Najlepsze Kosmetyki Elfie w 2015

Najlepsze Kosmetyki Elfie w 2015

Rok 2015 był dla mnie przede wszystkim rokiem spotkań blogerskich, dzięki którym miałam możliwość poznać wspaniałych ludzi oraz odkryć nowe marki kosmetyczne. Wśród ogromu kosmetyków, jakie przywiozłam z tych spotkań, otrzymałam od kilku marek w ramach współprac czy też sama kupiłam, znalazło się kilka prawdziwych perełek, zatem zapraszam Was na mój ranking ulubieńców roku 2015. Obok większości produktów zamieściłam linki do recenzji, w których znajdziecie uzasadnienie, dlaczego te kosmetyki skradły moje serce w minionym roku... Aaa, oprócz wspaniałych produktów do pielęgnacji i makijażu, miałam również sposobność posmakować wreszcie makaroników (w następnym roku moim targetem jest Starbucks)...


PIELĘGNACJA TWARZY
Płyn micelarny/tonik 2w1, krem do twarzy oraz pod oczy Tołpa z serii green - RECENZJA & RECENZJA



Kuracja regenerująca z witaminą C DermoFuture Precision - RECENZJA 


Maseczka oczyszczająca błękitna na wodzie chabrowej Bania Agafii - RECENZJA


PIELĘGNACJA WŁOSÓW
Najbardziej Zielony Szampon na Świecie - O'right Goji Berry - RECENZJA


Odżywka do włosów Timotei Drogocenne Olejki - RECENZJA


PIELĘGNACJA CIAŁA
Peeling do ciała solny odchudzający  Bania Agafii - naturalny, gruboziarnisty, ale nie tłusty - RECENZJA


Masło do ciała The Secret Soap Store Grapeino Body Butter - baardzo drogie, ale genialne! RECENZJA


Antycellulitowy krem-żel wygładzający Tołpa - RECENZJA


Krem do stóp z 30% zawartością mocznika Amaderm - pierwszy krem, który naprawdę wygładził mi pięty i nawilżył moje stopy - RECENZJA


Odżywczy krem do rąk z miodem i propolisem Honey Therapy - RECENZJA


MAKIJAŻ
W 2015 roku do makijażu codziennego (i nie tylko) używałam z największą przyjemnością podkładu Bourjois Healthy Mix (w odcieniu nr 52 Vanilla), pudru The Oriental BB marki Skin79, bronzera The Balm Bahama Mama, rozświetlacza Blushing Hearts Makeup Revolution oraz pędzli GlamBrush i Hakuro. Był to dla mnie istotny rok, bowiem zaczęłam tak naprawdę dopiero poznawać tajniki makijażu, takie jak konturowanie czy rozświetlanie twarzy, oraz różne marki kosmetyczne i akcesoria. Jeśli natomiast chodzi o makijaż oka, to niezmiennie (tak jak w 2014 roku) jest to kredka Chanel oraz tusz Yves Rocher Sexy Pulp. Cieni idealnych właśnie szukam i mam nadzieję, że odkryję je w 2016 roku i że wówczas nauczę się tak naprawdę to oko podkreślać makijażem.


PAZNOKCIE
W 2015 roku miałam ogromną przyjemność poznać i pokochać lakiery do paznokci marki Essie - tak genialnie się rozprowadzają i długo trzymają na paznokciach, że kompletnie nie interesują mnie już żadne inne marki. Pisałam o nich kiedyś TUTAJ oraz TUTAJ. Do zmywania moich ulubionych lakierów najbardziej lubiłam używać owocowych zmywaczy Essence, zaś do odżywienia płytki i skórek używałam masełka do manicure Pink Shine Uniqe (Silcare) natomiast po wyschnięciu lakieru olejku do skórek Cztery Pory Roku.



PERFUMY
W zeszłym roku, za sprawą kwietniowego Joybox'a (który, notabene, również był jednym z moich ulubieńców 2015 roku), odkryłam i pokochałam zapach Lolita by Lolita Lempicka - moje wrażenia znajdziecie w tym wpisie KLIK.


AKCESORIA
W 2015 roku odkryłam dwa genialne gadżety do oczyszczania twarzy: naturalną gąbkę Yasumi Konjac Sponge (RECENZJA) oraz niezwykle sprytną mini-rękawiczkę do demakijażu Glov Quick Treat (RECENZJA).



PS. Wszystkiego najlepszego, Moje Drogie Czytelniczki, 
oraz samych wspaniałych kosmetyków w 2016 roku! xo
Wielkie poświąteczne porządki, czyli projekt denko #15

Wielkie poświąteczne porządki, czyli projekt denko #15

Po świętach czuję się niezwykle wypoczęta i ... pełna (tzn. przejedzona), na szczęście w mojej łazience trochę się przerzedziło i coraz lepiej idzie mi zużywanie tych ogromnych stert kosmetyków, jakie dostaję od różnych firm kosmetycznych, czy to w ramach współprac, czy na przeróżnych spotkaniach blogerskich (a w 2015 było tego naprawdę sporo). W tym miesiącu moje denkowe pudełko pęka w szwach, także z przyjemnością pozbędę się śmieci, przy okazji opowiadając co nieco na temat kosmetyków zużytych w ostatnim miesiącu roku... 



TWARZ
  • Bioderma: Sensibio H2O, Płyn micelarny do cery wrażliwej 250 ml - kultowy produkt, uwielbiany przez wizażystów i inne blogerki; faktycznie, jest delikatny i doskonale radzi sobie z usuwaniem makijażu, natomiast nie do końca zaakceptowałam ten gorzki posmak, jaki po nim zostawał na moich ustach, do tego dochodzi wysoka cena i dostępność... Zostaję przy Garnier...
  • Kąpiel Agafii: Maska do twarzy Błękitna Oczyszczająca na wodzie chabrowej 100 ml - wspaniałe są te maseczki Agafii w saszetkach; na pewno kupię ponownie + wypróbuję również maskę odmładzającą na mleku łosia; więcej o tych kosmetykach pisałam kiedyś TUTAJ
  • Oriflame: Optimals Even Out night cream 50 ml - używałam go chyba z rok tylko na czoło, gdzie mam rozległe przebarwienia posłoneczne, ale w końcu postanowiłam go wyrzucić, bo nie zdziałał nic, a do tego wywoływał silne reakcje alergiczne, gdy smarowałam nim  inne partie twarzy. Bez sensu. Nie lubię ani tego kremu, ani generalnie Oriflame :/
  • La Roche-Posay: Anthelios XL Tinted cream 50 ml - dzięki niemu nie miałam latem nowych przebarwień na twarzy, jednak na przyszły rok kupię sobie lżejszą wersję, dla cery tłustej. RECENZJA 



WŁOSY
  • O'right: Goji Berry Volumizing Shampoo 400 ml - genialny, ekologiczny produkt, który pojawi się w ulubieńcach 2015 roku - jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego, zapraszam Was do RECENZJI
  • Ziaja odżywka intensywna świeżość do włosów tłustych 200 ml - bubel, jakich mało, wspominałam o nim TUTAJnigdy więcej nie chcę go widzieć na oczy, używałam do golenia nóg, ale potem nawet tu ten chłodzący mentolowy efekt mi przeszkadzał. 


CIAŁO
  • SPA Vintage Body Oil: Peeling do ciała orzechowo-cukrowy 500 ml - nie polubiłam się z tym produktem i nie mogłam się doczekać, aż go zużyję - oblepia ciało parafiną, zostawia nieprzyjemnie tłusty film na skórze, a do tego zapach niezbyt mi się podobał. Never again! Jednak słoik jest bardzo fajny i z pewnością go wykorzystam... :)
  • Anatomicals: Modnie owocowy żel pod prysznic 300 ml - bardzo fajny naturalny produkt, moim zdaniem idealny na lato. Chętnie sięgnę również po inne kosmetyki tej marki... RECENZJA
  • Biotique: Bio winter cherry rejuvenating body nourisher 190 ml - cudownie nawilża, odżywia i zmiękcza skórę, tylko niezbyt ładnie pachnie. RECENZJA
  • Yves Rocher: Peelingujący olejek do dłoni 75 ml - bardzo przyjemny naturalny produkt o niezwykłym zapachu, być może kiedyś kupię go ponownie (o ile naprawdę będę potrzebować osobnej tuby z peelingiem tylko do dłoni) - RECENZJA
  • Honey Therapy: Odżywczy krem do rąk z miodem i propolisem 70g - świetny, naturalny krem do rąk o bardzo bogatym składzie i działaniu - RECENZJA
  • Amaderm: Krem nawilżająco regenerujący Urea 15% 50 ml - u mnie idealnie sprawdził się jako krem do stóp - doskonale nawilża i zmiękcza nawet bardzo przesuszoną skórę stóp, tylko jest mało wydajny i trochę śmierdzi rybką ;) Pisałam kiedyś o kremie z tej serii, z 30% zawartością mocznika, TUTAJ
  • Rexona: Invisible pure 40 ml - niezawodny antyperspirant, jak na razie, nie znalazłam nic skuteczniejszego. Kupię ponownie, już nawet nie szukam dezodorantów naturalnych i bez aluminium w składzie, bo one zwyczajnie się nie sprawdzały.
  • Essence: Nawilżający zmywacz do paznokci 150 ml - uwielbiam zmywacze tej marki - fajnie usuwają lakier i przyjemnie pachną owocami (tutaj: kokosem i papają). Na pewno kupię ponownie.
  • Dove: Silk cream oil (mydło w kostce 100g) - bardzo ładnie pachnie i nie wysusza dłoni, aczkolwiek nie lubię mydeł w kostce, w związku z tym kupię ponownie, ale w formie płynnej.


MAKIJAŻ
  • Max Factor: kredka do oczu Black - niestety, ze względu na zużycie nie mam już pełnej nazwy produktu; kredka bardzo dobra, a wyrzucam tylko dlatego, że jest już dawno przeterminowana.
  • Christian Dior: Crayon Khol 007 Blanc/White - nie przepadam za kolorówką Dior'a, i tak w tym przypadku nie lubiłam tego połyskującego efektu. Wyrzucam, bo przeleżała kilka sezonów w toaletce mało używana, a teraz już jest za stara, by ją komuś podarować.


Ulżyło mi trochę, moje szuflady i półki w łazience stają się sukcesywnie coraz luźniejsze - w dalszym ciągu próbuję dążyć do kosmetycznego minimalizmu, a w 2016 roku chcę używać tylko sprawdzonych kosmetyków. Podobny projekt denko przeniosłam również w inne sfery życia: zrobiłam czystki na regałach z książkami i płytami, w kuchni, czy szafie z ubraniami (część rzeczy wystawiłam na aukcjach, a część oddałam na licytacje charytatywne), także teraz mam mniej rzeczy, ale za to dobre gatunkowo i takie, z których faktycznie korzystam. Mniej znaczy więcej... ale z drugiej strony, o ile lżej na duchu ;) Polecam  Wam taki wielki projekt denko na koniec roku. Trzymajcie się i do następnego! xo 
Regeneracja i odmładzanie z witaminką C

Regeneracja i odmładzanie z witaminką C

Witaminy C nie muszę nikomu przedstawiać. Każde dziecko chyba wie, że witamina C jest dobra zwłaszcza jesienią i zimą, bowiem pomaga w walce z przeziębieniem i zwiększa naszą odporność. Nie każdy jednak wie, że witamina C ma również fantastyczne właściwości regenerujące, pielęgnujące i odmładzające; jest to genialny antyoksydant, który zwalcza wolne rodniki (odpowiedzialne m.in. za starzenie się skóry), rozjaśnia przebarwienia i zapobiega ich powstawaniu, a poza tym poprawia napięcie skóry i uszczelnia naczynia krwionośne. Najbardziej skoncentrowaną formę witaminy C możemy znaleźć w serum, a najlepiej, jeśli to serum jest w butelce z ciemnego szkła i ma ograniczony dostęp powietrza (-> witamina C szybko się rozkłada pod wpływem właśnie tych dwóch czynników zewnętrznych). 


Bardzo się ucieszyłam, gdy na IV edycji Secrets of Beauty nad morzem otrzymałam w prezencie od firmy Tenex Intensywnie Regenerującą Kurację z Witaminą C DermoFuture Precision, która okazała się dla mnie jednym z pielęgnacyjnych odkryć 2015 roku. Przyznam się Wam, że z peelingami firmy Tenex nie potrafię się polubić (moim zdaniem, są nieprzyjemnie tłuste i oblepiają skórę parafiną), jednak z serum DermoFuture Precision polubiłam się od razu i mam nadzieję, że przerodzi się to w wieloletnią znajomość... 



Kuracja znajduje się w ciemnej, szklanej buteleczce, która mieści 20 ml produktu, zaś aplikacja odbywa się za pomocą pipetki, która pomaga nam nabrać odpowiednią ilość produktu. Płyn ma żółte zabarwienie i bardzo miły zapach (nie wiem, czy słusznie, ale kojarzy mi się z aromatem do ciast LOL), szybko się wchłania i nie zostawia na skórze lepkiej czy tłustej warstwy. 



Stosuję serum po wieczornym demakijażu od ponad miesiąca, potem nakładam jeszcze nawilżający krem na twarz i pod oczy. Zauważyłam już praktycznie po pierwszym zastosowaniu, że moja buzia jest rano bardzo promienna i wypoczęta. Parę razy zapomniałam nałożyć serum, i wtedy widziałam ogromną różnicę w wyglądzie swojej facjaty - to już po prostu nie było to samo, brakowało mi tego blasku, tego glow... Odnotowałam również po kilku tygodniach stosowania preparatu, że w znacznym stopniu poprawił mi się koloryt skóry; mam wrażenie, że moje przebarwienia posłoneczne są znacznie mniej widoczne, a że jest to dla mnie najważniejszy aspekt, wiem, że ten produkt będzie moją tajną bronią po lecie. ;)  


Serum zawiera najwyższe, bo aż 30% stężenie witaminy C, poza tym ma w składzie glicerynę (-> wygładza i nawilża), wyciągi roślinne (m.in. wyciąg z kasztanowca, ostropestu plamistego, herbaty chińskiej, gorzkiej pomarańczy) plus hydrolizowane białko pszenicy o szeroko pojętym pielęgnacyjnym i odmładzającym działaniu, ponadto zawiera depigmentacyjną arbutynę oraz fantastycznie nawilżający kwas hialuronowy.


Podsumowując, dla mnie jest to genialny kosmetyk o ciekawym składzie - działa cuda na mojej skórze i jest dostępny w wielu drogeriach stacjonarnych oraz w sklepie online Tenex'u (TUTAJ) w dość przystępnej cenie (ok. 43 zł). Jestem strasznie ciekawa również innych produktów odmładzająco-regenerujących DermoFuture Precision, a zwłaszcza zestawu z mezorollerem do mezoterapii mikroigłowej czy szamponu i kuracji przeciw wypadaniu włosów dla mężczyzn...

* Bardzo dziękuję Sponsorowi oraz Organizatorowi IV SoB za możliwość przetestowania produktu.
Christmas Tree & Christmas Candy

Christmas Tree & Christmas Candy

Święta dokładnie za tydzień, więc już nie mogłam dłużej wytrzymać i zniosłam ze strychu choinkę. Jak widzicie na załączonych obrazkach, moja choinka w tym roku jest miniaturowa i minimalistyczna, ponieważ mamy w domu szczeniaka (względy praktyczne i bezpieczeństwa). Jest to stara choinka, ale poprosiłam męża, by przemalował ją na biało - po pierwsze, mam fioła na punkcie bieli we wnętrzach, a po drugie, moim zdaniem biała choinka jest pełna elegancji i klasy. 



Ponadto, odpalam już sobie świąteczny zapach - w tym roku zdecydowałam się na Christmas Candy w małym słoiku. Jest to produkt marki Polskie Świece (Fabryka Świec Light), który dobrze się pali, bardzo delikatnie pachnie (i w związku z tym nie drażni ani nie wywołuje migren), a do tego jest bardzo przystępny cenowo. Jest to zapach choinkowych cukierków albo ciasteczek, taki wiecie... słodki, ale jednocześnie lekki i delikatny, absolutnie nienachalny i nie przytłaczający - jest to idealny wybór na sezon świąteczny, zwłaszcza dla osób, które nie przepadają za zbyt mocnym zapachem jabłek z cynamonem (choć ten cynamon i tak w pewnym stopniu da się tutaj wyczuć :)). Kolejnym aspektem jest tu rozmiar i cena (6,50!); moim skromnym zdaniem, nie warto wydawać 50, czy nawet 100 zł na zapach, który za dwa tygodnie bądź miesiąc nam się znudzi i będzie już taki trochę last season



Po sezonie świątecznym odpalę sobie znowu jakieś owocowe nuty, m.in. pewnej słynnej amerykańskiej marki, i mam ochotę poszperać trochę na regałach w dziale domowym w TK Maxxx, gdzie kilkakrotnie widziałam świece angielskich marek o bardzo intrygujących i nietypowych zapachach (jak również w pięknych opakowaniach)...

A wracając do świątecznej atmosfery, dzisiaj mam jeszcze w planach wyjąć ze strychu pudło z dekoracjami oraz popakować resztę prezentów. Do szczęścia brakuje mi już tylko jakiejś typowo świątecznej nuty, zatem odpalam wrotki, Pana Buble na youtube, i działam dalej... A jak tam u Was przygotowania do Świąt? xo

Modnie owocowe prysznice z Anatomicals

Modnie owocowe prysznice z Anatomicals

Jakoś tak przewrotnie jesienią i zimą używam wielu owocowych, typowo letnich kosmetyków i podobnie rzecz ma się u mnie z produktami do mycia ciała - właśnie dobija denka żel pod prysznic angielskiej marki Anatomicals, który od jakiegoś czasu towarzyszył mi pod prysznicem. Ten "Modnie owocowy żel pod prysznic" (z ang. "Fashionably fruity body cleanser") znalazł się w pierwszej edycji pudełka Inspired by Charlize Mystery, z którego generalnie byłam bardzo zadowolona (zwłaszcza, że udało mi się je zakupić na wyprzedaży, za jedyne 59 zł!) i zachęcił mnie do zawarcia bliższej znajomości z kosmetykami Anatomicals.


Żel znajduje się w plastikowej butelce o pojemności 300 ml z pompką, która moim  zdaniem ma świetny, taki "cool & trendy" design oraz przezabawne opisy w języku angielskim. Pompka generalnie jest bardzo praktycznym rozwiązaniem, jednak w przypadku tego żelu, trzeba się bardzo starać, by nie zmarnować produktu, bowiem często gęsto pompeczka funduje nam porządny "sik" poza obszar naszych dłoni. Ja oczywiście już po zużyciu prawie całej butli opanowałam technikę nabierania idealnej porcji żelu na dłoń, ale lepiej późno niż wcale... 




Tak czy siak, przejdźmy do konkretów, czyli tego, co znajdziemy w środku. Po pierwsze, żel ma postać transparentnego płynu o lekko fioletowym zabarwieniu (zawiera m.in. ekstrakt z jagód oraz czerwony i żółty barwnik), choć przyznam Wam się bez bicia, że zauważyłam to dopiero przy okazji robienia zdjęć do tego wpisu - wcześniej byłam święcie przekonana, iż jest to lekki, bezbarwny płyn o przyjemnym, owocowym zapachu. Zapach faktycznie jest miły dla naszych nozdrzy: niezwykle świeży i pobudzający, idealny na poranny prysznic.



Jeśli natomiast chodzi o działanie tego produktu, to robi dwie zasadnicze rzeczy, które według mnie powinien robić żel pod prysznic: dobrze myje (radzi sobie całkiem dobrze ze zmywaniem również tłustych peelingów i balsamów czy olejków do ciała) i nie wysusza ani w żaden sposób nie podrażnia skóry, choć ma w składzie m.in. SLS czy alkohol. Poza tym, jak już wspomniałam wcześniej, przyjemnie owocowo pachnie, więc używanie go było czystą przyjemnością (zauważyłam, że mój mąż też bardzo go polubił). Jestem również ciekawa innych produktów marki Anatomicals i będę wdzięczna za rekomendacje. Trzymajcie się cieplutko i do następnego, xo
Serum, krem i kwas, czyli moja jesienno-zimowa pielęgnacja skóry

Serum, krem i kwas, czyli moja jesienno-zimowa pielęgnacja skóry

Trochę zwlekałam z tym postem, ale lepiej późno, niż wcale... tak czy inaczej, dzisiaj zapraszam Was w końcu na moją aktualną pielęgnację cery jesienią i zimą, czyli zestaw kosmetyków opierający się głównie na regeneracji skóry po lecie oraz walce z przebarwieniami posłonecznymi...



Po pierwsze, oczyszczanie skóry. W tej kwestii praktycznie nic się nie zmienia w porównaniu do LETNIEJ PIELĘGNACJI, bowiem nadal używam płynu micelarnego (aktualnie po zużyciu całej butli różowej Biodermy, wróciłam do ukochanego Garnier'a, który dla mnie jest po prostu najlepszy), natomiast kilka razy w tygodniu (głównie po mocniejszym makijażu lub przed nałożeniem maseczki) zmywam twarz również za pomocą żelu oczyszczającego i gąbki Konjac marki Yasumi, którą bardzo lubię - jest to już moja druga sztuka!). 


Po drugie, rozjaśnianie, regeneracja i nawilżanie. Tuż po demakijażu, głównie na czoło, aplikuję serum na dzień rozjaśniające przebarwienia marki Bioderma, pod oczy krem nawilżający (nadal zużywam bardzo przyjemny kremik z serii Tołpa green), zaś na resztę twarzy krem nawilżający - aktualnie jest to Bielenda, ale jeśli już trochę mnie czytacie, to pewnie zauważyłyście, że lubię używać kosmetyki tej marki. Gdy jest bardzo mocne słońce, nadal zamiast podkładu używam kremu barwiącego Anthelios XL z filtrem 50+ od La Roche-Posay; muszę go zużyć do końca zimy, a na wiosnę nabyć lżejszą wersję, przeznaczoną do cery tłustej i mieszanej. Wieczorem zamiast serum Biodermy używam Regenerującej Kuracji z Witaminą C od DermoFuture Precision, o której przeczytacie niebawem na blogu, oraz kremu nawilżającego i pod oczy.  


Po trzecie, peeling+maseczka lub kwasy 2 razy w tygodniu. Kurację kwasami (kwas migdałowy i kojowy) przeprowadziłam w październiku i listopadzie, także aktualnie sprawa jest zamknięta i jest to już tylko kokosowy peeling Inecto (pisałam już kiedyś o nim TUTAJ oraz TUTAJ) oraz maska oczyszczająca Bania Agafii (uwielbiam te naturalne maseczki w saszetkach!), nawilżająca maseczka APIS lub bio maska wyrównująca koloryt Biotique. Tę maskę stosuję nawet częściej niż dwa razy na tydzień i mam nadzieję, że w końcu zrobi, co ma zrobić... :)


W zasadzie to tyle na temat mojej aktualnej pielęgnacji cery. Na wiosnę na pewno trochę się pozmienia, ale póki co, do wiosny jeszcze baaardzo daleko... xo
Honey Therapy: Odżywczy krem do rąk z miodem i propolisem

Honey Therapy: Odżywczy krem do rąk z miodem i propolisem

W sezonie jesienno-zimowym nasze dłonie zazwyczaj wymagają większej regeneracji po lecie oraz mocniejszej ochronny przed wiatrem i zimnem, toteż w listopadzie zaczęłam używać Odżywczego kremu do rąk z miodem i propolisem, który dostałam od marki Honey Therapy po jesiennym Secrets of Beauty. Jeśli jesteście ciekawi, jak się u mnie sprawdza, zapraszam dalej...



Krem znajduje się w eleganckiej metalowej tubie o pojemności 70 ml, natomiast zamykany jest czarną plastikową zakrętką, znajdującą się na dole. Samo opakowanie przypomina mi bogate w masło shea kremy do rąk światowych marek, takich jak L'OCCITANE czy The Body Shop, co oczywiście budzi bardzo pozytywne konotacje. Jeśli natomiast chodzi o stronę praktyczną, jest już nieco gorzej, bowiem krem dość trudno wydobywa się z metalowej tuby o tak sporej pojemności (poza tym ma bardzo gęstą konsystencję!), a do tego ciężko się zamyka na zakrętkę i przewraca, więc najlepiej go po prostu położyć na półce. Tak jak wspomniałam wyżej, konsystencja kremu jest gęsta, przez co aplikacja do najszybszych i najłatwiejszych nie należy - krem  trzeba chwilę wsmarowywać w dłonie, a i tak od razu całkiem się nie wchłania, zostawiając na skórze tłustawy film. 



Mimo to, krem ma bogaty, naturalny skład - zawiera 20% masła shea (butyrospermum parkii), które jest na drugim miejscu wśród składników INCI, poza tym miód pszczeli, glicerynę, olejek z awokado, mocznik, propolis, i m.in. łagodzący panthenol. Ma również w składzie alkohol denat. na samym końcu, ale na szczęście nie wysusza mojej skóry. Na plus jest także fakt, iż  firma Honey Therapy do produkcji kosmetyków używa wysokiej klasy surowców naturalnych z certyfikatem Ecocert.


Kolejnym atutem produktu są jego cudowne właściwości odżywcze. Poprzednio używałam kremu z miodem marki Tołpa, który mnie niestety rozczarował, natomiast w przypadku Honey Therapy mam wreszcie dłonie porządnie nawilżone i odżywione (zapewne głównie za sprawą masła shea i mocznika). Co więcej, zauważyłam również, iż panthenol świetnie złagodził i pomógł błyskawicznie wygoić rany oparzeniowe, jakie miałam na dłoniach, także jest świetny dla osób narażonych na wszelkiego rodzaju podrażnienia i drobne ranki, oraz generalnie dla osób, które borykają się z nadmiernym przesuszeniem skóry dłoni czy dyskomfortem związanym z uczuciem ściągnięcia (tak jak ja przedtem). 

Podsumowując, jest to bardzo dobry produkt naturalny, który nie tylko całkiem fajnie wygląda i przyjemnie pachnie (miodkiem, masłem shea i wanilią), ale przede wszystkim świetnie działa na moją skórę, a do tego jest dosyć wydajny (używam go już ok. 1,5 miesiąca i została mi jeszcze jakaś 1/4 produktu w tubie). Krem jest dostępny na stronie  sklepu Honey Therapy TUTAJ w cenie 30 zł za 70 ml. 








PS. Dziękuję marce Honey Therapy, Sponsorowi IV Secrets of Beauty za produkt do testów.
Kosmetyki ajurwedyjskie part II: Maseczka wyrównująca koloryt skóry Biotique

Kosmetyki ajurwedyjskie part II: Maseczka wyrównująca koloryt skóry Biotique

Jeśli tak jak ja macie przebarwienia posłoneczne na twarzy, to zapewne zaintryguje Was każdy produkt, który ma za zadanie je zwalczyć lub choćby w minimalnym stopniu poprawić koloryt skóry. Dzisiaj pod lupę biorę właśnie taki kosmetyk, a w zasadzie nie kosmetyk, tylko ajurwedyjski produkt o właściwościach terapeutycznych. Ciekawe? Zapraszam dalej...



Biotique Bio Fruit Whitening & Depigmentation Pack

Bio maseczka wyrównująca - 75g

"Ta wyjątkowa maseczka to miks soków ananasa, pomidorów, cytryny i owoców papai. W widoczny sposób rozjaśnia skórę, wyrównuje koloryt, nadając jej nieskazitelny wygląd. Przy regularnym stosowaniu skóra odzyskuje swoją miękką, gładką, młodzieńczą barwę i teksturę."
Tak prezentuje się nowy, zafoliowany produkt:



Maska znajduje się w niewielkim plastikowym słoiczku (mieści on 75 g produktu), ma postać dosyć gęstej pasty (w której sporadycznie znajdziemy małe ziarenka jakiejś rośliny - niestety nie wiem, co to jest) o zabarwieniu ciemno-brudnego różu i dosyć intensywnym, ale przyjemnym zapachu owoców, glinki i pomidorów. Ze względu na gęstą konsystencję, zalecam nakładać ją raczej palcami, specjalny pędzelek do maseczek się tutaj po prostu nie sprawdzi. Maskę zostawiamy na twarzy na 15-20 minut, po czym zmywamy wodą lub specjalną szmatką czy gąbką do demakijażu (ta technika jest według mnie najlepsza, produkt szybciej się wówczas zmywa i nie brudzi nam całej umywalki na różowo). Bio maska Biotique dość szybko zastyga na twarzy, trochę ściąga skórę i raczej ciężko się zmywa, w związku z tym zazwyczaj zmywam ją po ok. 10, maksymalnie 15 minutach. Jak zaleca producent, produkt ten można aplikować codziennie lub w razie potrzeby; u mnie wypada to średnio co 2-3 dni.


  
Maska tuż po nałożeniu zaczyna trochę szczypać, ale mimo to nie wywołuje u mnie żadnych reakcji alergicznych ani podrażnień. Już po pierwszym użyciu da się zauważyć, że cera zyskuje ładniejszy koloryt, jest jakby bardziej promienna i odżywiona. Jeśli natomiast miałabym się wypowiadać na temat tego, czy maska faktycznie usuwa lub choćby w jakimś stopniu zmniejsza przebarwienia, musiałabym nieco dłużej ją stosować lub nawet poczekać, aż zużyję całe opakowanie (na razie używam jej od około miesiąca). Oczywiście, jeśli zaobserwuję jakieś zmiany, możecie być pewne aktualizacji...

[EDIT: niestety, po zużyciu całego opakowania, nie zaobserwowałam większych zmian.]


Podoba mi się fakt, że jest to produkt organiczny, zawierający 100% ekstraktów roślinnych (jest to miks soków ananasa, pomidora, cytryny oraz papaya z glinką Fuller's earth, proszkiem Geru itp.), nie zawierający konserwantów i nie testowany na zwierzętach. Jeśli jesteście ciekawe i macie ochotę zamówić tę maskę dla siebie, znajdziecie ją na stronie sklepu INDIA NATURALS tutaj w cenie 45 zł/75g. 


Bardzo dziękuję Firmie za możliwość przetestowania kosmetyków ajurwedyjskich marki Biotique, myślę, że oferta sklepu jest naprawdę interesująca i w przyszłości zamierzam sięgnąć również po inne produkty (np. do włosów). Zapraszam Was również do zapoznania się z moją poprzednią recenzją wiśniowego balsamu do ciała. xoxo
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger