poniedziałek, 23 lutego 2015

Pudełko pełne radości, czyli Joybox luty 2015

Pudełko pełne radości, czyli Joybox luty 2015

Od jakiegoś czasu obserwuję zarówno beGlossy, jak i Shinybox, i zastanawiałam się, które pudełko zasubskrybować... Jednak tak naprawdę nie byłam do końca przekonana, czy warto wydać 50 zł na kupowanie kota w worku i jakoś nie mogłam się zdecydować... Oglądając filmiki z openboxami na youtube zauważyłam, że często w tych pudełkach znajdujemy produkty, które nie do końca są nam potrzebne, albo pudełka są po prostu słabe (do tego nie mamy wpływu na to, co kupujemy), aż wreszcie przez przypadek na Instagramie usłyszałam o Joybox'ie, nowości na polskim rynku (pierwsza edycja odbyła się w grudniu 2014 roku). Ucieszyłam się tym bardziej, że Joybox wychodzi co dwa miesiące (a nie co miesiąc, jak glossy czy shiny), widzimy przed zakupem wszystkie 6 pełnowymiarowych produktów, które wchodzą w skład pudełka, oraz dodatkowo możemy sobie same (!) wybrać 3 pozostałe produkty (2 miniatury ekskluzywnych kosmetyków plus jeden gadżet, kosmetyk lub kupon zniżkowy). Jak dla mnie idea Joyboxa jest o niebo lepsza od beGlossy czy Shinybox, zatem w lutym zamówiłam swoje pierwsze pudełko i oto przedstawiam Wam jego zawartość (opisy produktów oraz link do pudełka: TUTAJ):


Produkty pełnowymiarowe:
Wibo Tusz do rzęs Boom Boom 11 g 
Jest to maskara zwiększająca objętość rzęs, z silikonową szczoteczką. Muszę przyznać, że jest to jedyny produkt, z którego nie jestem zadowolona, gdyż nie lubię takich tanich (i trochę tandetnie wyglądających) tuszy do rzęs, poza tym recenzje są dosyć kiepskie... Najprawdopodobniej sprezentuję go komuś mniej wymagającemu, kto nie ma tak wrażliwych oczu, jak ja... :)

Delia Dwufazowy płyn do demakijażu oczu i ust 
Dermo System 200 ml
Zazwyczaj do demakijażu używam płynów micelarnych, ale myślę sobie, że płyn dwufazowy też może się przydać po mocniejszym mejkapie, także... czemu nie? Chętnie przetestuję...

Tenex Dwufazowy cukrowy peeling do rąk i stóp 130 ml
Bardzo mnie ciekawi ten produkt - uwielbiam peelingi oraz kosmetyki naturalne i organiczne, zatem nie mogę się doczekać, aż użyję go do całego ciała (i stóp) :)

Dove Suchy olejek do ciała Purely Pampering 150 ml
Lubię Dove, a nawilżania ciała nigdy za wiele, więc podoba mi się, że ten produkt znalazł się w Joybox'ie... :)
Le Petit Marseillais Żel pod prysznic 
Biała Brzoskwinia i Nektarynka 250 ml

Żel pod prysznic to coś, co zawsze trzeba mieć w domu w zapasie, a z tej firmy miałam tylko jednorazową saszetkę z jakiegoś czasopisma, więc jestem jak najbardziej na tak i już czekam na okazję do testowania!


Bielenda Masełko do ust Soczysta Malina 15 g
Bielenda to jedna z moich ulubionych polskich firm, bowiem produkuje świetne, naturalne kosmetyki w bardzo przystępnych cenach, a to masełko jest takie apetyczne! Przyda mi się, bo ostatnio borykam się z przesuszeniem ust...
Poza tym wybrałam sobie jeszcze: 


Permanentny eyeliner Lambre - nie wiem, jak to możliwe, ale nie miałam w swojej kosmetyczce eyelinera, a od dłuższego czasu bardzo chciałam się wreszcie nauczyć rysować kreskę (a w zasadzie wyciągać tzw. jaskółkę), więc mam nadzieję, że ten produkt się w tym celu sprawdzi (jest to również produkt pełnowymiarowy :)

oraz dwie miniatury do włosów:


REF Szampon Volume Complex 75 ml - profesjonalny szampon, który ma zwiększać objętość włosów, oraz bazę ochronną do włosów Bumble and bumble 30 ml. Jak już było po faworkach, to trochę żałowałam, że nie wybrałam miniatury kremu kolagenowego marki Thalgo, ale mam nadzieję, że w kolejnej, kwietniowej edycji znajdę równie ciekawe produkty do pielęgnacji skóry twarzy. Liczę również na jakieś lepsze kosmetyki kolorowe w wiosennej edycji pudełeczka Joy...:)


I jak Wam się podoba Joybox? Zamówiłyście też pudełko dla siebie? Jeśli tak, to napiszcie mi koniecznie, jakie kosmetyki wybrałyście, lub jakie produkty Was najbardziej zaciekawiły. Do następnego! xo

niedziela, 22 lutego 2015

DIY Coffeetable

DIY Coffeetable
Jakiś czas temu zapowiadałam, że pokażę Wam talent mojego męża, a mianowicie własnoręcznie wykonane meble z palet. Słowo się rzekło, więc oto przedstawiam Wam pierwszy wykonany przez Pana F. mebel do salonu - stolik kawowy. Wykonanie stolika trochę trwało, bo wymagał on szlifowania, bejcowania, i przypalania, a potem jeszcze musieliśmy mebel zawieźć do szklarza i zainstalować oświetlenie LED, ale wreszcie jest i prezentuje się w taki oto sposób:





I jak Wam się podoba? xo

sobota, 21 lutego 2015

Planet Spa Sleep Serenity

Planet Spa Sleep Serenity
Witajcie (po prawie tygodniowej przerwie)! Niestety, miniony tydzień był dla mnie jednym z gorszych (wychodziłam do pracy rano, a wracałam do domu wieczorem, totalnie wykończona), w związku z tym nie miałam czasu na nic, w tym również na pisanie bloga (czyli czegoś, co robić kocham)... Jako że ostatnio jestem bardzo zmęczona i zestresowana, dzisiaj postanowiłam zrobić sobie małe domowe spa... i przy okazji opowiedzieć Wam o serii Sleep Serenity z linii Planet Spa od AVON, a konkretnie o dwóch produktach: Relaksującej soli do kąpieli oraz mgiełce do pościeli Rumianek i Lawenda.


Po bardzo ciężkim dniu pracy lubię wskoczyć do wanny, napełnionej ciepłą (nigdy gorącą!) wodą, z dodatkiem relaksującej soli do kąpieli. Tę sól mam już od jakiegoś czasu, gdyż używam jej dość rzadko, w sytuacjach "kryzysowych". Opakowanie jest bardzo estetyczne (plastikowy słoiczek, zawierający 195 g soli, z metalową zakrętką), natomiast zapach bardzo przyjemny - wyczuwam tu przede wszystkim nuty lawendowe, ale rumianek również da się tutaj wyczuć. Nawiasem mówiąc, czasem już samo powąchanie soli ze słoiczka pomaga mi się zrelaksować i wyciszyć...


Mgiełkę z kolei stosuję głównie w sypialni: rozpylam ją na pościel i w powietrzu. Wprowadza mnie w błogi stan, cudownie pachnie i ułatwia mi zasypianie. Mgiełka jest bardzo wydajna, mam ją już ok. 1,5 roku, a zużyłam chyba jedynie 1/3 (ze 100 ml butelki). Ubóstwiam jej zapach - jest lawendowy, ale nie ciężki - taki słodziutki i delikatny jednocześnie... Ta mgiełka była kiedyś moją ulubioną (jakieś 10-15 lat temu, gdy byłam jeszcze nastolatką), ale na szczęście znowu jest dostępna w ofercie marki, więc wróciłam do niej po latach. Z pewnością kupię ponownie, jeśli mi się skończy.


Planet Spa to moja ulubiona (albo raczej jedyna, którą toleruje moja skóra) linia do pielęgnacji i poniekąd aromaterapii od AVON. Ogólnie staram się używać kosmetyków do pielęgnacji i makijażu innych firm (moja skóra nie bardzo lubi AVON), ale dla tej mgiełki oraz soli do kąpieli robię wyjątek, z jednego bardzo prostego powodu - nie potrafię się obyć wieczorem bez tego błogiego, odprężającego zapachu... :) xo

środa, 18 lutego 2015

Wyniki Urodzinowego Rozdania

Wyniki Urodzinowego Rozdania
Witajcie! Dzisiaj przychodzę do Was z wynikiem Urodzinowego Rozdania, którego szczegóły znajdziecie TUTAJ


W zabawie udział wzięło ponad 40 osób. Wszystkim serdecznie dziękuję oraz mam nadzieję, że zostaniecie tutaj ze mną na dłużej... :)

Nagrodę (zestaw widoczny na zdjęciu powyżej) otrzymuje:



Proszę o kontakt mailowy (dane i adres do wysyłki) maksymalnie do piątku. xo

sobota, 14 lutego 2015

DIY: Spersonalizowana Wishlista

DIY: Spersonalizowana Wishlista
Dzisiaj przychodzę do was z małym DIY, którym postanowiłam ozdobić swoją toaletkę oraz jednocześnie afirmować i przyciągać cudeńka, o których marzę w 2015 roku i które są na mojej aktualnej, czysto materialnej wishliście. Nad toaletką umieściłam głównie kosmetyki kolorowe, które planuję nabyć w kolejnym kwartale bieżącego roku oraz torebkę Michael Kors, która bardzo mi się podoba, lecz na razie pozostaje jedynie w kręgu marzeń...





Jest to oczywiście tylko przykład wizualizacji osobistych marzeń bądź celów, każda z Was może do tego podejść bardziej emocjonalnie lub serio, i zamiast typowej zakupowej listy, wpisać cele do zrealizowania, bądź wkleić obrazki rzeczy, do których aktualnie dążymy (np. nowa praca, dom, wymarzony samochód, dzieci, zdrowie, miłość, itd., itp.), niczym na tzw. mapie marzeń. Ja do tego celu wykorzystałam multiramę, którą dostałam w prezencie (pochodzi z Home&You, ale podobne znajdziecie również w innych sklepach z dekoracjami lub na Allegro), a następnie wyszukałam obrazy moich targetów, wydrukowałam je, wycięłam i umieściłam w ramkach. Jeśli lubicie rysować lub bawić się w grafikę komputerowa, możecie takie elementy wykonać same, przy okazji wykazując się talentem i kreatywnością. Moje małe DIY jest szybkie, proste, efektowne i niesie ze sobą małe przesłanie dla wszystkich wielbicielek stylu (lub kolorówki) Chanel. xo

Nowości w pielęgnacji: Yves Rocher & Biedronka

Nowości w pielęgnacji: Yves Rocher & Biedronka
Na wstępie muszę się przyznać, że ostatnio byłam na małym odwyku zakupowo-kosmetykowym i nie robiłam jakichś wielkich zakupów... Mimo to, przy okazji zakupu kremu nawilżającego dla męża (-> dodatek do prezentu walentynkowego), udało mi się zdobyć dwa żele pod prysznic po 1 gr za sztukę (!) (w programie lojalnościowym w salonach stacjonarnych Yves Rocher w całej Polsce),które wypełniają całą moją łazienkę po kąpieli cudnymi nutami malin i kwiatów cytrusowych. Ponadto, aktualnie jestem w trakcie używania wcześniej zakupionego korektora na plamy pigmentacyjne z nowej serii Zero niedoskonałości, o którym niebawem napiszę w osobnym poście. 


Reszta moich nabytków z pielęgnacji pochodzi natomiast z Biedronki (gazetka "Kosmetyczna odnowa" TUTAJ). Miałam chrapkę wypróbować płyn micelarny i inne kosmetyki marki Tołpa, ale niestety w moim sklepie ich nie było :( Mimo to, kupiłam niezawodny, supermocny lakier do włosów Loreto, sprawdzone różowe chusteczki do demakijażu bebeauty, jeden z moich ulubionych peelingów do ciała Joanna Naturia z gruszką, wazelinę Flos-Lek o smaku poziomkowym (super ratuje moje przesuszone zimą usta!) oraz krem do rąk Dove Purely Pampering z masłem shea i ciepłą nutą wanilii.


To tyle moich pielęgnacyjnych zdobyczy w lutym. Nie jest tego dużo, ale jak na detoks to i tak nieźle. Mała rzecz, a cieszy... :) xo

piątek, 13 lutego 2015

Walentynkowe inspiracje last minute

Walentynkowe inspiracje last minute
Osobiście za Walentynkami nigdy nie przepadałam. Dla mnie jest to dzień jak co dzień, zaś dla wszystkich singli czy porzuconych, z pewnością najbardziej frustrujący dzień roku. Jednak tym razem postanowiłam nieco zmienić swoje nastawienie, głównie z dwóch powodów: Dzień Świętego Walentego wypada w weekend, a jest to jedyna możliwość, by spędzić z mężem trochę więcej czasu, a poza tym  nie pamiętam, kiedy ostatnio byliśmy gdzieś razem na randce... Więc pomyślałam sobie, że czemu by nie uczynić z tego dnia naszego święta i nie celebrować wspólnie wolnego czasu? 

Poniżej przedstawiam Wam zatem kilka inspiracji na Walentynkowy wieczór last minute - dla tych, którzy nie wybierają się nigdzie na randkę, i wolą w ten dzień zostać w domu razem (lub po prostu się zgapili i nie udało im się nigdzie dokonać rezerwacji). 

Zaczynamy dość banalnie - samodzielnie przyrządzoną kolacją z winem. Jeśli uwielbiamy gotować, spędzamy w kuchni pół dnia i gotujemy jego ulubioną potrawę, jeśli niekoniecznie, to improwizujemy i po prostu gotujemy makaron (np. spaghetti) i serwujemy go z czym tylko mamy ochotę, np.: mięsem, sosem pomidorowym z oliwkami, serem i ziołami (np. bazylią, oregano, czosnkiem, papryką, itd.). Do tego serwujemy nasze ulubione wino. Następnie, wraz z naszym lubym, obowiązkowo oglądamy jakąś ckliwą komedię romantyczną lub dramat ze słowem "kocham" lub "miłość" w tytule (ja zastanawiam się pomiędzy 3 filmami: "PS. Kocham cię", "Smaki miłości" i "Zupełnie jak miłość", choć wiem, że Pan F. wybierze ten ostatni, z niezawodnym Ashton'em, którego oboje lubimy). 



A potem to już chyba każdy ma własny pomysł na resztę wieczoru :) Ja nie proponuję nawet żadnego makijażowego tutorialu na tę okazję, bo uważam, że lepiej postawić na makeup no makeup (wystarczy tylko delikatny podkład lub krem bb, tusz do rzęs i akcent na usta - mocna czerwona lub różowa pomadka zrobi całą robotę), do tego wysmarować ciało połyskującym balsamem o zapachu perfum/afrodyzjaku, spryskać się jakimiś zmysłowymi perfumami, wskoczyć w najlepszą bieliznę i po prostu... seize the moment ;)




Bielizna: DKNYVictoria's Secret
Perfumy: Calvin Klein Down Town (15 ml)
Zalotka, połyskujący balsam perfumowany Love Pulse: AVON
Podkład: Clinique Even Better (sample)
Tusz do rzęs: Yves Rocher Sexy Pulp 
Szminka: Bourjois Rouge Edition,  nr 07
Kolczyki: Orsay, AVON, Medicine, no name


czwartek, 12 lutego 2015

NYX HD Concealer - szał czy niewypał?

NYX HD Concealer - szał czy niewypał?
Ponoć tylko krowa nie zmienia poglądów, a jako że krową nie jestem, pogląd na temat korektora NYX zmienić muszę. I tak z ulubieńca 2014 roku (post z ulubieńcami TUTAJ) stanie się on nie do końca sprawdzonym kosmetykiem kolorowym. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, czytajcie dalej...



Obietnice producenta: Korektor NYX HD (High Definition Concealer) jest to korektor "fotogeniczny", stworzony z myślą o makijażach do telewizji czy sesji fotograficznych; korektor ten ma mieć lekką konsystencję, ma za zadanie kryć wszelkie niedoskonałości, cienie czy przebarwienia i jednocześnie nawilżać.

SkładWater, Trimethylsiloxysilicate, Trimethylsiloxyphenyl Dimethicone,  Isononyl Isononanoate, Glycerin, Silica, Caprylic/Capric Triglyceride, Sorbitan Olivate, Phenoxyethanol, Euphorbia Cerifera (Candelilla) Wax, Caprylyl Glycol, Alumina, Tocopheryl Acetate, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Triethoxycaprylylsilane, Xanthan Gum. Może zawierać (+/-): Titanium Dixoide (CI77891), Iron Oxides (CI77491, CI77492, CI77499), Manganese Violet (CI77742) Ultramarines (CI77007), Chromium Hydroxide Green (CI77289), Chromium Oxide Green (CI77288).


Zalety: przystępna cena; ma w składzie minerały, ale nie zawiera talku czy parabenów + nie testowany na zwierzętach; dobre krycie zaczerwienień i cieni pod oczami, sprawdza się jako baza, ładnie prezentuje się na zdjęciach.

Wadyaplikacja + konsystencja (-> produkt gęsty i trochę za szybko schnie); za jasny, wręcz sztucznie biały kolor (podobno ciężko znaleźć idealny odcień tych korektorów); wcale nie nawilża, a wręcz wysusza skórę pod oczami; podkreśla zmarszczki. 


Moja ocena: Swój egzemplarz zakupiłam w sklepie internetowym Douglas za 29,99 jesienią, w kolorze jasnym (CW02 FAIR/CLAIR). Od razu uderzyło mnie, jak jasny jest to odcień - zdecydowanie za biały nawet dla normalnie jasnej karnacji. Mimo to, postanowiłam go nie odsyłać, ponieważ zachęciły mnie pozytywne opinie innych blogerek i vlogerek i miałam wysokie oczekiwania względem tego cuda. Przede wszystkim zależało mi na zakryciu moich sińców pod oczami oraz zaczerwienień wokół nich. I ok, krycie jest faktycznie dość mocne. Jednak nie lubię tej sztucznej białości, która odznacza się od reszty makijażu oraz tego, że przy dłuższym stosowaniu (zwłaszcza zimą, kiedy moja mieszana cera potrzebuje dodatkowego nawilżenia), ten korektor dodatkowo wysuszył mi skórę pod oczami i zauważyłam, że uwydatnia kurze łapki. Ja mam fioła na punkcie wygładzania zmarszczek i nawilżania skóry pod oczami, w związku z tym ten korektor chyba odstawię i będę stosować do maskowania (i wysuszania?) ewentualnych pryszczy czy innych niedoskonałości oraz jako baza pod cienie do powiek (w tej roli sprawdza się całkiem nieźle). Osobiście jestem rozczarowana tym produktem i nie polecam. Może i sprawdził się jako produkt kryjący cienie pod oczami jesienią, ale nie sprawdził się jako kosmetyk kolorowy na zimę. Szału moim zdaniem nie ma, więc swojego kryjąco-nawilżającego ideału szukam dalej... xo

poniedziałek, 9 lutego 2015

Oriflame The One Illuskin

Oriflame The One Illuskin
Hej, dzisiaj mam dla Was krótką recenzję podkładu, którego używam od listopada 2014 roku, a mianowicie The One Illuskin marki Oriflame, w odcieniu Fair Nude. Do aplikacji używam gąbeczki z tej samej serii, zaś do utrwalenia i zmatownienia makijażu używam pudru The One w odcieniu Medium. Ewidentną zaletą tego podkładu są komplementy, jakie zbieram od ludzi. Komplementy (jak chyba każdy) bardzo lubię, ale czy lubię również sam The One Illuskin, powiem dopiero w dalszej części wpisu... Keep reading, Robaczki! :)

CENA I OPAKOWANIE
Produkty te zakupiłam w jesiennym haulu kosmetycznym (KLIK) po cenach promocyjnych: jakieś 30 zł podkład 30 ml, gąbeczka niecałe 15 zł, natomiast puder kosztował kolejne 30 zł, ale do niego dostałam w prezencie całkiem zacny pędzel do pudru, więc opłaciło się wówczas nabyć zestaw 4 produktów za niecałe 75 zł. :) Kosmetyki te otrzymałam zapakowane w kartoniki (zarówno podkład, jak i puder), natomiast akcesoria (gąbka i pędzel do pudru) były zafoliowane. Podkład znajduje się w prostym, szklanym flakonie o pojemności 30 ml, z pompką, natomiast puder jest prasowany i ma plastikowe opakowanie z lusterkiem i poduszeczką dla zabezpieczenia i ochrony, oraz ewentualnej aplikacji (czy w obecnych czasach ktoś jeszcze oprócz naszych ciotek i babć używa takich reliktów przeszłości zamiast pędzli???). Tak czy siak, w dzisiejszym wpisie chcę się skupić na podkładzie. O pudrze zapewne opowiem Wam innym razem... ;)


OBIETNICE PRODUCENTA / WŁAŚCIWOŚCI
"Lekki, odbijający światło podkład nadaje cerze satynowe wykończenie, które współgra z jej naturalnym blaskiem i urodą. Cząsteczki opracowane w technologii HaloLight rozświetlają skórę, a filtry SPF 20 ją chronią." 

SKŁAD
Zobaczcie sobie na zdjęciu same, czy to faktycznie są "naturalne szwedzkie kosmetyki" ?! Ja osobiście składem jestem trochę rozczarowana i uważam, że Oriflame swoim sloganem nabija ludzi w butelkę. Na szczęście wzrasta w społeczeństwie świadomość konsumentów, i coraz większą wagę zaczynamy przykładać do czytania etykiet (oraz rozumienia tego, co na nich wyczytamy!) :)


ZALETY
  • kolor delikatny, ładnie stapia się ze skórą i nie odznacza się od szyi 
  • łatwo i szybko się rozprowadza, nie tworzy smug
  • ładne opakowanie i zapach
  • aplikacja za pomocą zwilżonej gąbki daje bardzo zadowalający efekt
  • kryje lekko, dając efekt jedwabistej, naturalnej cery, a nie maski
  • sprawia, że ludzie zachwycają się moim wyglądem (a wierzcie mi, bez fluidu na twarzy na bank nic by się nie odezwali!)
  • niewiele kosztuje - podczas promocji mniej niż 30 zł, zaś w cenie regularnej niecałe 50 zł
  • nie uczula i nie wysusza skóry

WADY
  • krycie nie należy do mocnych (jednak producent nie obiecuje, iż ma takie być)
  • skład produktu tyłka nie urywa :/
  • szklany słoik nie zawsze i wszędzie się sprawdzi (można go stłuc, np. w podróży)
  • po kilku godzinach cera jest trochę przetłuszczona i wymaga dodatkowego zmatowienia
MOJA SUBIEKTYWNA OCENA
Podkład lekko zakrywa dość rozległe przebarwienia na moim czole, jednak nadal na mojej twarzy widoczne pozostają pieprzyki, cienie pod oczami czy zaczerwienienia. Krycie jest zatem lekkie, ale można je zbudować aż do średniego, nakładając kolejną warstwę. Pamiętajmy, że nie jest to jednak ani fluid kryjący ani długotrwały (obecnie w ofercie firmy istnieje wersja Everlasting tego podkładu, ale nie miałam okazji jej wypróbować). Mimo to, polubiłam ten podkład i używam go praktycznie codziennie. Odpowiada mi wygląd, sposób aplikacji, zapach, konsystencja oraz naturalny, "jedwabisty" efekt na skórze. No i nie oszukujmy się, uwielbiam te wszystkie "ochy" i "achy", jakie zbieram od ludzi, a musicie wiedzieć, że nie jestem już w wieku, kiedy to zbieranie komplementów jest na porządku dziennym. Nie lubię natomiast składu tego produktu - jeśli mam inwestować w kosmetyk naturalny, to niech do jasnej ciasnej będzie prawdziwie naturalny, a najlepiej organiczny! Poza tym, na moje przebarwienia i innych nieprzyjaciół planuję w najbliższej przyszłości zakupić coś z nieco wyższej półki, i zdecydowanie bardziej kryjącego... xo

sobota, 7 lutego 2015

Weekendowe przyjemności #3

Weekendowe przyjemności #3
Zaczynam doceniać miesiąc luty, mimo iż za zimą nie przepadam i najchętniej wtedy zapadłabym w letarg. Luty jest bowiem krótki i bardzo słoneczny, a poza tym mam ferie i dużo wolnego czasu. Co więcej, do wiosny został już tylko miesiąc, więc jest to niezwykle inspirujące i pokrzepiające! Dzisiaj postanowiłam sobie zaplanować moje umilacze czasu na lutowe weekendy (i nie tylko). Oto, jak uprzyjemniam sobie mój czas wolny w bieżącym miesiącu:

Lektura
Postanawiam przeczytać minimum jedną książkę na tydzień. Aktualnie czytam "Blog" Tomka Tomczyka (aka Kominek & Jason Hunt), bo to przecież swego rodzaju blogerska biblia...


Muzyka
Ostatnio cały czas słucham chillout'u. Lubię wyciągać moje stare płyty kompaktowe, albo po prostu zapuścić chillout na tuba.fm w telewizorze. Dzień i zwykłe prace domowe wyglądają wówczas całkiem inaczej...



Kąpiel
Wiem, banalny sposób na relaks... ale za to jaki niezawodny! Do kąpieli wlewam jakiś ładnie pachnący płyn, olejek, albo sypuję sól i leżę... ale nie za długo i nigdy w zbyt gorącej wodzie, bo to nie działa ani dobrze ani na nasze serce, ani na skórę...


Peelingi i maseczki
Obowiązkowo w weekend złuszczanie i odżywianie papy ;) Najlepiej połączyć punkt 3 i 4, i powyższe zabiegi wykonać podczas kąpieli (wiadomo przecież, że gdy pory skóry są rozszerzone pod wpływem ciepła, maseczki lepiej się wchłaniają)...


Odwiedziny krewnych lub przyjaciół
Nic tak nie ładuje naszych akumulatorów, jak czas spędzony w rodzinnym gronie lub w towarzystwie bliskich, kochających nas i inspirujących ludzi... xo

czwartek, 5 lutego 2015

Batiste

Batiste
W moich dwóch poprzednich wpisach (tu oraz tu) wychwalałyście w komentarzach głównie jeden produkt - Batiste. Suche szampony Batiste to już produkty kultowe, znane na całym świecie i osławione w blogosferze. Dzisiaj spróbuję poświęcić im nieco więcej uwagi oraz postaram się odpowiedzieć na pytanie: czy te szampony faktycznie są takie cudowne i czy są w stanie ułatwić nam życie? Odpowiedzi szukajcie dalej...  


CO, GDZIE I ZA ILE?
Suchy szampon Batiste to brytyjski produkt, stworzony dla różnych rodzajów i kolorów włosów. Ma za zadanie odświeżać i/lub stylizować nasze włosy bez mycia i wyczesywania. Jak obiecuje producent, wystarczy włosy po prostu spryskać (w odległości ok. 30 cm!), następnie porządnie wmasować we włosy i ułożyć. 
Produkt jest dostępny w drogeriach sieciowych (m.in. Hebe, Douglas, czy Dayli, niebawem będzie go można kupić również w drogeriach Rossmann) oraz w wielu sklepach online; kosztuje ok. 15-17 zł za butlę o pojemności 200 ml oraz ok. 8 zł za butlę mini (tj. 50 ml). Ponadto, widziano go również latem 2014 na słynnej promocji w Biedronce (w super biedronkowej cenie 11 zł), kiedy to rozszedł się jak świeże bułeczki, oraz pod koniec stycznia 2015 roku w Hebe, w równie przyjaznej cenie 12 zł :)


KRÓTKA HISTORIA ELFIE I BATISTE
Mój pierwszy szampon Batiste (o zapachu orientalnym) nabyłam przy okazji zakupów online na douglas.pl, o których pisałam w listopadzie (klik). Oczywiście, od razu się z nim polubiłam, i zaraz potem zakupiłam ponownie (niestety, używałam go średnio 3 razy w tygodniu, więc dość szybko się skończył). Mimo, iż odkryłam go dość późno, to pojawił się w moich ulubieńcach 2014 roku w kategorii włosy. Aktualnie jestem w trakcie używania już trzeciej i czwartej butelki (tak!); tym razem postanowiłam zmienić zapach i wypróbować zarówno ten tropikalny, jak i wiśniowy, więc używam ich na zmianę, w zależności od nastroju. Myślę, że moja przygoda z tym produktem będzie trwała całe życie, choć domyślam się, że pewnie zdarzy mi się go parę razy zdradzić z jakimś innym, czarującym i nowym produktem na rynku...

SKŁAD
Składy różnych wariantów Batiste nieco się różnią, ale zasadniczo znajdziemy w nich taką oto bazę: BUTANE, ISOBUTANE, PROPANE, ORYZA SATIVA (RICE) STARCH (skrobia ryżowa), ALCOHOL DENAT., PARFUM (FRAGRANCE), DISTEARYLDIMONIUM CHLORIDE, CETRIMONIUM CHLORIDE. Poza tym, w wersji tropikalnej znajdziemy dodatkowo COUMARIN (tj. kumarynę), zaś w wersji orientalnej BENZYL SALICYLATE, LIMONENE, CITRONELLOL, BUTYLPHENYL METHYLPROPIONAL, HEXYL CINNAMAL, LINALOOL. Dla mnie im mniej składników, tym lepiej. Ciekawa jestem, jak wygląda skład wersji podstawowej, tzw. Original...?


BATISTE ORIENTALNY
Ten zapach nie jest dla mnie tak do końca oczywisty i łatwy do określenia. Producent opisuje go tak: "Batiste Oriental zabiera nas w daleką podróż na egzotyczny Wschód. Otwarcie zaskakuje owocową świeżością soczystego jabłka, owoców leśnych, winogron i cytrusów, do których dołącza kwiatowa symfonia jaśminu, lilii oraz irysów, by po chwili otulić nas zmysłowymi nutami sandałowca, cedru i piżma przełamanymi apetycznym kokosem." Jak dla mnie, pachnie on głównie owocami, przełamanymi jakąś orientalną nutą... Zapach przyjemny i dość ciekawy. 

BATISTE TROPIKALNY
Pachnie dość mocno - tropikalnie i słodko - najmocniej wyczuwam w nim nuty kokosowe i waniliowe, poza tym znajdziecie w nim również melona, banana, brzoskwinię i drzewo sandałowe. Przypomina mi o wakacjach (na które niestety jeszcze trochę trzeba poczekać...).

BATISTE WIŚNIOWY
Ten wariant zapachowy chyba najbardziej mi odpowiada :) Gdy pierwszy raz się nim spryskałam i pojechałam do pracy, przez godzinę zastanawiałam się, która z dziewczyn ma takie ładne, owocowe, słodziutkie i mocne perfumy, a potem okazało się, że to Batiste wiśniowy tak pachniał! Jak dla mnie faworyt (oprócz wersji Oriental).

ZALETY I WADY
Zacznijmy od mocnych stron (a znalazłam ich aż 10)... Po pierwsze, szampon Batiste jest cool i hot. Kultowy bestseller. Wszyscy o nim mówią i wszyscy go kochają, więc o czymś to świadczy. Po drugie, Batiste świetnie wygląda na półce w łazience, więc nie muszę go chować przed ludźmi jak poprzednie tego typu specyfiki i mam go zawsze na wierzchu i w pogotowiu. Po czwarte, super pachnie, a zapach utrzymuje się nawet do kilku godzin (zwłaszcza ten wiśniowy, mniam!). Po piąte, ma niezły skład, jak na suchy szampon; Isana, Schauma itp. mogą mu pozazdrościć. Po szóste, nie pozostawia komiczno-tragicznego siwego pyłu na głowie. Po siódme, nie podrażnia i nie uczula. Po ósme, to nie tylko suchy szampon, ale także produkt, który służy do układania włosów. Mam włosy krótkie, bardzo miękkie i trudne do ułożenia, jednak po Batiste są one jakby bardziej plastyczne i o niebo lepiej się układają. Po dziewiąte, cena nie jest jakoś bardzo wygórowana, a na promocjach wręcz bardzo przystępna, więc może go mieć każdy, a nie tylko elita. Wreszcie po dziesiąte (wisienka na torcie!), produkt ten bardzo UŁATWIA mi ŻYCIE, zwłaszcza zimą. Używam go 2-3 razy w tygodniu, gdy muszę wyjść z domu o 7ej rano do pracy, albo po prostu w wolny dzień, kiedy nie planuję wielkiego wyjścia i chcę odpocząć od codziennego mycia głowy. Chwała mu za to, że mam o godzinę więcej snu i nie potrzebuję już wstawać o 5 rano, a potem się martwić, czy aby zimą nie złapię przeziębienia albo innego choróbska po wyjściu z umytą głową...

Dla równowagi, muszę napisać jednak o minusach Batiste'a. Po pierwsze, trzeba niestety trochę tego użyć, aby uzyskać pożądany efekt, zatem nie jest to super hiper wydajny produkt. Co więcej, po aplikacji cały mój blat i łazienka są pokryte białym pyłkiem (jak po gipsowaniu ścian), jak gdyby remont u mnie w domu nigdy się nie skończył! Podejrzewam, iż jest to sprawka skrobi ryżowej, która ma właśnie postać białego proszku... :/ No i nie czarujmy się - suche szampony to jednak tylko suche szampony. W moim odczuciu suchy szampon nie daje takiego samego efektu, co świeżo umyte włosy. Styliści na całym świecie polecają używać tego typu produktów głownie do stylizacji lub odświeżania fryzury w ciągu dnia, i właśnie tego zamierzam się trzymać, oczywiście poza sytuacjami awaryjnymi, kiedy muszę bardzo wcześnie wstać (np. na samolot) i nie mam jak umyć głowy. Wówczas bardzo się cieszę, że przy mnie jest i w niedalekiej przyszłości planuję  kupić również wersję podróżną.

A Wy który Batiste lubicie najbardziej? xo

wtorek, 3 lutego 2015

Zdenkowani w styczniu

Zdenkowani w styczniu
Dzisiaj możecie na mnie wołać Zdenka, bowiem przychodzę do Was z torbą produktów, które zdenkowałam w styczniu ;) Tym razem jest to tylko pielęgnacja (twarz, ciało i włosy) plus jeden zapach, natomiast kolorówka musi jeszcze poczekać na kolejne miesiące. Jeśli tak jak ja, jesteście maniaczkami smarowania, to zapraszam Was do dalszej lektury :)


TWARZ
Do smarowania twarzy zużyłam dwa produkty: 

Serum na przebarwienia AVON z serii Anew Clinical, który jest całkiem niezłym produktem: lekkie serum rozjaśniające przebarwienia skórne, które spokojnie nadaje się pod krem i pod makijaż, a przy tym nie uczula (pełna recenzja tutaj KLIK), 

jak również ekologiczny krem do twarzy 50 ml Arganou z opuncją figową, które kiedyś zrecenzowałam tutaj (KLIK); używałam tego kremu już trochę jesienią, ale potem odstawiłam na jakiś czas i wróciłam do niego (i zużyłam cały!) w styczniu, kiedy moja skóra potrzebowała bardziej treściwego i gęstego kremu. Jedynie nie podobał mi się zapach, któy przypominał mi te tanie, "babcyne" kremy z różą z Bułgarii. Poza tym, jest problem z jego dostępnością w Polsce.

Ponadto zużyłam 2 opakowania wacików: Carea z Biedronki oraz tami, które nabyłam w drogerii Hebe. Moim zdaniem są bardzo podobne, ale te z Biedronki są moimi ulubieńcami i to właśnie je kupuję najczęściej. Poza tym są tanie jak barszcz! :)

CIAŁO

Original Source Chocolate & Mint - żel pod prysznic 250 ml o bardzo ciekawym zapachu i dość dobrym składzie; pełna recenzja tutaj - KLIK

AVON Planet Spa - oczyszczający peeling do ciała z minerałami z Morza Martwego 200 ml. Moim zdaniem seria Planet Spa jest jedyną godną serią do pielęgnacji ciała z AVON. Scrub bardzo dobrze złuszcza, ma ładne opakowanie, ale zapach ma dość specyficzny i nie każdemu się spodoba.

AVON Footworks - krem "Pedikiur doskonały" w wersji XXL (tj. 150 ml). Jest to zwykły peeling, a nie krem. Zawiera dość grube ścierniwo, ale jak dla mnie nie robił nic szczególnego i z pewnością nie kupię go ponownie.

Oriflame Apple & Cinnamon - krem do rąk z limitowanej, świątecznej edycji. Zimą się niestety u mnie nie sprawdził - musiałam ciągle smarować nim dłonie (przez co bardzo szybko go zużyłam), a i tak uczucie suchości i dyskomfortu pozostawało :/ Jedyny plus za zapach, który był bardzo ładny, ale niestety nic poza tym. 

WŁOSY

Kultowy suchy szampon Batiste o zapachu oriental - było to moje drugie opakowanie; bardzo dobry produkt, zapach intensywny i ładny, aktualnie testuję inne warianty zapachowe i wydaje mi się, że są lepsze, gdyż mają nieco mniej składników. W tym tygodniu spodziewajcie się wpisu na temat Batiste (link wkrótce)... 

Biosilk - jedwab do włosów firmy Farouk Systems w tej miniaturowej 5 ml buteleczce. Produkt znany od lat (chyba rónież kultowy?), ale po ścięciu włosów na krótko nie bardzo się u mnie sprawdził. Mogę go polecić osobom, które chcą ujarzmić suche końcówki lub puszące się włosy.
  
AVON Advance Techniques - lakier do włosów 200 ml, w nazwie 'mocne utrwalenie', ale jak dla mnie słabo utrwala, a przy tym tak mocno pachnie i dusi, że nie zamierzam go kupić ponownie. Plus za fajną, niewysoką butelkę i za to, że nie skleja włosów. 

ZAPACHY

W zasadzie antyperspirant powinnam zaliczyć do pielęgnacji, tudzież higieny ciała, ale żeby wodzie kolońskiej nie było smutno, dobrałam te dwa produkty w parę :)

Lady Speed Stick Aloe - żelowy antyperspirant, który ma nas chronić przez 24h i faktycznie to robi, a przy tym pięknie pachnie. Nie jestem jednak pewna, czy kupię go ponownie, gdyż zawiera aluminium i wysusza trochę skórę pod pachami.

Yves Rocher Fraîcheur Végétale de Cedre Bleu - cedrowa woda kolońska, której już chyba nie ma w ofercie YR. Tak mi się podobał zapach (lekko słodki, cedrowo-bambusowy), że używałam jej do odświeżania pomieszczeń. Podobne wody są dostępne w sklepie w cenie 79 zł za 125 ml. Jestem ciekawa tej o zapachu werbeny i zielonej herbaty. Dajcie znać, czy znacie i czy warto je kupić. xo
Copyright © 2016 Elfie's planet , Blogger