środa, 25 marca 2015

NEW IN: Bioderma, L'OCCITANE, Hakuro, Bielenda

NEW IN: Bioderma, L'OCCITANE, Hakuro, Bielenda
W dzisiejszym poście pochwalę się Wam moimi nowymi kosmetycznymi zdobyczami, które będę testowała wiosną, jednocześnie prosząc o Wasze spostrzeżenia odnośnie wymienionych produktów. Jeśli znacie te kosmetyki lub akcesoria, dajcie znać, czy u Was się sprawdziły i czy polecacie je z czystym sumieniem, czy też wręcz przeciwnie. Jestem bardzo ciekawa opinii innych blogerek (i nie tylko)...

  • Bioderma - od dawna marzyłam o wypróbowaniu dermokosmetyków tej marki, i wreszcie udało mi się zgarnąć słynny płyn micelarny w wersji dla skóry tłustej i mieszanej, jak również aktywny krem na dzień, zwalczający przebarwienia, a to wszystko dzięki rozdaniu na blogu http://www.bezowijaniawbawelne.pl/ :-) Dziękuję autorce bloga, Ewie i bardzo, ale to bardzo się cieszę z wygranej :)

  • L'OCCITANE En Provence - zimą miałam okazję przetestować krem do rąk z masłem shea tej marki (recenzja TUTAJ), który okazał się genialny, w związku z tym zamówiłam krem do stóp (przesuszone po zimie na maksa, więc trzeba na wiosnę je uratować) i przy okazji dostałam w prezencie puszkę z miniaturami 2 kremów do rąk oraz próbki i pakowanie na prezent gratis ;) Jestem jak najbardziej na tak, gdyż uwielbiam te kremy, a dostawać prezenty do zakupów uwielbiam jeszcze bardziej ;)
  • I wreszcie: moje pierwsze zakupy drogeryjne na ezebra.pl - korzystając z darmowej wysyłki, zamówiłam sobie krem pod oczy Bielenda Pharm (gdyż ostatni bubel z Oriflame bardzo mnie uczulił), suchy szampon Batiste o zapachu Original, pędzel Hakuro H77 do blendowania cieni, gąbeczki kosmetyczne Donegal, dwa duże szklane pilniki do paznokci (w cenie 2,66 zł - LOL!), oraz rozmarynowy krem do stóp Delia dla męża; wszystkie produkty były dostępne na stronie w bardzo niskich cenach, jedynym minusem natomiast był czas oczekiwania na przesyłkę (ponad tydzień)...
Do usłyszenia niebawem - w recenzjach produktów lub ulubieńcach (mam nadzieję!), xo

wtorek, 24 marca 2015

Były sobie buble trzy... czyli recenzja kosmetyków firmy Ziaja, Oriflame i Dr Irena Eris

Były sobie buble trzy... czyli recenzja kosmetyków firmy Ziaja, Oriflame i Dr Irena Eris
Dzisiaj sobie trochę ponarzekam, a to tylko dlatego, żeby Was ostrzec przed kosmetykami, które albo nie robią nic, albo mogą Wam tylko zaszkodzić i podrażnić skórę. Trzy produkty, które zupełnie się u mnie nie sprawdziły, to: 
  • Ziaja odżywka intensywna świeżość do włosów tłustych 200 ml, 
  • Oriflame krem pod oczy z serii Optimals Seeing is Believing 15 ml, 
  • Dr Irena Eris TELOMERIC ULTRA krem dermo-wygładzający na szyję i dekolt (próbka 30 ml).
BUBEL NR 1 - Ziaja odżywka (bez spłukiwania) intensywna świeżość do włosów tłustych 200 ml z miętą, pokrzywą i prowitaminą B5


Odżywkę dostałam w prezencie, bo sama na pewno bym jej nie kupiła. Po pierwsze dlatego, że nie przepadam za kosmetykami firmy Ziaja, a po drugie dlatego, że nie lubię nakładać odżywek do włosów. Mimo to, postanowiłam ją wypróbować... Produkt ma nawet estetyczne i poręczne opakowanie, zapach miły (taki świeży, miętowy), kolorek lekko zielonkawy, konsystencję raczej rzadką, ale... No właśnie, jest jedno wielkie ALE.


Po kilku zastosowaniach zauważyłam, że włosy do niczego się nie nadają - są jeszcze bardziej sypkie i niesforne i w ogóle nie da się ich ułożyć... Totalny oklap! :( Poza tym, odżywka nie zmniejszyła przetłuszczania się włosów, jak obiecano na opakowaniu. Co prawda, producent zaleca spłukać odżywkę po ok. 3 minutach, jeśli włosy są zbyt obciążone, ale ja nie mam na to czasu i ochoty, gdyż myję włosy codziennie. Zamiast tego, zużyję bubla do golenia nóg i innych części ciała na mokro, zgodnie z zaleceniem Kosmetycznej Hedonistki... :)

BUBEL NR 2 - Oriflame Seeing is Believing eye-cream 15 ml


Jest to krem z serii Optimals, który ma za zadanie redukować opuchnięcia pod oczami, odświeżać i rozjaśniać skórę wokół oczu.  Krem znajduje się w małym, eleganckim słoiczku o pojemności 15 ml; ma zielonkawą barwę, ładny zapach i miłą konsystencję.

Dlaczego bubel?

Ten krem, podobnie jak krem do twarzy z tej samej serii (tj. Optimals), uczula moją skórę, wysusza ją masakrycznie i po prostu nie nadaje się do smarowania. Kosmetyczka ostatnio zwróciła mi uwagę, że mam opuchliznę pod oczami i na dodatek czerwone plamki, które były reakcją alergiczną na ten krem. Postanowiłam się zatem więcej nie katować i krem postanawiam oddać komuś, kto nie ma wrażliwej skóry i komu nie zależy na stosowaniu prawdziwie naturalnych kosmetyków...


Oficjalnie obrażam się na Oriflame i postanawiam już więcej się nie bawić w te badziewne kosmetyki z katalogów (również AVON). 

BUBEL NR 3 - Dr Irena Eris TELOMERIC ULTRA krem dermo-wygładzający na szyję i dekolt (próbka 30 ml). 

Próbkę dostałam gratis do jesiennych zakupów online na douglas.pl i mimo, iż ma tylko 30 ml, to muszę stwierdzić, iż krem jest bardzo wydajny - używałam go dość długo, chyba od listopada (minimum 3 razy w tygodniu). 


Dlaczego się nie sprawdził? 

Krem ma fajną konsystencję i zapach i łatwo się wsmarowuje w skórę, natomiast po kilku miesiącach stosowania nie zauważyłam żadnego rezultatu poza nawilżeniem (ani wygładzenia, ani napięcia skóry na szyi). W marcu postanowiłam zatem, że będę się nim smarować intensywnie i codziennie, ale niestety krem spowodował wysyp czerwonych pryszczy (bu!) na całym dekolcie. Ponieważ nie zostało mi go już za wiele w tubce (a marnować kosmetyków nie lubię), smaruję nim uda i poślady z nadzieją, że może od tzw. "dupy strony" krem jednak zadziała i wymienione części ciała trochę się napną na wiosnę... ;)


Znacie moje marcowe kosmetyczne fiaska? A może u Was jednak działają cuda? 
Czekam na info i do następnego... xo

środa, 18 marca 2015

Soczysta malina w łazience

Soczysta malina w łazience
Dziś soczyście malinowej obsesji ciąg dalszy... Tym razem kilka słów o tym, jak malinami traktuję ciało podczas kąpieli... 


Poranki lubię zaczynać orzeźwiającym, owocowym prysznicem, natomiast wieczorem, po ciężkim dniu, wskakuję do wanny napełnionej jakimś relaksującym i ładnie pachnącym płynem do kąpieli. Do obydwu celów fantastycznie nadaje się malinowy żel pod prysznic i do kąpieli Yves Rocher (na zdj. w środku). Produkt ten jest niedrogi (ok. 16 zł, choć ja dostałam go za 1 grosz jako prezent za zakupy) i dość wydajny - plastikowa, przezroczysta butla mieści 400 ml płynu. 

Ja do butelki włożyłam pompkę po jakimś innym kosmetyku, ale za 3 zł możemy kupić podobną w salonie firmowym. Przy użyciu pompki aplikacja płynu jest o niebo łatwiejsza i wygodniejsza. Sam płyn pięknie pachnie malinami (a w zasadzie, takim naturalnym, babcinym syropem malinowym), delikatnie się pieni i przyjemnie myje skórę, nie wysuszając ani nie podrażniając jej. Skład jest roślinny (jak widać na zbliżeniach poniżej), a opakowanie kosmetyku ulega biodegradacji (hurra!). Co prawda, zawiera znienawidzony przez większość blogerek SLS, ale ja mu to wybaczyłam, bo mam wielką słabość do malin... 



Może polecicie mi jeszcze jakieś inne naturalne i równie soczyście malinowe kosmetyki do twarzy lub ciała? xo

poniedziałek, 16 marca 2015

Soczysta malina na ustach

Soczysta malina na ustach
Moje usta ostatnio nie miały lekko: po zimie były trochę przesuszone (pomimo codziennego nawilżania), wymęczone zarówno zimnym powietrzem na zewnątrz, jak i gorącym oraz suchym powietrzem wewnątrz. Postanowiłam je odratować wazeliną do ust Flos-Lek'u, która sprawdzała się bardzo dobrze. Jednak gdy tylko przyszedł do mnie lutowy Joybox (KLIK), wyskoczyło mi z niego masełko do ust marki Bielenda, puściło mi oczko i wyszeptało dwa czarodziejskie słowa: "Wypróbuj mnie!"...


Nie potrafiłam mu się oprzeć. Już samo opakowanie skradło moje serce - masełko to znajduje się w okrągłym, białym, plastikowym pudełeczku, które mieści 15 g produktu (na górnej części opakowania znajduje się etykieta z bardzo apetyczną, zachęcającą maliną), a pudełeczko z masełkiem jest dodatkowo zabezpieczone kartonikiem, na którym producent informuje nas o przeznaczeniu, działaniu oraz składzie kosmetyku.

Największymi zaletami tego produktu są niewątpliwie: słodziutki, owocowy zapach i smak (!), różowy kolor i konsystencja masełka (jest to kosmetyk tłusty i odżywczy, ale ma lżejszą formę, aniżeli wazelina, co według mnie jest atutem). Jest to produkt kosmetyczny tak apetyczny, że aż "do zlizania", jest bardzo przyjemny w noszeniu i nie przeszkadza mi, jak niektóre sztyfty, pomadki, czy błyszczyki. 



Ponadto, jego działanie jest fantastyczne: nawilża i regeneruje wysuszone lub spierzchnięte wargi i naprawdę daje tzw. efekt baby lips. Produkt lekko barwi i nabłyszcza usta (niczym błyszczyk do ust), ale nie klei się i ma całkiem fajny skład (masło karite, masło kakaowe, witamina E, czy ekstrakt z owoców malin). Jedyną wadą, jaką jestem w stanie dostrzec w trakcie używania masełka, jest aplikacja palcem. Poza tym, same ochy i achy; po prostu uwielbiam to malinowe cudo! A że malin w marcu nadal nie mam dość, mam w zanadrzu dla Was kolejną soczyście malinową recenzję... Stay tuned for more! xo

piątek, 13 marca 2015

Kosmetyczny niezbędnik każdej kobiety

Kosmetyczny niezbędnik każdej kobiety
Jak widać na załączonym obrazku, przedstawiam Wam produkty kosmetyczne, które według mnie powinny się znaleźć w każdej torebce/kosmetyczce:

  • pomadki/błyszczyki/balsamy (+ ewentualnie konturówki) do ust (nie wyobrażam sobie nie chronić ust; zawsze mam usta czymś posmarowane lub pomalowane, może m.in. dlatego nigdy w życiu nie miałam spierzchniętych ust czy opryszczki?)
  • miniatury kosmetyków kolorowych, jak np. podkładu czy tuszu do rzęs (tutaj zazwyczaj przydają się próbki i miniatury, które można znaleźć w różnego rodzaju beauty boxach, czy po prostu dostać w prezencie do zakupu w drogerii czy perfumerii, np. Douglas, Yves Rocher)
  • perfumetka lub miniatura ulubionych perfum
  • jakiś mały krem do rąk (zimą uwielbiałam miniaturkę kremu z masłem shea L'Occitane, obecnie mam 50 ml krem z olejkiem arganowym Eveline, który znalazł się w grudniowym Joybox'ie)
  • próbka jakiegoś kremu do twarzy (tak na wszelki wypadek)
  • pilnik do paznokci (np. szklany lub papierowy)
  • miniaturowa szczoteczka i pasta do zębów (nie znasz dnia ani godziny!)
A Wy co nosicie w swoich torebkach/kosmetyczkach?

czwartek, 12 marca 2015

Moja nowa obsesja/pasja: kosmetyki organiczne i wegańskie

Moja nowa obsesja/pasja: kosmetyki organiczne i wegańskie
Dzisiejszy post to moja odpowiedź na dzień czwarty WYZWANIA BLOGOWEGO, którego tematem jest nowa obsesja/pasja. Jak już pewnie wiecie, moją pasją są kosmetyki, jestem maniaczką zwłaszcza pielęgnacji, jeśli chodzi o makijaż, to mam podejście minimalistyczne. Ostatnio kupuję kosmetyki nieco droższe, ale stawiam przede wszystkim na jakość oraz na naturalny skład, oraz, w miarę możliwości, na kosmetyki wegańskie lub tzw. cruelty free, tj. nie testowane na zwierzętach. Niezwykle istotne jest dla mnie, aby kosmetyk miał jak najlepszy skład oraz właściwości; fantastycznie, jeśli nie zawiera parabenów, PEG, SLS, olei mineralnych i innego tzw. kolokwialnie "bydła" :) Oczywiście, często kosmetyki naturalne mają wyższe ceny niż produkty dla mniej świadomych konsumentów, zatem rodzi się pytanie: "Czy warto płacić więcej za kosmetyki naturalne?" Moim zdaniem tak, ponieważ są bezpieczne dla nas i dla naszej skóry (moja skóra jest wręcz zakochana w takich kosmetykach i w rezultacie bije z niej taki wewnętrzny blask.... mam nadzieję, że wiecie, co mam na myśli ;), nie zawierają tych wszystkich konserwantów, metali ciężkich i innych naprawdę niefajnych i często rakotwórczych składników, lub po prostu taniego dziadostwa czy alkoholu,  które strasznie wysuszały moją skórę.

Ostatnio zamówiłam sobie kilka fantastycznych, organicznych lub wegańskich kosmetyków do pielęgnacji:

  • masło do ciała z masłem shea firmy Organique
  • krem SPA Herbal amerykańskiej marki POSE Organics
  • wegański żel pod prysznic Original Source o zapachu kokosowym
  • Vintage Body Oil - dwufazowy cukrowy peeling do ciała, rąk i stóp marki Tenex z olejkiem arganowym;
oraz kilka kosmetyków kolorowych (a jednak!), wśród których znalazły się:

  • podkład kryjący marki Arbonne (która jest ekologiczna i oferuje wegańskie produkty)
  • paleta 4 cieni do oczu Sugar Plum Baked, również Arbonne
  • naturalny krem CC włoskiej marki Bottega Verde
  • róż do policzków, bazujący na naturalnych składnikach, marki Rouge Bunny Rouge
  • mineralny cień do powiek Annabelle Minerals.
Co więcej, postanowiłam również być bardziej eko panią domu, więc tradycyjną chęmię zastępuję stopniowo takimi produktami, jak:

  • ekologiczna kula piorąca (z katalogu Betterware) - nie wyobrażam sobie powrócić do prania odzieży czy bielizny w chemicznym proszku do prania!;
  • naturalna pasta do zębów ze srebrem koloidalnym Blue Nature (również od konsultantki Betterware) - smakuje niezbyt dobrze, ale czego się nie robi dla ekologii! ;)
Ponadto, w Rossmann'ie znalazłam ekologiczne tabletki do zmywarki, i jak tylko zużyję obecne, przerzucam się na te eko... :)

Tak na zakończenie powiem Wam jeszcze, że to nie jest chwilowa obsesja, coś, co przeminie jak jakaś moda czy szał - jest to przemyślana zmiana stylu życia oraz trwający proces polepszania jakości stosowanych produktów, innymi słowy: przejście na wyższy poziom jako konsument. xo

środa, 11 marca 2015

3 sposoby na chandrę

3 sposoby na chandrę
Dzisiaj pogoda nie sprzyjała, a dzień był dla mnie bardzo pracowity i ciężki... dziś wieczorem padam ze zmęczenia i dopada mnie chandra, zatem nowego wspaniałego posta nie utworzę - w zamian odsyłam Was do lektury 3 wcześniejszych wpisów, które są nie tylko pomysłami na weekend, ale także moimi sposobami na gorsze dni, jak dzisiejszy - wieczorem robię sobie małą namiastkę weekendu i staram się zrelaksować, jak tylko się da... Dzisiaj wybieram bramkę nr 2, czyli lekturę w łóżku, obowiązkowo przy aromacie mojego ulubionego wosku Yankee Candle...






A Wy jakie macie patenty na chandrę i/lub zmęczenie materiału? xo

poniedziałek, 9 marca 2015

Moje plany na wiosnę

Moje plany na wiosnę
Ogromnie się cieszę, że już marzec! Nareszcie będziemy mogli pożegnać zimę, bo zimy bardzo, ale to bardzo nie lubimy! Jak już wiecie, pod koniec lutego miałam nawał pracy, co w połączeniu z niewyleczonym przeziębieniem poskutkowało zapaleniem tchawicy i krtani. Leżąc ponad tydzień w łóżku, miałam sporo czasu na refleksje i czytanie (co, moim zdaniem, może być całkiem pozytywne w skutkach) i pomyślałam sobie, że na wiosnę muszę koniecznie bardziej zadbać o zdrowie, kondycję, dietę, fitness i wzmocnienie odporności. W związku z powyższym, ułożyłam sobie taką małą listę wiosennych postanowień/planów:


  • zdrowo się odżywiać (jadać jeszcze więcej warzyw i owoców oraz wrócić do mojej diety indywidualnej, o której Wam kiedyś pisałam TUTAJ)
  • przy okazji zrzucić te 2-3 kg nadwagi po zimie (moją dodatkową motywacją są dwa wesela: brata i kuzynki, które mam na przełomie kwietnia i maja)
  • ćwiczyć minimum 2 x w tygodniu (przeprosić się z panią Chodakowską i jej skalpelem albo znaleźć jakieś inne ćwiczenia/ jeździć na rowerze)
  • zapuścić trochę włosy (marzy mi się teraz bob ala Magda Mołek) oraz zmienic ich kolor (platynowy blond?)
  • kupić sobie kilka fajnych ciuszków (skórzaną ramoneskę, kombinezon, jakieś fajne szpilki...)
  • ujędrnić ciało i złapać trochę wiosennego słońca :)
  • pomalować wreszcie futryny i kilka mebli + gadżetów na biało
To tyle moich planów na wiosnę. Myślę, że na razie wystarczy (choć nie wykluczam, że jeszcze coś wymyślę i dorzucę). A co tam siedzi w Waszych głowach na nadchodzącą wiosnę? xo

sobota, 7 marca 2015

Odrobina Marsylii w mojej łazience

Odrobina Marsylii w mojej łazience
Hej, dzisiaj zapraszam Was na krótką recenzję żelu pod prysznic Le Petit Marseillais o zapachu białej brzoskwini i nektarynki, który znalazł się w lutowym Joybox'ie (produkt pełnowymiarowy, 250 ml). Żelu używam już drugi tydzień i niebawem mi się skończy, zatem jest to najwyższa pora, by podzielić się z Wami moimi wrażeniami z używania go.



INFO O PRODUKCIE
Jak podano na stronie joybox.pl, "żel pod prysznic 'Biała brzoskwinia i nektarynka' delikatnie oczyszcza i nawilża skórę. Lekka i łatwa do spłukania piana uwalnia piękny aromat. Jej owocowy i soczysty zapach uwiedzie całą rodzinę. Bogata w witaminy brzoskwinia słynie z właściwości kojących. Nektarynka działa tonizująco. Jak wszystkie żele pod prysznic tej francuskiej firmy zawiera składniki pochodzenia naturalnego, ma neutralne pH dla skóry, nie testowany na zwierzętach." 

MOJA SUBIEKTYWNA OCENA

Opakowanie: bardzo estetyczna, prostokątna plastikowa buteleczka o pojemności 250 ml, zamykana na górze (zamykanie trochę niepraktyczne - żel za każdym razem rozlewa mi się i spływa po butelce, zamiast zręcznie lądować w mojej dłoni).



Konsystencja/kolor/zapach: lekki, transparentny żel w kolorze łososiowym; ma bardzo delikatny owocowy zapach, który moim zdaniem jest trochę za słaby (zapach pięknie pachnie w opakowaniu, natomiast nie unosi się potem po całej łazience, jak inne żele pod prysznic, np. Yves Rocher czy Original Source).


Właściwości myjące i pielęgnacyjne: żel ma dość fajny skład; zawiera m.in. ekstrakty roślinne, glicerynę, ale nie zawiera parabenów. Czy ten żel pod prysznic faktycznie nawilża? Z pewnością nie zauważyłam wysuszenia skóry, a to jest niewątpliwie na plus, choć moja skóra i tak jest dodatkowo nawilżana balsamami i mleczkami do ciała (przez co ciężko mi obiektywnie stwierdzić, czy skórę nawilża produkt do mycia ciała, czy raczej do smarowania). Zaobserwowałam natomiast, że żel jest łagodny dla skóry i nie uczula; myje dość dobrze, ale raczej słabo się pieni.

Zalety: całkiem niezły skład, delikatność, ładne opakowanie, duża dostępność w drogeriach i supermarketach za przystępną cenę (obecnie w Rossmann'ie żele o pojemności 250 ml są w promocji za 5,39, zaś 400 ml za 9,99).

Wady: zapach wyczuwalny w momencie powąchania go w opakowaniu, natomiast słaby i krótko utrzymujący się podczas i po kąpieli; mało wydajny produkt; żel rozlewa się po butelce przy aplikacji.

Mój werdykt: Ani zapach, ani wydajność nie powalają. Jeśli miałabym go opisać jednym słowem, to było by to słowo "delikatny". Jak dla mnie, trochę zbyt delikatny; brakuje mi w nim jakiegoś czynnika "wow"... sama nie wiem dobrze, co to jest, ale wiem, że czegoś tutaj po prostu brak. Spodziewałam się czegoś więcej po tym produkcie - niesamowitego, czarującego naturalnymi zapachami klimatu Prowansji, a w zamian dostałam tylko odrobinę Marsylii, obecnej głównie na kolorowym plastikowym opakowaniu i w reklamie...


A Wy znacie produkty Le Petit Marseillais? Czy jest w ich ofercie coś, co szczególnie lubicie i polecacie? xo

czwartek, 5 marca 2015

beGLOSSY Perfect Gift

beGLOSSY Perfect Gift
Witajcie! Dzisiejszy wpis to tzw. openbox (mało pisania, dużo pokazywania ;) - pudełko beGLOSSY Perfect Gift, które dostałam od męża na Dzień Kobiet. Jeśli lubicie tego typu wpisy i jesteście ciekawe wciąż aktualnej, świątecznej edycji limitowanej beGLOSSY, to zapraszam do dalszej części wpisu...



Samo pudełko jest przepiękne - czerwone, typowo świąteczne (nieważne, że już dawno po sezonie!) i niezwykle eleganckie, natomiast zawartość moim zdaniem powalająca! Wybrałam sobie taki prezent świadomie, wiedząc, co znajdziemy w środku, i mimo, iż pudełko do najtańszych nie należy, skusiłam się głównie z powodu organicznego kremu marki POSE Organics, który sam kosztuje prawie 100 zł (tu za 119 mamy aż 7 fantastycznych pełnowymiarowych produktów!). W pudełku  znajdziemy: 

1. Krem do twarzy SPA Herbal marki POSE (50 ml)


2. Lakier do włosów Artego Be Pretty & Strong (250 ml)


3. Lakier do paznokci Sally Hansen Complete Salon Manicure 570 (14,7 ml)


4. Róż w sztyfcie Rumieńce w rozkwicie marki Rouge Bunny Rouge (4 ml)


5. Dr Irena Eris PROVOKE Cienie podwójne blue lagoon dream No. 250 (2,4 g)



6. Masło do ciała marki -417 (50 ml)


7. Aromatella - kremowa złocista kuleczka do kąpieli (30 g)



Więcej informacji o pudełku i produktach znajdziemy TUTAJ

Jest to co prawda moje pierwsze pudełeczko beGLOSSY, ale muszę przyznać, że jest zrobione "na bogato" i zawartością jestem po prostu oczarowana!!! Już się nie mogę doczekać używania tych produktów; jedyny kosmetyk, którego używam już od ok. tygodnia to organiczny krem Pose - miałam ogromny problem z przesuszoną buzią, a po recenzji Agaraszki po prostu wiedziałam, że SPA Herbal Face Cream musi być mój :) xo

środa, 4 marca 2015

Moja walka z przebarwieniami 2: Yves Rocher Zero Defaut

Moja walka z przebarwieniami 2: Yves Rocher Zero Defaut
Jak już pewnie wiecie, od paru lat borykam się z problemem przebarwień na twarzy (głównie na czole), a powstały one na skutek stosowania leków fotouczulających (prawdopodobnie kropli ziołowych) latem. Próbowałam już różnych zabiegów i kosmetyków, i do tej pory najlepiej sprawdzała się u mnie mikrodermabrazja i zabiegi kwasami. Oprócz zabiegów, wspomagam się różnymi kremami lub serum na przebarwienia, unikam słońca, oraz wierzę w zbawienne działanie złuszczania naskórka. W nawiązaniu do mojej przebarwieniowej krucjaty, dzisiaj opowiem Wam słów kilka na temat produktu, którego ostatnio używałam, a jest nim korektor na plamy pigmentacyjne Yves Rocher z linii Zero Defaut (Zero niedoskonałości). 




Produkt ten jest przeznaczony do stosowania punktowego na zmiany pigmentacyjne; ma za zadanie zmniejszać przebarwienia, a efekty mają być wyraźnie widoczne już po miesiącu stosowania. Kosmetyk ten ma w składzie rozjaśniającą lukrecję oraz biały łubin, który oprócz zmniejszania przebarwień, ma stymulować odnowę naskórka. 

Więcej informacji oraz opinie o produkcie znajdziecie na stronie producenta TUTAJ




Tak naprawdę, w moim odczuciu jest to punktowe serum rozjaśniające, nie korektor. Występuje w bardzo eleganckim, ale niezbyt wydajnym opakowaniu (14 ml). Stosuję go już ponad miesiąc, codziennie rano i wieczorem na umytą skórę (tylko na czole, gdzie mam najwięcej plam pigmentacyjnych), a po nim na całą twarz nakładam krem i podkład. Produkt ten ma lekką konsystencję, beżowy kolor, roślinny, ale całkiem przyjemny zapach. Nie uczula i nie wysusza skóry. Ma sporo zalet, ale teraz przejdźmy do wad: po regularnym stosowaniu produktu, nie zauważyłam jakichś spektakularnych zmian w zmniejszaniu przebarwień. Nie wiem, o co chodzi, bo opinie o tym kosmetyku są podzielone: jedni zachwyceni i zachwalają jego działanie, inni twierdzą, że nie działa wcale i żałują wydanych pieniędzy. Przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia - produkt moim zdaniem delikatnie rozjaśnił mi skórę, ale mimo to plamy na czole są jednak wciąż widoczne z bliska (myślę, że wykończę całe opakowanie w marcu i wtedy koniecznie dam Wam znać, czy coś się w tej kwestii zmieniło!). Najbardziej jestem zawiedziona ceną, która moim zdaniem jest zbyt wysoka (produkt kupiłam jesienią ubiegłego roku i zapłaciłam za niego ok. 60 zł w promocji, natomiast jego cena regularna wynosi 96zł), po prostu nieadekwatna do działania preparatu. Żałuję, że zamiast korektora nie kupiłam serum, które ma znacznie lepsze recenzje i z pewnością większą wydajność...

poniedziałek, 2 marca 2015

Denko: luty 2015

Denko: luty 2015
Mimo, iż luty to najkrótszy miesiąc roku, to o dziwo udało mi się wypełnić moją "denkową" torbę zużytymi kosmetykami prawie do pełna... 

 
PIELĘGNACJA TWARZY


Płyn micelarny Farmona z serii Kryształowe Oczyszczanie 500 ml. Dostałam go w prezencie. Niby ok, bardzo wydajna butla, ale nie wrócę do niego, gdyż trochę szczypał mnie w oczy podczas zmywania makijażu. Pełna recenzja TUTAJ.

Próbka (3 ml) organicznego kremu Arbonne Re9 Advanced w wersji ekstra nawilżającej do skóry suchej - była to ostatnia sztuka, jaka mi została z całego zestawu testowego (recenzja TUTAJ); ta niewielka ilość ratowała mnie z opresji zimą, gdy moja skóra była szczególnie narażona na przesuszenie. Dobrze, że zużyłam ten kremik, bo jego termin ważności mija w marcu 2015 roku :) Muszę przyznać, że krem faktycznie super ekstra nawilżył mi przesuszoną skórę, ale mimo to nie nadaje się do mojego rodzaju cery (mam cerę mieszaną z tendencją do przetłuszczania się).

MAKIJAŻ


Krem CC Eveline Face Therapy 30 ml - polecam osobom, które chcą w szybki sposób zakryć przebarwienia i zaczerwienienia na twarzy oraz uzyskać matowy efekt na skórze. Dwie osoby kupiły ten krem po wypróbowaniu u mnie, ja natomiast szukam czegoś z lepszym składem... RECENZJA

Dwa tusze marki AVON: Supershock MAX (do pełnej recenzji KLIK) - mój ulubiony tusz, który zapewne kupię ponownie (chyba, że znajdę coś jeszcze lepszego), oraz Mega effects, który ma fajny fikuśny pędzelek, ale jest niewygodny w aplikacji (brudzimy się strasznie przy malowaniu), a poza tym masakrycznie się kruszy i wysycha. Nie kupię ponownie.

PIELĘGNACJA CIAŁA


L'OCCITANE krem do rąk z masłem shea (miniatura 10 ml) - genialny krem o gęstej konsystencji, ale i nieco babcinym zapachu. Pełna recenzja TUTAJ. Chętnie wypróbuję jakieś inne warianty zapachowe, bo ten krem naprawdę dobrze nawilżał suchą skórę dłoni zimą.

Dezodorant do higieny intymnej AVON. Stary jak świat, jeszcze w starym opakowaniu. Dostałam go i na pewno sama nie kupię, gdyż według mnie nie robił nic i zapach też jakoś specjalnie mnie nie zachwycił; po prostu jakoś go zmęczyłam.

Hamamelis żel pod prysznic 300 ml do skóry wrażliwej z Yves Rocher - u mnie sprawdził się doskonale - delikatny, wydajny i bardzo przyjemnie pachniał. Z przyjemnością do niego wrócę! 

Les Plaisirs Nature mleczko do ciała 400 ml owies, również z YR. Uwielbiam mleczka z tej serii, ale tego zapachu na pewno nie kupię ponownie... RECENZJA

WŁOSY

Suchy szampon Batiste o zapachu tropical - o tych szamponach chyba nie muszę dużo pisać, praktycznie co miesiąc denkuję jedną butlę (zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym). Ułatwiają mi życie i pomagają ułożyć za sypkie i za miękkie włosy. Jednak tego zapachu chyba nie kupię ponownie, gdyż nie do końca mnie zachwycił (trochę  za ciężki i duszący dla mnie). RECENZJA

Szampon odbudowujący z olejkiem jojoba 300 ml od Yves Rocher - ślicznie (słodko) pachnie, wspaniale nawilża włosy i mój mąż twierdzi, że nie wypadają po nim włosy. Mimo, iż nie jest to szampon do mojego rodzaju włosów, czasami myłam nim głowę lub pędzle,by po prostu rozkoszować się tym zapachem. :)

Farba Garnier Olia w kolorze 8.31 - recenzja TUTAJ. Muszę tylko dodać, że po drugim użyciu jestem jednak na nie - tak mnie szczypała skóra głowy w trakcie farbowania, że obiecałam sobie już więcej jej nie kupować i powrócić do ulubionego Castingu...


I to tyle zużytych kosmetyków w lutym. A Wy coś szczególnie lubicie 
(albo nie znosicie) z mojego denkowego zestawu? Pozdrawiam ciepło, xo

niedziela, 1 marca 2015

Ulubieńcy lutego

Ulubieńcy lutego
Nareszcie wracam do mojego bloga, co prawda nadal jeszcze piszę z łóżka, chora (zapalenie tchawicy i krtani :/), ale już bez gorączki i bez bólu głowy, które niestety uniemożliwiały mi pisanie. Dzisiaj podsumuję miniony miesiąc, który niestety okazał się dla mnie najgorszym miesiącem tego roku, ale mimo to postanowiłam wyliczyć wszystko, co było w nim dobre i pozytywne, i nie pamiętać tego, co złe. Zapraszam Was zatem na moje małe lutowe TOP 5:

1. KOSMETYKI ULUBIONE/ODKRYTE W LUTYM -> PIELĘGNACJA
W lutym moja skóra zaczęła się domagać ekstra nawilżenia (-> przesuszona na policzkach i na ustach), więc potraktowałam ją kokosowym peelingiem nawilżającym Inecto (o którym kiedyś pisałam TUTAJ), kremem POSE Spa Herbal, który moja skóra pokochała od pierwszego posmarowania, oraz wazeliną Flos-Lek'u, która ratowała nie tylko wysuszone zimą usta, ale także zaczerwienione i przesuszone katarem nozdrza. Ponadto, na przebarwienia na czole stosowałam korektor Yves Rocher (recenzja niebawem), zaś dłonie smarowałam kremem Dove Purely Pampering z masłem shea i wanilią, który fajnie pachnie i dobrze nawilża dłonie. Pod koniec lutego zaczęłam również używać nowej wersji mojego ulubionego płynu micelarnego Garnier (do skóry normalnej i mieszanej), ale na razie jest jeszcze za wcześnie, by móc cokolwiek na jego temat powiedzieć (choć mam nadzieję, że sprawdzi się równie dobrze, jak wersja różowa).


2. ULUBIONY KANAŁ NA YOUTUBE - THAT'S HEART
W lutym odkryłam i nadal nie mogę się oderwać od kanału przesłodkiej i niezwykle pozytywnej Filipinki, mieszkającej w LA; podoba mi się jej energia, styl życia, mieszkanie i piesek Shih Tzu, o którym również marzę. 


3. ULUBIONA KSIĄŻKA - TOMEK TOMCZYK "BLOG" 
Niestety, nadal nie udało mi się jej skończyć, więc recenzji na razie nie będzie, ale jest to zdecydowanie najlepsza książka, jaką czytałam w miesiącu lutym.


4. PUDEŁKA PEŁNE KOSMETYKÓW: JOYBOX & BEGLOSSY PERFECT GIFT
Od dłuższego czasu zastanawiałam się nad subskrybcją urodowych pudełek, ale nie do końca byłam przekonana, czy warto kupować kota w worku. Na szczęście, w lutym znalazłam swój ideał: Joybox, który nie wymaga subskrypcji, widzimy od razu jego pełną zawartość, jest najtańszy na rynku i wychodzi raz na dwa miesiące (więcej na jego temat pisałam w moim poprzednim poście TUTAJ). Ponadto, w lutym dostałam też od męża w prezencie beGlossy Perfect Gift, pudełko znacznie droższe, ale i z nieco bardziej ekskluzywną zawartością (szczegóły wkrótce!). Obydwa pudełka dały mi wiele radości i już się nie mogę doczekać, aż będę się mogła z Wami podzielić szczegółowymi recenzjami wszystkich produktów...! 



5. DIY W WYSTROJU WNĘTRZ
W minionym miesiącu pokazałam Wam moje dwa nowe nabytki do domu: osobistą wishlistę, wykonaną na gotowej multiramce z sieciówki (KLIK) oraz stolik kawowy z palet z efektem nieskończoności, autorstwa mojego męża (KLIK). Uważam, że takie małe, własnoręcznie wykonane domowe "arcydzieła" dają nam najwięcej radości, a ponadto, podkreślają indywidualny charakter naszego wnętrza.



To tyle ulubieńców minionego miesiąca... W kolejce czeka już lutowe denko, więc jak tylko się z nim uporam, to nareszcie przyjdzie czas na powitanie nowego miesiąca i nowe, mam nadzieję jeszcze ciekawsze wpisy... xo
Copyright © 2016 Elfie's planet , Blogger