silniej działającego kosmetyku. Raczej nie kupię tego kremu ponownie. Jeśli natomiast jesteście młode i szukacie kremu, który nawilży, nada się pod makijaż i nie uczuli wrażliwej skóry pod oczami, to śmiało możecie go szukać w aptekach. 

Więcej informacji o produkcie TUTAJ.

Znacie ten krem? Jakie kremy pod oczy polecacie? xoxo

poniedziałek, 4 lipca 2016

Slow life według Elfie (part I)

Slow life według Elfie (part I)

WTF IS SLOW LIFE???
Zapotrzebowanie na slow, czyli szeroko pojęte połączenie minimalizmu z życiem w harmonii ze sobą i na nieco wolniejszych obrotach staje się ostatnio coraz bardziej powszechne. Wiecznie zapracowani i zmęczeni tym całym wyścigiem szczurów czy też życiem na wysokich obrotach, coraz częściej potrzebujemy chwili odpoczynku oraz nowych, efektywnych sposobów na tzw. reset. Jak pisze Joanna Glogaza w swojej nowej książce pt. "Slow life. Zwolnij i zacznij żyć", jest to nic innego jak "prowadzenie harmonijnego, szczęśliwego życia w zgodzie ze sobą". Co więcej, wg autorki, slow life to "styl życia, w którym stawiamy na jakość, nie na ilość". Mimo, iż zjawisko to jest szczególnie popularne ostatnio, ma ono wiele wspólnego z niektórymi religiami czy starożytnymi filozofami. Dla mnie slow life to nic innego, jak życie w spokoju i harmonii, życie pełne szczęścia i przepływu (z ang. flow), a wreszcie celebrowanie chwili obecnej, docenianie tego, co mamy TU i TERAZ, czyli swego rodzaju odświeżona wersja carpe diem. Co więcej, w slow life chodzi o jakość życia, co moim zdaniem wiąże się także z otaczaniem się tylko wartościowymi ludźmi, przedmiotami czy rozrywkami, które mają na nas dobry wpływ, dają nam szczęście oraz wewnętrzny spokój. Nawiązując do zasady minimalizmu (tj. mniej znaczy więcej), mniej w naszym życiu śmieci i bylejakości, a więcej zdrowia, porządku i wysokiej jakości dóbr, ludzi oraz chwil.

SLOW LIFE WEDŁUG ELFIE
Wcześniej w moim życiu bywało różnie; czasami otaczałam się ludźmi, którzy byli toksyczni, negatywni, fałszywi bądź nudni, często z powodu tzw. braku laku (smutne, ale prawdziwe). W moim życiu było też sporo przedmiotów, które tylko kurzyły się na półkach i zabierały miejsce, mimo iż od lat nie były używane i po prostu przestały być mi już potrzebne (mam tu na myśli zwłaszcza stare, szkolne kserówki, książki, płyty CD i DVD, ubrania, dodatki, stare czasopisma czy też bezsensowne bibeloty). Podobnie było również z czasem wolnym, który wypełniały mi zajęcia konsumujące ogromną ilość czasu, ale niewiele wnoszące do mojego życia (przykładem niech będą seriale typu "Pierwsza miłość", gierki na Facebooku czy przeglądanie portali plotkarskich typu Pudelek ;). 

Na szczęście, slow life to określenie, które idealnie opisuje moje aktualne życie, bowiem nie ogranicza mnie żaden etat w korporacji (ok, dorabiam sobie w pewnej znanej w całym kraju szkole językowej, ale mimo to pracuję na luzie i z przyjemnością), póki co nie mam też dzieci, przez co mam sporo wolnego czasu, a większą część tygodnia spędzam po prostu tak, jak lubię i jak mi wygodnie. Oczywiście, raz na jakiś czas zdarzają mi się okresy wzmożonej pracy, jednak wówczas weekendy stają się dla mnie takim obowiązkowym czasem na chillout i doładowanie baterii, i to właśnie wtedy śpię do południa, czytam i generalnie celebruję sobie słodkie nicnierobienie... aż do kolejnego poniedziałku. Odpoczynek jest sztuką, dlatego uważam, iż warto się go nauczyć (o ile oczywiście mamy z tym problem) i zwyczajnie celebrować swój czas wolny najlepiej, jak się da.


Slow life to tak naprawdę temat rzeka oraz świetny materiał na książkę (notabene, książkę Glogazy właśnie zaczęłam czytać, ale już wiem, że będzie moim ulubieńcem lata!) czy na kolejne posty na blogu, dlatego też mam w planach przedstawić Wam niebawem kilka moich sposobów i patentów na leniuchowanie oraz życie w harmonii z własnymi zainteresowaniami i potrzebami. Dajcie mi koniecznie znać, co sądzicie o filozofii slow life (ewentualnie slow food czy slow fashion) i jak to jest z Waszym czasem wolnym... Pozdrawiam Was cieplutko i do usłyszenia wkrótce! xoxo
Copyright © 2016 Elfie's planet , Blogger