czwartek, 31 marca 2016

Dwa produkty Sylveco, które pokochałam już po pierwszym użyciu!

Dwa produkty Sylveco, które pokochałam już po pierwszym użyciu!
Marki Sylveco nie muszę chyba nikomu przedstawiać - w 2015 roku był to chyba największy hit wśród marek produkujących naturalne kosmetyki, popularny zwłaszcza w polskiej blogosferze. Nie ukrywam, że sama bardzo długo byłam ciekawa niektórych produktów, zwłaszcza tych do pielęgnacji twarzy (m.in. peelingu korundowego, słynnego lipowego płynu  micelarnego, toniku z hibiskusem). Ucieszyłam się zatem, że marka Sylveco była jednym ze Sponsorów IV edycji Nierutynowych Spotkań dla Blogerów Urodowych Secrets of Beauty, w których uczestniczyłam w październiku zeszłego roku. Niestety, przyznam Wam się szczerze, że produkty, jakie dostałyśmy do  testów na początku nie wzbudziły mojego zachwytu...


Po pierwsze, w naszych paczkach znalazł się Żel myjący do twarzy Biolaven, który miałam już wcześniej, aczkolwiek nie wzbudził we mnie zachwytu (krótko mówiąc, ściągał i przesuszał mi skórę na policzkach). Zużyłam go głównie do mycia rąk po podkładzie oraz do prania pędzli, zatem drugie opakowanie wykorzystam w podobnym celu, ewentualnie spróbuję używać go w parze z tonikiem lub płynem micelarnym tej marki, a o efektach poinformuję Was w swoim czasie na blogu... Kolejnym kosmetykiem był Kremowy szampon i płyn do kąpieli z serii Sylveco dla dzieci, który bez namysłu podarowałam mojej maleńkiej bratanicy. Jak dotąd, nie dostałam żadnej informacji zwrotnej od jej mamy, więc nie będę się na ten temat wypowiadać. Zostały mi zatem do przetestowania dwa produkty: Ziołowy płyn do płukania jamy ustnej oraz Lniana maska do włosów, i to właśnie tym perełkom poświęcę dzisiaj nieco więcej uwagi.

Ziołowy płyn do płukania jamy ustnej



Ten produkt zachwycił mnie już w drodze powrotnej z Ostrowa, kiedy to z mężem postanowiliśmy się nieco odświeżyć (tj. przepłukać gębofony i odświeżyć oddech ;). Od razu spodobał mi się smak tego płynu, który w niczym nie przypomina mi tych paskudnych, sztucznych i mocno alkoholowych Pokemonów z drogerii (i nie ważne, czy jest to Colgate, czy Listerine, czy najtańsza tego typu płukanka z Biedronki lub Rossmann'a, żadnej z nich po prostu nie jestem w stanie przeżyć). Bardzo przyjemny, delikatnie ziołowy smak oraz zapach były tutaj niezwykle istotnym czynnikiem, ale warto również wspomnieć o pojemnej i eleganckiej plastikowej butli oraz o składzie, który jest po prostu rewelacyjny! Co do działania, płyn robił, co miał robić, czyli przede wszystkim dobrze płukał jamę ustną i odświeżał oddech. Jestem pewna, że jeszcze nie raz do niego wrócę. Jak dotąd, nie znalazłam niczego lepszego na polskim rynku...

Składniki / INCI
Woda, ekstrakt z szałwii lekarskiej, ekstrakt z mięty pieprzowej, ekstrakt z rozmarynu lekarskiego, ekstrakt z goździków, gliceryna, ksylitol, wodorowęglan sodu, betaina kokamidopropylowa, benzoesan sodu, olejek miętowy, alantoina, kwas cytrynowy. 

Więcej informacji na temat tego produktu znajdziecie TUTAJ. Cena: 18 zł / 500 ml. 

Lniana maska do włosów


Na początku pomyślałam sobie, że wolałabym jednak dostać coś do pielęgnacji twarzy aniżeli kolejną maskę do włosów, ale po jakimś czasie (tj. po 6 miesiącach od spotkania) moje krótkie włosy nareszcie mi urosły i są aktualnie półdługie, w związku z czym zaczęłam poświęcać im więcej uwagi i o nie dbać, niczym prawdziwa włosomaniaczka (oleje, maski, odżywki itd. itp.). Maskę stosuję z powodzeniem od miesiąca, z początku aplikowałam ją na umyte włosy i spłukiwałam, ale trochę obciążała mi moje przetłuszczające się i cienkie kosmyki. Potem wypróbowałam metodę kompresu (producent zaleca nałożyć ją na suche włosy na minimum pół godziny, głowę owinąć ręcznikiem, a po tym czasie zmyć szamponem), ale pomijam użycie ręcznika, nakładając tylko maskę na 30 minut lub dłużej na całą długość włosów i jest git majonez. 


Moje włosy po użyciu tej maski są niezwykle łatwe do rozczesania i ułożenia; mam wrażenie, że stały się trochę grubsze i mocniejsze, bardziej się błyszczą, są elastyczne, natomiast końce nie są już suche i porozdwajane. Jestem oczarowana działaniem tej maski, niebawem chcę wypróbować jeszcze czysty olej kokosowy, a jeśli się nie sprawdzi, to z pewnością wrócę do perełki Sylveco, która notabene olej kokosowy ma na czwartym miejscu w składzie. A skład, jak to w przypadku kosmetyków tej marki, jest naprawdę świetny i naturalny, o czym chyba już nawet nie muszę wspominać ? ;)

Składniki / INCI:
Woda, ekstrakt z nasion lnu, alkohol cetylowy, olej kokosowy, cukier, gliceryna, olej z pestek winogron, kwas stearynowy, panthenol, glukozyd decylowy, oleinian glicerolu, kwas mlekowy, guma guar, witamina, E, benzoesan sodu, betaina kokamidopropylowa.

Więcej informacji na temat tego produktu znajdziecie TUTAJ. Cena: 26,20 zł / 150 ml.

***
Podsumowując, oba produkty marki Sylveco sprawdziły się u mnie doskonale i z pewnością będę do nich wracać. Może nie są to perfumeryjne produkty glamour, ale nie wszystko złoto, co się świeci. Zarówno zapachy, składy, jak i opakowania produktów tej marki są "ziołowe i sielskie" i pewnie nie każdemu przypadną do gustu. Dla mnie jednak kluczową sprawą jest genialny skład i działanie, jak również fakt, iż te produkty są przyjazne i bezpieczne dla naszego organizmu, skóry i włosów, i nie wywołują żadnych alergii ani efektów ubocznych. Co tu dużo gadać, będę musiała koniecznie sprawdzić sklepy stacjonarne w mojej okolicy, w których dostanę produkty marki Sylveco (ich lista znajduje się na stronie sylveco.pl); ewentualnie pozostaje mi sporadycznie robić zbiorowe zakupy w sprawdzonych przeze mnie sklepach online, takich jak np. Mintishop czy triny.pl, gdzie często gęsto można trafić na świetne okazje cenowe... 

A które produkty Sylveco sprawdziły się najlepiej u Wasxo

PS. Dziękuję serdecznie marce Sylveco, Sponsorowi IV Secrets of Beauty, za wszystkie produkty do testów.

piątek, 25 marca 2016

Wiosenne nowości i przemyślenia: Yves Rocher, douglas.pl & Hebe; minimalizm vs spotkania blogerskie

Wiosenne nowości i przemyślenia: Yves Rocher, douglas.pl & Hebe; minimalizm vs spotkania blogerskie
Jeśli widziałyście mój ostatni projekt denko, to wiecie, że aktualnie zużywam jak szalona cały ten arsenał kosmetyków, który zalega w szufladach i łazience, a do tego staram się kupować mało (lub prawie wcale), i tylko niezbędne kosmetyki. I tak właśnie (minimalistycznie) sprawa ma się z moimi nowościami - nie będzie to wielki zakupowy haul, tylko prezentacja kilku produktów, bez których nie nie mogę się obyć. Tym razem zakupy z trzech moich ulubionych sklepów: douglas.pl, Yves Rocher i Hebe.


DOUGLAS
Są to w zasadzie dwa odrębne zamówienia w sklepie online: pierwsze zamówienie to prezent dla męża - perfumy Michael Kors, do których dostałam torbę gratis (będzie idealna jako torba plażowa!) oraz miniaturę zapachu Lancome La Vie Est Belle:



Drugie zamówienie to tylko ekologiczny podkład Physicians Formula, kupiony na ostatniej weekendowej promocji -25%, którego byłam ogromnie ciekawa (po obejrzeniu pozytywnych recenzji na amerykańskim youtubie) plus 3 wybrane przeze mnie próbki:


YVES ROCHER
Zazwyczaj robię zbiorowe zakupy raz na pół roku w ich sklepie internetowym, ale tym razem mama zabrała mnie do salonu stacjonarnego, aby mi wreszcie założyć kartę i skorzystać z kilku fajnych ofert. Kupiłam tylko żel pod prysznic, a w prezencie dostałam ulubioną mascarę Sexy Pulp w kolorze czarnym, mini katalog, próbki oraz ręcznik do mycia twarzy.


HEBE
Skończył mi się peeling do twarzy i suchy szampon (bez którego nie jestem w stanie się obyć przy moich tłustych i cienkich włosach), więc na promocji -40% w Hebe kupiłam tylko 2 sztuki Batiste oraz naturalny korundowy peeling Nacomi (pachnie obłędnie!).


Jestem z siebie dumna, gdyż zakupy są małe i zawierają produkty pierwszej potrzeby (plus prezent dla męża), a mimo wszystko sprawiły mi ogromną przyjemność :) Nie kuszą mnie na razie promocje w Rossmannie i innych sklepach - w domu mam mnóstwo produktów do pielęgnacji ciała i włosów i na razie skupiam się na tym, by to wszystko ładnie zużywać i nie przynosić do domu kolejnej butli szamponu, maski do włosów czy balsamu do ciała. 


Między innymi z powodu nadmiaru tego typu produktów postanowiłam, że w tym sezonie odpuszczę sobie wszelkiego rodzaju spotkania blogerskie (poza konferencją Meet Beauty w Warszawie 23 kwietnia, na której po prostu muszę być!). W 2015 porwałam się z motyką na słońce i zapisałam się na 4 spotkania dla blogerów. W rezultacie doprowadziłam do nadmiaru kosmetyków, ale tych niekoniecznie dopasowanych do mojego rodzaju skóry, włosów oraz potrzeb. Większość z nich i tak musiałam rozdać wśród rodziny i znajomych, a to, co mi zostało, doprowadziło do nadmiaru, chaosu i lekkiej frustracji (że nie ogarniam, że nie zdążę napisać recenzji na czas, itp.). 

Nie zrozumcie mnie źle, spotkania blogerskie są super, dzięki nim miałam okazję poznać wspaniałych ludzi o podobnych zainteresowaniach (z kilkoma z nich mam stały kontakt i jest on dla mnie niezwykle istotny!), co więcej, poszerzyłam swoją wiedzę z zakresu pielęgnacji i makijażu , co jest nie do przecenienia. Jednakże w tym roku w moich planach jest przede wszystkim konferencja Meet Beauty, dzięki której nie tylko poszerzę swoją wiedzę (będzie tam cała masa warsztatów i wykładów), ale i spotkam większość znajomych, których poznałam na poprzednich zlotach (we Wrocławiu, na SoB, czy I MB) i na znajomości z którymi tak bardzo mi zależy... Oczywiście, jestem również otwarta na poznanie nowych osób i na pogaduchy, więc jeśli ktoś z Was mnie rozpozna w tłumie, nie wstydźcie się zagadać! xo

wtorek, 22 marca 2016

Porządki przedświąteczne, czyli Projekt Denko #18 Marzec 2016

Porządki przedświąteczne, czyli Projekt Denko #18 Marzec 2016
W marcu nadal udało mi się uzbierać sporo zużytych opakowań. Jeśli już kiedyś pisałam o danym produkcie, obok znajdziecie link do recenzji (niestety, w związku z usunięciem komentarzy Google+, pod niektórymi wpisami nie ma ani jednego komentarza od Was, więc jest mi trochę przykro z tego powodu). Tak czy inaczej, zapraszam Was zatem wielkie przedświąteczne sprzątanie...


TWARZ


Garnier Płyn micelarny 3w1 Skóra wrażliwa 400 ml - produkt kultowy, mój ulubiony płyn micelarny. Gdy akurat nie testuję płynów micelarnych innych marek, kupuję na promocjach ten płyn i z przyjemnością używam. Polecam!

Bioderma White Objective, Krem rozjaśniający przebarwienia na dzień 30 ml - bardzo wydajny, używałam go głównie na czoło, gdzie faktycznie trochę rozjaśnił brunatne plamy po słońcu - RECENZJA

Dermedic Hydrain3 Hialuro: Płyn micelarny H2O (skóra sucha) 100 ml - bardzo przyjemny płyn, moim zdaniem porównywalny z różowym Garnierem, tylko skóra po nim jest jakby trochę bardziej nawilżona. Być może kupię na jakiejś promocji...

Biotique Botanicals Bio Fruit Whitening & Depigmentation Face Pack 75g - ajurwedyjska maska na przebarwienia; poprawiała ogólny koloryt, ale mam wrażenie, że nie pomogła rozjaśnić przebarwień - RECENZJA. Stosowałam ją razem z Serum róża by KA-HA, gdyż bez niego bardzo szybko zastygała i była potem trudna do zmycia.


Biocosmetics Mandelic Peel 40 7 ml - kwas migdałowy + kojowy do domowych zabiegów. Niestety, nie widziałam po nim żadnych rezultatów, a zaaplikowany na policzki strasznie szczypał, więc nie kupię ponownie i nie polecam.



L'biotica Aktywne serum do rzęs na dzień z keratyną 7 ml - kupiłam jakieś 2 lata temu za grosze w Biedronce i musiałam szybko zużyć ze względu na datę ważności (3.2016). Forma mascary bardzo wygodna, aczkolwiek nie zauważyłam żadnych efektów poza zmniejszonym wypadaniem rzęs. Nie kupię ponownie.

WŁOSY


Batiste Dry Shampoo Oriental 200 ml - mój ulubieniec, zdecydowanie kupię ponownie. RECENZJA


L'OREAL Paris: Casting Creme Gloss, farba do włosów nr 535 Czekolada - kolejny klasyk w mojej łazience, lubię, polecam i zdecydowanie kupię ponownie (najchętniej na kolejnej promocji w Hebe 2+1 za grosz)! Jedyne, czego nie lubię, to te sztuczne i obciążające moje włosy odżywki, znajdujące się w każdym opakowaniu farby. Zazwyczaj rozdaję je rodzinie i znajomym; tej nie mogłam zużyć od chyba pół roku, więc wylałam resztkę do toalety i wyrzucam bez żalu.

CIAŁO



FA Magic Oil: Pink Jasmine, żel pod prysznic 250 ml - przywiozłam go z I edycji Meet Beauty; dobrze mył i nie wysuszał skóry, ale zapach jaśminu to nie moja bajka. Poza tym, wolę jednak naturalne produkty do codziennego stosowania na skórę twarzy czy ciała.



FA Nutri Skin Acai Berry, Kremowe mydło w płynie 300 ml - kupione w Biedronce za 5 zł! Cudownie pachnie, dobrze myje i nie wysusza dłoni (zawiera SLES zamiast SLS), więc być może kiedyś kupię ponownie (mimo, iż nie jest to mydło naturalne)...



Harmonique, Mleczko do ciała Biała herbata & bambus 250 ml - przywiozłam z Secrets of Beauty. Działanie super, zapach totalnie mi się nie podobał, przez co jestem na nie. RECENZJA



Bania Agafii (Kąpiel Agafii), Scrub do ciała solny odchudzający 300 ml - genialny, naturalny zdzierak do ciała w bardzo przystępnej cenie (kupiłam go na triny.pl za ok. 13 zł). Uwielbiałam nawet jego specyficzny, ziołowy zapach. Polecam i zdecydowanie kupię ponownie! Pisałam o nim kiedyś TUTAJ.



L'AMBRE Balsam do rąk 50 ml - produkt z lutowego pudełka beGLOSSY. Fajna, lekka konsystencja i zapach, ale niestety bardzo kiepska wydajność (zużyłam w niecały miesiąc) i niewystarczające nawilżenie. Nie polecam i nie kupię.



CD Dezodorant Lilia wodna - kupiłam w Hebe ze względu na fajny, naturalny skład i brak soli aluminium w składzie. Zużyłam go w końcu (głównie w dni, które spędzałam w domu), aczkolwiek nie polecam, gdyż wcale nie chroni przed potem, a do tego potwornie szczypie, gdy aplikowałam go po depilacji! 



I.M.P.A. PumiceSPA Proszek do peelingu - dostałam na 2 spotkaniach blogerskich; jedno opakowanie oddałam mężowi do szorowania dłoni po pracy, natomiast to opakowanie zużyłam do sprzątania łazienki na święta (dzięki niemu domyłam wannę, umywalkę i kibelek ;). Nie miałam ochoty używać czegoś takiego do ciała, więc pod tym względem wstrzymam się od opinii.


ZAPACHY + MAKIJAŻ



Yankee Candle Pain Au Raisin 104 g - bardzo fajny, ciepły, ale nie przytłaczający zapach babeczki z koniakiem i rodzynkami. Pisałam o nim kiedyś TUTAJ.

Lolita Lempicka Lolita eau de parfum (miniatura 5 ml) - cudowny i niezwykle trwały słodko-kwiatowy zapach; być może kiedyś skuszę się na flakon pełnowymiarowy (notabene, flakonik też jest śliczny!). RECENZJA

Essie, Super Bossa Nova 5 ml - kolorek śliczny, pomógł mi nawet wygrać w konkursie marki Essie, jednak lakier się zważył i muszę wyrzucić. Niestety, zauważyłam, że limitowane miniaturki Essie są nieco gorszej jakości (tj. gorzej się rozprowadzają i krócej trzymają) niż pełnowymiarowe, więc na mini wersje się raczej nie skuszę.




To tyle zużyć w marcu. Cieszę się, że mogę pozbyć się śmieci jeszcze przed świętami. W mojej łazience i toaletce stopniowo zaczyna się robić coraz luźniej - postanowiłam w tym roku nie jeździć na zbyt wiele spotkań blogerskich i zbyt wiele nie kupować (tylko naprawdę potrzebne rzeczy!), aby w końcu nadmiar kosmetyków przestał mnie przytłaczać oraz by osiągnąć upragniony kosmetyczny minimalizm... xo

czwartek, 17 marca 2016

beGLOSSY marzec 2016: Rozkwit kobiecości

beGLOSSY marzec 2016: Rozkwit kobiecości
Jak zapewne wiecie, mam słabość do pudełek subskrypcyjnych z kosmetykami. Dzisiaj rano mój (oraz mojego pieska) ulubiony kurier przyniósł mi najnowsze, marcowe pudełko beGLOSSY - Rozkwit kobiecości, a oto produkty, które się w nim znajdują:



1. YASUMI Konjac Sponge - Bamboo Charcoal

Naturalne gąbeczki do mycia i masażu twarzy Yasumi uwielbiam (wersję Pure opisywałam TUTAJ); ta jest już moją trzecią i bardzo się cieszę, że jest to inna wersja, niż miałam do tej pory - jest wzbogacona o węgiel. Ciekawe, jak się spisze... :)


2. BANDI Krem intensywnie nawilżający Hydro Care 30 ml

Fajnie, bo akurat kończy mi się mój krem na dzień Bioderma White Objective, a poza tym o tej firmie słyszałam same dobre rzeczy (a są to dosyć drogie kremy!).


3. SPA VINTAGE BODY OIL Peeling do ciała cukrowo-orzechowy 200 ml

Z tymi peelingami się nie polubiłam - są tłuste i mają parafinę na drugim miejscu w składzie, aczkolwiek myślę sobie, że i tak wykorzystam ten produkt, gdyż akurat kończy mi się peeling do ciała Bania Agafii (uwielbiam go!), a szkoda mi teraz wydawać kasę na coś innego...


4. L'OCCITANE Krem do rąk kwiat wiśni (miniatura 10 ml) 

Kremy L'Occitane z masłem shea lubię (pisałam o nich już kiedyś tutaj i tutaj). Miniaturka jest maleńka, więc wrzucam do torebki, przyda się...


5. ARTEGO Ampułki odbudowujące do włosów 'Dream k-lotion' 3 szt. x 8 ml

Niestety, mam za dużo produktów do pielęgnacji włosów, więc jedną ampułkę z ciekawości otworzę i pewnie użyję raz, a resztę oddam mężowi albo komuś innemu...


***
Podsumowując, w tym miesiącu jestem znowu zadowolona z pudełka beGLOSSY. Jest to jak dotąd mój drugi box z pakietu, i po raz kolejny zawiera w większości produkty, które mi się przydadzą. Ogromny plus za gąbkę Yasumi, oraz kremiki L'Occitane i Bandi - jestem ich bardzo ciekawa. A poza tym super, że w pudełku znalazło się również coś do poczytania, czyli najnowszy numer "beGLOSSY MAGAZYN". :) 


Trzymajcie się ciepło, ja uciekam testować! xo

niedziela, 13 marca 2016

REVITACELL: Intensywna regeneracja brwi, rzęs i okolic oczu na bazie komórek macierzystych

REVITACELL: Intensywna regeneracja brwi, rzęs i okolic oczu na bazie komórek macierzystych
Witajcie! Dziś chcę Wam przedstawić dwa ciekawe kosmetyki marki REVITACELL, które trafiły do mnie na listopadowym spotkaniu blogerek w Łodzi, oraz moje wrażenia z ponad dwumiesięcznej kuracji tymi produktami.


Wrocławska marka REVITACELL nie jest jeszcze zbyt znana na polskim rynku kosmetycznym, a w sumie szkoda, ponieważ produkuje całkiem interesujące kosmetyki, zawierające innowacyjny składnik o nazwie NHAC Biocervin MIC-1, który, jak twierdzi producent:

"pozyskany [jest] dzięki przełomowemu odkryciu naukowemu - opatentowanej linii komórek macierzystych MIC-1. Jego aktywne czynniki białkowe stymulują skórę do regeneracji. Zawiera łatwo przyswajalne formy kolagenu, które odbudowują uszkodzenia i stymulują powstawanie nowych włókien kolagenowych w skórze. Daje impuls do szybkiej, efektywnej, naturalnej i samodzielnej regeneracji."

Składnik ten znajduje się już na drugim miejscu na liście składników INCI obu preparatów, z którymi miałam styczność: pierwszym jest Bioaktywny koncentrat regenerujący do delikatnej skóry okolic oczu, natomiast drugi to Intensywna kuracja regenerująca do rzęs i brwi na bazie opatentowanych komórek macierzystych. Najpierw przyjrzyjmy się pierwszemu produktowi, czyli kremowi do okolic oczu...


Opakowanie
Koncentrat pod oczy ma postać białego, bezzapachowego kremu o raczej lekkiej konsystencji. Znajduje się w poręcznym opakowaniu o pojemności 15 ml i posiada praktyczną pompkę typu air-less. Niestety, srebrne napisy na opakowaniu oraz zatyczka już po kilku użyciach wyglądały dość nieestetycznie, gdyż napisy i srebrna powłoka starły się, natomiast plastik na zatyczce popękał i obecnie wygląda raczej kiepsko (co widać na zdjęciach). 

Skład
Pomijając aspekt wizualny opakowania, skład samego kosmetyku zasługuje na uwagę, bowiem oprócz wyżej wspomnianego NHAC, mamy tu również m.in. olej makadamia, oliwę z oliwek, ekstrakt ze złotych alg, masło shea, witaminę E i kofeinę. 


Konsystencja
Pomimo tak bogatego składu, krem jest zaskakująco lekki, szybko się rozsmarowuje na skórze i wchłania bez problemu, nie zostawiając tłustej czy lepkiej warstwy (jest to raczej delikatna, nawilżająca powłoka, która się nie roluje i doskonale współgra z nałożonym potem makijażem).

Działanie
Krem stosuję pod oczami i na okolice oka dwa razy dziennie: rano i wieczorem, i po ponad 2 miesiącach codziennego stosowanie stwierdzam, że:
  • krem jest łagodny dla mojej delikatnej skóry wokół oczu, nie uczula
  • szybko się wchłania i nadaje pod makijaż
  • skóra jest dobrze nawilżona i odżywiona
  • mam wrażenie, iż cienie pod oczami trochę zjaśniały (a zmagam się z nimi od zawsze; nawet korektor Estee Lauder Double Wear nie jest w stanie całkiem zakryć tego zasinienia!), co jest dla mnie ogromnie pozytywnym zaskoczeniem
  • niestety, działania liftingującego czy przeciwzmarszczkowego nie odnotowałam: kurze  łapki jak były, tak są (jestem już po 30.), więc pewnie bez bardziej inwazyjnych metod w niedalekiej przyszłości się nie obędzie. :/
Jak na cenę 50 zł, uważam, iż jest to całkiem dobry krem nawilżająco-odżywczy, natomiast ubolewam nad faktem, iż nie wygładził mi zmarszczek i za tę cenę ma opakowanie z dosyć tandetnego plastiku.


Intensywna kuracja regenerująca do rzęs i brwi na bazie opatentowanych komórek macierzystych, czyli po mojemu odżywka do rzęs i brwi ma z kolei postać bezbarwnego żelu, który aplikujemy za pomocą szczotki typu mascara. Tutaj opakowanie (8 ml) jest nieco bardziej udane, aczkolwiek srebrne napisy trochę się starły. Co do działania preparatu, to muszę przyznać, iż zgodnie z obietnicami producenta, pobudza regenerację i wzrost rzadkich, wypadających rzęs i brwi. Już po okresie ok. 1-1,5 miesiąca zauważyłam, że:
  • podczas demakijażu, rzęsy praktycznie przestały wypadać
  • porosły mi nowe, krótkie rzęski na górnej linii wodnej oka (na dolne rzęsy nie aplikuję odżywki wcale, gdyż mam je i tak za długie) 
  • brwi, wcześniej bardzo rzadkie i słabe, wzmocniły się i zagęściły; z początku rosły trochę "dziko", ale z czasem udało mi się je okiełznać - przeczesuję je żelem i wówczas leżą tam, gdzie ich miejsce ;)


Producent zaleca stosowanie preparatu 2 razy dziennie (rano i wieczorem, po demakijażu), również jako podkład pod tusz do rzęs, jednak ja używam odżywki głównie na wieczór i aktualnie już tylko na brwi, gdyż to właśnie one wołają o pomstę do nieba, zaś rzęsy mam z natury długie. Odżywka kosztuje 140 zł, więc pewnie nie sięgnę po nią ponownie, natomiast potwierdzam, iż jest skuteczna i faktycznie rosną po niej nowe włoski, zarówno na linii rzęs, jak i w łuku brwiowym. :)


Podsumowując, jestem zadowolona z działania obu produktów marki REVITACELL. Pomijając brak wygładzenia pierwszych zmarszczek pod oczami, mam doskonale nawilżoną skórę w okolicy oka, a do tego brwi oraz rzęsy znacznie mocniejsze i bardziej gęste, bez jakichkolwiek podrażnień i innych niemiłych przygód, których przyznam szczerze, trochę się obawiałam. 

Słyszałyście kiedyś o marce Revitacell?
Jeśli nie, więcej info znajdziecie TUTAJ.

*Dziękuję marce Revitacell oraz Organizatorce spotkania, Sylwii, za możliwość przetestowania kosmetyków.

czwartek, 10 marca 2016

Roślinne wygładzanie z Tołpą part 2

Roślinne wygładzanie z Tołpą part 2
Uwielbiam zarówno peelingi, jak i markę Tołpa, więc dzisiejszy post piszę z podwójną przyjemnością. Jakiś czas temu pisałam o antycellulitowym kremie-żelu wygładzającym Tołpa z serii green, antycellulit (recenzja), który bardzo lubię, natomiast dzisiaj chcę Wam przedstawić produkt, który idealnie spisuje się w duecie z tym kremem, a w zasadzie świetnie przygotowuje skórę na przyjęcie całego dobrodziejstwa składników w nim zawartych, a jest nim ANTYCELLULITOWY PEELING POD PRYSZNIC z tej samej serii. Peeling trafił do mnie po sierpniowym spotkaniu we Wrocławiu, na którym zostałam obdarowana wielką torbą pełną produktów Tołpa: green. Większość kosmetyków już zużyłam i sukcesywnie opisywałam na blogu, ale zostały mi jeszcze 3: bohater dzisiejszej recenzji - peeling pod prysznic oraz regeneracyjny szampon i odżywka do włosów zniszczonych, o których usłyszycie niebawem...


ANTYCELLULITOWY PEELING POD PRYSZNIC Tołpa: green, cellulit znajduje się w przezroczystej plastikowej tubie (200 ml) z zamykaniem typu "klik" u dołu, na której przyklejono urocze etykiety z informacjami od producenta, dotyczącymi składników aktywnych, działania i  składu:



Jest to produkt bardzo delikatny, nawet dla skóry wrażliwej. Zawiera roślinne składniki (m.in. ekstrakt z liści werbeny, pąków goździkowca i kwiatów czarnego bzu) oraz drobinki orzecha kokosowego, bambusa, piasek wulkaniczny (które czujemy na skórze podczas mycia, niemniej jednak, jest to dosyć subtelne i miłe doznanie), jak również glicerynę czy lecytynę. Zgodnie z filozofią marki, peeling jest pozbawiony szkodliwej i rakotwórczej chemii (patrz: zalety), dlatego ma ode mnie bardzo duży plus. Kosmetyk jest przyjemny w użyciu, ładnie pachnie, dobrze oczyszcza skórę, nie podrażniając jej (można go używać nawet codziennie!), a do tego łatwo się spłukuje i nie brudzi wanny, jak to niektóre peelingi mają w zwyczaju. 

Na początku używałam tego scrubu w duecie z kremem-żelem antycellulitowym, wspomnianym wcześniej, i muszę przyznać, że razem te kosmetyki sprawdzały się rewelacyjnie: peeling delikatnie złuszczał i przygotowywał skórę na wchłonięcie żelu, natomiast żel fajnie ujędrniał i napinał skórę, aczkolwiek nie oszukujmy się - same kosmetyki Wam cellulitu nie usuną, zresztą w takie bajki chyba już nikt dzisiaj nie wierzy... ;) Tak czy inaczej, po stosowaniu obu preparatów, moja skóra na udach, biodrach i pośladkach była miękka, nieco wygładzona i na pewno bardziej elastyczna i jędrna. Czasem używam peelingu również, by wygładzić skórę na ramionach, dekolcie i biuście, i tutaj też sprawdza się znakomicie.


ZALETY:
  • fajny, naturalny skład (bez alergenów, PEG-ów, parafiny, silikonów, parabenów etc.)
  • ładny, delikatny i świeży zapach
  • produkt nie jest tłusty czy lepki, łatwo się zmywa i nie brudzi wanny
  • hipoalergiczny, nadaje się do skóry wrażliwej; nie uczula, nie podrażnia i nie wysusza skóry
  • przystępny cenowo (ok. 20 zł), dostępny w większości popularnych drogerii (i chyba nawet w supermarketach).
WADY:
  • dla fanek mocniejszych zdzieraków będzie chyba jednak trochę za słaby i za delikatny.

Podsumowując, jest to całkiem sympatyczny, naturalny scrub do ciała pod warunkiem, że lubicie takie dosyć łagodne złuszczanie w formie żelu pod prysznic, lub macie skórę wrażliwą. Moim zdaniem, produkt sprawdza się najlepiej w duecie z antycellulitowym kremem-żelem z tej serii, który również Wam polecam. W skali szkolnej wystawiam mu ocenę: 4+ (gdyż wolę jednak trochę mocniejsze, gruboziarniste zdzieraki). xo

PS. Dziękuję marce Tołpa oraz Organizatorkom Spotkania za możliwość przetestowania produktu.

wtorek, 8 marca 2016

NEW IN: Moje pierwsze zamówienie z Dresslink

NEW IN: Moje pierwsze zamówienie z Dresslink
Jakiś miesiąc temu pokazywałam Wam moją listę zakupów ze sklepu Dresslink (KLIK). Wczoraj popołudniu paczka wreszcie dotarła (czekałam na nią ponad miesiąc, także jest to najdłużej wyczekiwana przeze mnie paczka ever!), tak sobie myślę, że w sam raz na Dzień Kobiet. :) Na pierwszy strzał idą akcesoria i produkty z działu BEAUTY: pędzel do konturowania, pierścionki oraz szminka: 



Pędzel podoba mi się wizualnie; jest wykonany solidnie, zaś włosie ma dosyć zbite; myślę, że powinien się sprawdzić do bronzera lepiej niż miękki GlamBrush, który posiadam w swojej małej kolekcji. 

Pierścionki są niestety trochę na mnie luźne, ale i tak postaram się zrobić z nich użytek i wykorzystać do zdjęć (taki przecież był zamiar). Moim zdaniem w rzeczywistości wyglądają lepiej niż na stronie produktu w sklepie.

Szminka z kolei ma bardzo ładny kolor (jest to pomadka Satin w kolorze Fusion Pink A55), aczkolwiek nie jest tak intensywny, jak się obawiałam. Myślę, że odważę się nosić taki kolor nawet do pracy. Pożyjemy, zobaczymy...





Poza tym, postawiłam również na ciepły szal, który przyda się nie tylko zimą, ale i na chłodniejsze wiosenne dni (tudzież jesień). Szal jest spory, miękki, ciepły i ładnie wykonany, a w rzeczywistości prezentuje się tak:




Jeśli chodzi o odzież, to zaryzykowałam tylko z jedną zabawną koszulką z motywem rzęs. Koszulka w rozmiarze L jest na mnie w sam raz: ani zbyt obcisła, ani za luźna (zazwyczaj noszę rozm. M). Co do jakości, bawełna wydaje się spoko, natomiast jakość szycia nie jest najwyższych lotów. Mimo to, taką koszulkę zawsze wykorzystam do codziennych stylizacji, np. pod żakiet lub ramoneskę, a potem zawsze mogę ją potraktować jako górę od piżamy. Szału ni ma, ale może być ;)



 ***
Powiem szczerze, że byłam trochę sceptycznie nastawiona, a jest całkiem pozytywne zaskoczenie. W przyszłości nie będę raczej zamawiać na tej stronie odzieży, gdyż rzadko co mi się tam podoba, a poza tym, nie oszukujmy się: wysoka jakość nie idzie w parze z tak niską ceną. Natomiast jeśli chodzi o akcesoria (słynne już chińskie pędzle - tzw. puchacze, naparstki do ściągania hybryd itp.) czy innego rodzaju pierdółki, to muszę przyznać, iż są całkiem do rzeczy i chętnie przygarnę więcej... zwłaszcza pędzli do makijażu lub jakichś wisiorków... Dajcie znać, czy coś Wam wpadło w oko. xo

czwartek, 3 marca 2016

Harmonique: Mleczko do ciała biała herbata & bambus

Harmonique: Mleczko do ciała biała herbata & bambus
Mleczka i balsamy do ciała uwielbiam i w związku z tym smaruję się nimi codziennie. Często znajduję tego typu produkty w różnych boxach (Joybox, Shinybox lub beGLOSSY) albo przywożę z różnych spotkań czy konferencji i uważam, że tego w domu nigdy za wiele. Podobnie było w przypadku IV jesiennej edycji Secrets of Beauty, z której wróciłam do domu z 2 balsamami do ciała. Jednym z nich było Mleczko do ciała biała herbata & bambus marki Harmonique o pojemności 250 ml, przeznaczone do pielęgnacji skóry suchej i/lub starzejącej się...



OPAKOWANIE 
Mleczko znajduje się w poręcznej butelce, wykonanej z przezroczystego plastiku, o pojemności 250 ml, dodatkowo wyposażonej w pompkę, która niesamowicie ułatwia aplikację. Na opakowaniu znajdziemy również etykietę z wszelkimi niezbędnymi informacjami o produkcie i producencie (przeznaczenie, działanie, skład, sposób użycia itp.). 


APLIKACJA
Aplikacja jest szybka, łatwa i przyjemna: kosmetyk ma lekką konsystencję, łatwo rozprowadza się na skórze i błyskawicznie wchłania. Jedynym minusem przy aplikacji jest dla mnie zapach - producent zapewnia, iż "Swoim zielonym zapachem mleczko orzeźwia i dodaje energii", cóż, ja wyczuwam w nim jakiś bliżej nieokreślony, naturalny "smrodek" (może jestem dziwna?), mimo iż lubię świeże, tzw. "zielone" nuty zapachowe, takie jak bambus, zielona i biała herbata. No i niestety, zapach ten bardzo długo utrzymuje się na skórze; jest wyczuwalny nawet po kilku godzinach od aplikacji (generalnie jest to zaletą, gdy zapach jest ładny i przyjemny).



DZIAŁANIE
Pomijając zapach, działanie kosmetyku na skórę mogę ocenić jedynie na plus - mleczko doskonale nawilża skórę, pozostawiając ją miękką i elastyczną jak pupcia niemowlaka. Jeśli natomiast chodzi o działanie przeciwzmarszczkowe, to nie będę się wypowiadać, gdyż nie posiadam żadnych wyraźnych oznak starzenia się skóry (no, może poza sporadycznym przesuszeniem lub brakiem jędrności w niektórych miejscach ;).  

ZALETY:
  • bardzo poręczne opakowanie z pompką ułatwiającą aplikację
  • dzięki przezroczystej butelce dokładnie widzimy zużycie produktu 
  • zgodnie z obietnicą producenta, produkt ma lekką konsystencję, przez co bardzo łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania 
  • nie pozostawia tłustej czy lepkiej warstwy na skórze
  • skóra na długo pozostaje miękka i nawilżona oraz bardziej elastyczna
  • zapach długo utrzymuje się na skórze (aczkolwiek sam zapach zaliczam jednak do minusów - nie zachwyca mnie, niestety)
  • fajny, naturalny skład (m.in. masło shea, ekstrakty roślinne, takie jak bambus i biała herbata, olejek ze słodkich migdałów, itd.
  • produkt nie zawiera parabenów, PEG, PPG, silikonów, parafiny, wazeliny, SLS, SLES, ALS czy formaldehydu.
WADY:
  • zapach niby zielony i świeży, ale nie do końca mi się podoba (a nawet trochę mnie drażni)
  • ograniczona dostępność (sklep producenta) i cena (39 zł za produkt o dosyć niskiej wydajności - starczy na ok. miesiąc lub dwa codziennego smarowania)
Biorąc pod uwagę wszystkie plusy i minusy, produktowi daję 8 punktów w skali 10-punktowej. 


PODSUMOWANIE

Generalnie, zarówno opakowanie, skład, konsystencję, jak i działanie mleczka oceniam na duży plus. Jest to całkiem przyjemny produkt naturalny i wszystko byłoby super, gdyby nie zapach (dla mnie dosyć istotny, gdyż mam wyjątkowo "wrażliwy nos"); nie jest on co prawda jakiś bardzo nieprzyjemny, ale po prostu nie potrafię się przekonać i go pokochać. Z tego względu raczej nie kupię tego produktu samodzielnie, ale to nie znaczy, że jestem negatywnie nastawiona do kosmetyków Harmonique. Ciekawią mnie zwłaszcza ich produkty do mycia ciała (tj. żele pod prysznic i peelingi cukrowe), a zwłaszcza seria Japońska wiśnia & lotos. Miałyście kiedyś coś tej firmy? Jeśli tak, będę wdzięczna za opinie i rekomendacje...

***
Pełny opis produktu oraz listę składników INCI znajdziecie na stronie producenta TUTAJ. Mleczko możecie zakupić w sklepie on-line marki Harmonique, gdzie za 250 ml zapłacicie 39 zł + koszt wysyłki. 

Serdecznie dziękuję marce Harmonique - Sponsorowi IV SoB za produkt do testów.
Copyright © 2016 Elfie's planet , Blogger