Przedsmak jesieni, czyli Yankee Candle Fall in Love 2017

Przedsmak jesieni, czyli Yankee Candle Fall in Love 2017

Lato trwa w najlepsze, a ja już powoli przymierzam się do powitania jesieni. Jesień to jedna z moich ulubionych pór roku - coraz krótsze dni i długie wieczory to fantastyczna okazja do rozkoszowania się aromatami świec i wosków zapachowych. Jako że jestem małym Elfikiem - świecomaniakiem, postanowiłam już w połowie sierpnia przetestować najnowszą jesienną kolekcję Yankee Candle Q3 2017 Fall in Love. Dzisiaj zapraszam na recenzję zbiorczą, czyli subiektywny przegląd moich hitów i kitów tejże kolekcji. 


Mulberry & Fig Delight 

jagoda
figa
liść maliny
soczysta morwa
świeżo zebrane figi
czerwona śliwka
jeżyna 


Jako że na sucho najbardziej spodobał mi się zapach Mulberry & Fig Delight, postanowiłam przetestować go w pierwszej kolejności. Na szczęście, nie zawiodłam się. Jest to przepiękna, słodko-owocowa kompozycja, która łączy aromaty owoców leśnych (widoczne na zdjęciu jagody i jeżyny) ze słodkimi malinami, śliwką i figami. 


Jak dla mnie, jest to idealnie wyważona, słodka, ale nie przesłodzona mieszanka: bardzo przyjemna, lekka i orzeźwiająca. Myślę, iż będzie idealna nie tylko na pożegnanie lata, ale również na dodanie sobie energii o poranku. Co tu dużo mówić - jestem w tym zapachu zakochana bez pamięci i na pewno na sezon jesienno-zimowy zaopatrzę się w cały jego zapas. Mój absolutny faworyt i hit kolekcji. 

Warm Cashmere

drzewo sandałowe
kardamon
piżmo
paczula
francuska wanilia


Cudowna, słodka, ciepła i otulająca niczym kaszmir kompozycja. Zapach przypomina mi mój ukochany zapach Kringle Candle Gold & Cashmere (->recenzja). Jest to piękna i zaskakująco subtelna mieszanka słodkich przypraw z cięższymi nutami, takimi jak drzewo sandałowe czy paczula. Na szczęście, zapach nie jest zbyt mocny, a zatem nie muli, nie męczy i nie wywołuje migreny. Warm Cashmere, podobnie jak jego owocowy poprzednik, na pewno zostanie ze mną nie tylko przez cały jesienno-zimowy sezon. Wpisuję go na listę ulubieńców i z pewnością będę wielokrotnie do niego wracać (i otulać się tym cudownym aromatem). 


Vibrant Saffron

wanilia 
szafran
bursztyn
cynamon
bergamotka


Przyznam Wam się szczerze, że tego zapachu obawiałam się najbardziej, gdyż na sucho mnie po prostu odrzucał. Jak już zapewne zdążyliście zauważyć, nie jestem fanką korzennych przypraw, bursztynu czy cynamonu (zdecydowanie bardziej lubię nuty owocowe plus słodycz wanilii). W tym przypadku zdziwiło mnie to, że wosk jest słabo wyczuwalny i nie przytłacza na dłuższą metę. O dziwo, cynamonu praktycznie wcale w nim nie wyczuwam; dla mnie ten wosk pachnie trochę gorzko, ostro i wytrawnie. Mam wrażenie, że po dłuższym paleniu dominuje w nim nuta anyżu, która niekoniecznie do mnie przemawia. Może i Wibrujący Szafran jest zapachem nietuzinkowym, ale dla mnie raczej bez rewelacji - po prostu totalnie nie moje klimaty.

Autumn Glow

cytrusy
paczula
złoty bursztyn
świeżo cięte zioła


Ten zapach to niestety największe rozczarowanie z całej kolekcji Fall in Love. Co prawda na sucho, jak i tuż po odpaleniu zapach wydaje się raczej delikatny i subtelny, natomiast po dłuższej chwili nabiera takiej intensywności, że niestety skończyło się u mnie bólem głowy oraz koniecznością wywietrzenia mieszkania. Jak się okazuje, ten wariant to mieszanka mocnych nut, takich jak paczula, złoty bursztyn oraz aromaty ziołowe - dla mnie niestety bardzo, ale to bardzo ciężko strawna i przytłaczająca kompozycja. Jeśli jednak lubicie takie mieszanki, być może będzie to ciekawa opcja na jesienne wieczory spędzone pod kocem, z dobrą książką i kubkiem aromatycznej herbaty. Ja jestem na nie.


Podsumowując, z nowej jesiennej kolekcji Yankee Candle dwa zapachy całkowicie skradły moje serce, natomiast dwa pozostałe zupełnie nie przypadły mi do gustu. Dwa pierwsze woski, tj. Mulberry & Fig Delight oraz Warm Cashmere, choć tak od siebie różne, to z pewnością będą jeszcze jesienią gościć w moim domu i wypełniać go zarówno nutami leśnych owoców, jak i słodką figą, śliwką czy wanilią. Z kolei dwa ostatnie woski z kolekcji jesiennej (Vibrant Saffron oraz Autumn Glow) to po prostu nie jest moja zapachowa bajka. Odpaliłam, wypróbowałam, ale nie wiążę z nimi żadnej przyszłości. 

P.S. Wszystkie zapachy Yankee Candle z kolekcji 
Fall in Love są dostępne na stronie Candle online.
candleonline.pl

Serdecznie dziękuję Firmie za możliwość przetestowania wosków.

Projekt denko: lipiec 2017

Projekt denko: lipiec 2017

Miesiąc temu było mega wiosenno-czerwcowe denko, a w lipcu znowu pełniutki koszyczek zużytych produktów - ja naprawde nie wiem, jak to się stało? Bez zbędnego przedłużania, zapraszam Was zatem na lipcowy projekt denko (tj. mini recenzje zużytych kosmetyków), bo troszkę tego jest i już mnie korci, by wyjść z domu wyrzucić śmieci ;-)


TWARZ


AVON, gąbeczka do demakijażu - używałam jej głównie do zmywania masek w kremie, gdyż do codziennego demakijażu twarzy zdecydowanie wolę gąbki Konjac (np. marki Yasumi). Raczej nie kupię ponownie.

Himalaya Herbals: pianka oczyszczająca, peeling i maska z serii Neem - bardzo dobre produkty do oczyszczania cery trądzikowej i z problemami, chętnie jeszcze kiedyś do nich wrócę - recenzja

Farmona Dermiss 0'1 Nutri Cleansing Kremowy olejek do demakijażu twarzy i oczu 200 ml - z jednej strony przyjemna emulsja, która emulguje pod wpływem wody i całkiem nieźle radzi sobie z demakijażem, ale z drugiej strony jest to produkt, który niemiłosiernie szczypał i podrażniał mi oczy. Na pewno nie wrócę do tego produktu.

Tołpa: green, nawilżanie. Nawilżający krem łagodzący pod oczy 17 ml - to już mój trzeci słoiczek. Krem robi, co ma robić, czyli nawilża skórę pod oczami. Lubię jego zapach i skład, jednak ostatnio potrzebuję nieco silniejszego działania na te okolice. Recenzja.

Tołpa: dermo face, physio. Płyn micelarny w chusteczce do oczyszczania twarzy i oczu. Miałam tylko 2 sztuki w prezencie z Meet Beauty, ale koniecznie muszę je kupić - są genialne na podróż; łagodne, dobrze zmywają i odświeżają cerę, a przy tym nie podrazniają oczu! Dla mnie rewelacja.


Mincer Pharma DailyCare Rozświetlająca maska w kremie do twarzy 75 ml - bardzo przyjemna maska o ładnym, kremowym zapachu, przyjemnym składzie (m.in masło mango, olej chia, camu camu, lukrecja itp.) i dobrym działaniu nawilżającym i odżywczym. Być może jeszcze kiedyś do niej powrócę, na razie mam sporo innych masek w zapasach.

Pilaten kolagenowe płatki pod oczy 6g - niestety, mimo niskiej ceny (ok. 3 czy 4 zł) i dobrego składu, nie zauważyłam żadnego działania tych płatków, więc nie kupię ich ponownie.

Cosnature Naturalna multi-odżywcza maska do twarzy z rokitnikiem 2x8ml - bardzo przyjemna konsystencja, zapach oraz skład. Z pewnością jeszcze do niej wrócę, a najchętniej kupiłabym ją w formie sporej rozmiarów tuby, by zobaczyć długofalowe działanie. 

Ponadto, w lipcu zużyłam tylko 3 sztuki masek na tkaninie (używałam na zmianę kremowych z Himalaya i Mincer): 

Missha Real Solution Maska Rozjaśniająca, którą miałam po raz pierwszy i z pewnością jeszcze do niej wrócę, bo była przyjemna i miała sporo esencji w opakowaniu, którą potem wykorzystałam w roli serum na noc. Chcę ją jeszcze zamówić i zobaczyć jak się spisze po dłuższym i wielokrotnym stosowaniu...

Missha Mango z linii Pure Source - kolejne opakowanie mojej ukochanej maski o fantastycznym zapachu soczystego mango. Mam jeszcze kilka jej sztuk w zapasach, więc za jakiś czas pojawi się recenzja... ;)

Skin79 Animal Mask For Dark Panda - kolejna Panda o działaniu rozjaśniającym. Również polubiłam i z pewnością jeszcze będę do niej wracać.

Baviphat, dwie miniatury masek nocnych: żółta była rozjaśniająca, a czerwona chyba nawilżająca. Opakowania fajne na podróż, niestety ciężko mi cokolwiek powiedzieć na temat działania po zaledwie kilku użyciach. Jedyne, co mnie zniechęciło, to fakt, iż zostawiają irytujący lepki film na skórze.  

CIAŁO


Bath&Body Works Honeycrisp Apple 259 ml - uwielbiam te ich mydła w piance (oraz świece, ma się rozumieć!). Zapach słodkich jabłek z cynamonem bardzo przyjemny, ale już chyba nie ma go w ofercie BBW. Przy kolejnej wizycie w Złotych Tarasach zakupię pewnie jakieś inne warianty ;)

Perfecta SPA kawowy żel pod prysznic peelingujący 250g - to już moja druga tuba (miałam go z Joybox'a), bardzo go polubiłam i jest to chyba jeden z lepszych gruboziarnistych peelingów drogeryjnych, jakich używałam do tej pory. Nie wrócę do niego jednak z tego względu, że przestawiłam się na naturalną pielęgnację, ale jak najbardziej polecam. Fajnie złuszcza i wygładza ciało, a do tego pachnie nutami pomarańczowymi z domieszką kawy.

Wellness&Beauty Perły do kąpieli z ekstraktem z wanilii i olejem sezamowym 100g - OMG, jak te perełki cudownie pachniały! Przypominały mi mój ukochany wosk Gold & Cashmere z Kringle. Poza tym, mają bardzo przyjemny skład i działanie pielęgnacyjne, z pewnością kupię ponownie! 

Yasumi Termoaktywny żel wyszczuplający 200 ml - był to produkt w zestawie z gąbka Konjac, na której tak naprawde mi zależało. Ten żel dostałam już chyba w połowie zużyty i z zepsutą pompką, więc miałam lekki niesmak, jednak nie opłacało mi się go odsyłać; zużyłam, ale na pewno do niego nie wrócę. Strasznie niekomfortowy kosmetyk - szczypie i pozostawia skórę zaczerwienioną przez kilkanaście minut. Działanie ujędrniające jest ok, ale to szczypanie było potworne. Nigdy więcej!

Tołpa: green, wygładzanie. Wygładzający żel pod prysznic 200 ml - bardzo lubię złuszczające żele tołpy (są delikatne i przyjemne w użyciu), jednak zapach tej linii nie przypadł mi do gustu (jest jakiś taki męski i gorzkawy). Nie wrócę do tego wariantu, raczej postawię na serię ujędrniającą lub nawilżającą, bo ich zapachy najbardziej lubię :)

WŁOSY


Joanna Naturia Organic nr 314 Popielaty Blond - od jakiegoś czasu zrezygnowałam z farb Casting L'oreal na rzecz tych farb. Są delikatne, bez amoniaku i ten odcień 314 jest bardzo fajny i chłodny, bez efektu żółtka. Niestety, kolor bardzo szybko się zmywa, ale farba kosztuje 9 zł, więc bez żalu można co 3-4 tygodnie poprawiać kolor.

WS Academy Eliksir Paczula Wonna 250g szampon o działaniu odżywczo-ochronnym (zawiera sporo fajnych ekstraktów, m.in. papaję, mango, marakuję, jak również keratynę), po którym włosy naprawdę świetnie wyglądają; pachnie prześlicznie, ale trochę zbyt intensywnie, więc wymieszałam go z delikatniejszym Eliksirem Bezzapachowym. Taki mix był dla mnie idealny.

Sanotint Ekologiczny lakier do stylizacji włosów 150 ml - służył mi ponad rok, ale pod koniec pompka odmówiła posłuszeństwa i muszę wyrzucić. Fajny, delikatny lakier do codziennego utrwalania fryzury, na większe wyjście raczej się nie sprawdzi - recenzja.

ZAPACHY


Bath & Body Works Midnight Pomegranate - świeca w małym słoiku o jednym z piękniejszych zapachów, jakie znam. Bardzo chętnie jeszcze do niej wrócę - recenzja

CD Deo Atomizer Cytryna 75 ml - jak ich dezodoranty w kulce są słabe, tak te w atomizerze są całkiem spoko: mają naturalny skład, a mimo to dość dobrze odświeżają. Zapach cytryny bardzo na plus. 

WoodWick Candle Lemongrass - zapach i skwierczenie nie dla mnie; jeśli jesteście ciekawi tej świecy, odsyłam Was do recenzji.

Nacomi Candle Shea - genialna świeca do masażu o fantastycznym składzie, właściwościach pielęgnacyjnych i pięknym zapachu - recenzja


Uff, to już wszystko w minionym miesiącu. 
Dajcie znać, jak tam Wasze zużycia, xo

SKIN79 Non Chemical Sun Block SPF50+ PA+++

SKIN79 Non Chemical Sun Block SPF50+ PA+++

Ochrona przeciwsłoneczna to moja mała obsesja, a to przez moją skłonność do powstawania przebarwień po słońcu. Na szczęście, w  tym roku mam świetnego sojusznika w tej walce, a pochodzi on prosto z Korei. Wspomnianym bohaterem jest Non Chemical Sun Block SPF50+ PA+++ marki SKIN79, który towarzyszy mi już od wiosny i bez którego nie ruszam się nigdzie z domu. Dzisiaj zapraszam Was na jego długo obiecywaną recenzję.



Jak widać na zdjęciu, Non Chemical Sun Block znajduje się w miękkiej tubie o pojemności 50 ml, utrzymanej w minimalistycznym designie i białej kolorystyce. Opakowanie jest nie tylko ładne, ale też bardzo poręczne, higieniczne i solidnie wykonane (nic się nie niszczy i nie ściera; tuba do samego końca wygląda nienagannie). Krem kupimy na stronie Skin79 (nie polecam tego robić na serwisach aukcyjnych, gdyż można trafić na podróbki); jego cena regularna wynosi 100 zł, ale ja kupuję go na promocji za 75 zł plus dodatkowo korzystam z rabatu -20%, więc wychodzi ok. 60 zł. Moim zdaniem krem jest wart swojej ceny, ponieważ gdybym nie chroniła swojej skóry przed słońcem, jesienią musiała bym wydać krocie na zabiegi rozjaśniające u kosmetyczki. Wolę zatem zainwestować w porządny kosmetyk z jak najlepszą ochroną, proste ;)


Jak obiecuje producent na swojej stronie, krem ma być "lekki, aksamitny w dotyku i natychmiast wchłania(ć) się do matu, nie pozostawiając rozbielonej skóry". Co do konsystencji, to faktycznie jest to biały, aksamitny krem. Nie jest on ciężki, natomiast w porównaniu do Waterproof Sun Gel tej samej marki, super lekka konsystencja to to nie jest. Mimo to, faktycznie szybko się wchłania i pozostawia na skórze efekt całkowitego matu, ale trzeba pamiętać, by dokładnie pokryć całą twarz (pomijając okolice oczu!) i dobrze go wsmarować w skórę. Na Instagramie niektóre z Was pytały mnie, czy krem bieli. Powiem szczerze, że miałam mały problem z odpowiedzią, bowiem nie jest to ewidentnie skóra biała jak mąka, ale mam wrażenie, że po aplikacji kosmetyku jest jakby trochę rozjaśniona. Dla mnie ten jaśniejszy odcień jest jednak wskazany, ponieważ moja twarz i tak ma ciemniejszy odcień od szyi, a po zastosowaniu tego kremu już się tak nie odznacza i wygląda OK. Ponadto, czasem nakładam ten produkt na krem bb (Missha Perfect Cover nr 23), dzięki czemu delikatnie rozjaśniam jego nieco zbyt ciemny odcień. Taki efekt w 100% mi odpowiada.



Zalety produktu:
  • zapewnia maksymalną ochronę przeciw UVB i UVA
  • bazuje na filtrach mineralnych (tj. zinc oxide i titanium dioxide) 
  • ma w składzie również cenne ekstrakty roślinne, np. z nasion szałwii hiszpańskiej, wąkroty azjatyckiej czy olej słonecznikowy, które wykazują wszechstronne działanie pielęgnacyjne
  • nie pozostawia tłustej ani lepkiej warstwy, ma aksamitną konsystencję
  • mimo tej aksamitnej konsystencji, dość szybko się wchłania
  • nawilża skórę i jednocześnie pozostawia ją matową przez kilkanaście godzin
  • dobrze współgra z kosmetykami do makijażu; czasem nakładam go pod lub na azjatyckie kremy bb i sprawdza się idealnie
  • nie zapchał mnie, nie uczulił (ponoć nadaje się również do cer wrażliwych)
  • tubka jest lekka, higieniczna i bardzo poręczna.

Wady produktu:
  • mam wrażenie, że jednak trochę bieli skórę, choć z pewnością trzeba go dokładnie rozsmarować
  • ograniczona dostępność produktu na stronie producenta 😢
  • może lekko podrażniać, gdy przypadkiem dostanie się do oka (trzeba na to bardzo uważać!)
  • jeśli jest aplikowany wielokrotnie w ciągu dnia, nie jest zbyt wydajny - 50 ml tuba kremu starczy na jakieś półtora miesiąca, w porywach do dwóch.



Mimo, iż krem w 100% idealny nie jest (np. Waterproof Sun Gel od Skin79 ma znacznie lżejszą konsystencję i nieco szybsze wchłanianie), bardzo się z nim polubiłam i aktualnie mam już drugą jego tubę w użyciu. Z pewnością ma ciekawszy skład i zapewnia lepszą ochronę od większości drogeryjnych filtrów. Przerabiałam już różne kremy i ten, jak dotąd, jest w mojej ścisłej czołówce. Przede wszystkim, ogromnie istotne jest dla mnie wykorzystanie w tym produkcie filtrów mineralnych (zinc oxide i titanium dioxide), wyciągów roślinnych oraz skuteczna ochrona przed promieniami słonecznymi. Co prawda, krem delikatnie bieli (a może raczej rozjaśnia) skórę, ale dla mnie nie stanowi to problemu, gdyż zazwyczaj moja twarz ma ciemniejszy odcień od szyi. Kremu używam jakoś od połowy kwietnia i jest to już moja druga tubka. Aplikuję go w każdy dzień, w którym wychodzę z domu, nawet gdy jest pochmurno. W słoneczne dni ponawiam aplikację średnio co 2 godziny, nakładając krem również na azjatycki krem bb, gdy wychodzę z pracy. Non Chemical Sun Block to produkt o przyjemnej, aksamitnej konsystencji i dobrym działaniu ochronnym. Nie tylko chroni skórę przed promieniami słonecznymi, ale też matuje moją mieszaną cerę przez calutki dzień. Co więcej, jest łagodny (nie uczula ani nie zapycha), więc sprawdza się świetnie również w roli pielęgnacyjnego kremu na dzień. Czasem łączę go z innymi kremami nawilżającymi bądź bb, ale stosowany samodzielnie również spełnia swoje zadanie. Jeśli tak jak ja macie tendencję do powstawania przebarwień po słońcu i zwracacie szczególną uwagę na ochronę przeciwstarzeniową oraz anty UVA i UVB, to z całego serca Wam ten krem polecam. Jest to moja nie pierwsza i nie ostatnia jego tuba. 


👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍

Miętowe orzeźwienie z Yves Rocher

Miętowe orzeźwienie z Yves Rocher

Czy są tu jeszcze jakieś miłośniczki tradycyjnych lakierów do paznokci, czy też jestem ostatnią osobą w blogosferze, która nie nosi (bo nie lubi) hybryd? Jeśli nie jestem sama w moim zamiłowaniu do tradycyjnego manicure, zapraszam Was na orzeźwiającą miętę marki Yves Rocher, wprost idealną na panujące obecnie upały.


Lakier w odcieniu nr 71 Menthe był moim pierwszym lakierem YR, zakupionym w lipcu ubiegłego roku w salonie stacjonarnym w Częstochowie. Minął już rok, więc z czystym sumieniem mogę Wam przedstawić jego zalety. Po pierwsze, zacznijmy od koloru - jest to bardzo intensywna mięta, która wpada bardziej w zielone tony aniżeli w niebieskie (jak prawdziwa mięta w ogrodzie). Jest to świetny kolor na letnie dni i moim zdaniem pasuje raczej do codziennych stylizacji. Ten odcień działa energizująco i orzeźwiająco, lubię go nosić wiosną i latem, nawet do pracy. Jeśli Wasza skóra jest muśnięta słońcem, to myślę, że będzie wyglądał jeszcze lepiej, gdyż takie kolorki ładnie podkreślają opaleniznę. 👌


Po drugie, za sprawą idealnie wyprofilowanego i dość grubego pędzelka (nie cierpię tych cieniutkich!), aplikacja jest tak łatwa, szybka i przyjemna, że nawet przedszkolak dałby sobie radę z malowaniem. Tak naprawdę, wystarczą zaledwie trzy ruchy pędzelkiem, by dobrze pokryć całą płytkę. I już przy pierwszej warstwie uzyskamy dość dobre krycie. Dla mnie jednak dwie warstwy są optymalne. Co więcej, lakier szybko schnie (jednak nie polecam malować w upalny dzień na dworze)*, ładnie się błyszczy i bardzo dobrze nosi się na paznokciach. 


*Pod wpływem upału zrobiły mi się gdzieniegdzie bąbelki powietrza, co niestety widać na załączonym obrazku.

A tak lakier prezentuje się w świetle naturalnym, w pełnym słońcu:


W przypadku mojej miękkiej płytki, na której lakiery bez odprysków zwykle utrzymują się 2-3 dni, ten lakier wyróżnia się niebywałą trwałością - po pięciu dniach trzyma się bez żadnego uszczerbku, a zabezpieczony top coat'em jest w stanie wytrzymać nawet około tygodnia (oczywiście zakładając, że w tym czasie nie robię generalnych porządków czy remontu w mieszkaniu. ;) I wreszcie, ostatnia zaleta tego produktu to pojemność - super zgrabna, filigranowa buteleczka o pojemności 5 ml idealnie wpasowuje się w moje potrzeby - lakiery o większych gabarytach zawsze kończą u mnie w koszu przed upływem terminu ważności, a tutaj przynajmniej nic się nie zmarnuje. Biorąc pod uwagę fakt, iż nie dostrzegam żadnych wad tego kosmetyku, wystawiam mu zasłużoną piątkę z plusem i serdecznie polecam, tym bardziej, że kosztuje naprawdę niewiele (w cenie regularnej ok. 16 zł, a na promocjach nawet mniej niż 10 zł). 👍👍👍


PS. Jak Wam się podoba? Znacie lakiery Yves Rocher? 
"Świat według Karla"

"Świat według Karla"

"Świat według Karla" nie jest ani biografią projektanta-legendy, ani albumem poświęconym jego dorobkowi twórczemu. Jest to ciekawie wydany zbiór sentencji wygłaszanych przez Karla Lagerfelda w wywiadach, mediach, jak i na salonach, zgrabnie opracowany przez Jean-Christophe Napias & Sandrine Gulbenkian i z genialnymi ilustracjami Charles'a Ameline. 



Książka, wydana w 2015 roku przez Dom Wydawniczy REBIS, rozpoczyna się krótką przedmową Patricka Mauries'a, natomiast w dalszej części jest podzielona na piętnaście tematycznych rozdziałów o prostych i podobnie brzmiących tytułach (np. "Karl o życiu", "Karl o modzie", "Karl o zachowaniu formy", itd.). Znajdziemy tu między innymi maksymy dotyczące spraw ściśle powiązanych z branżą modową - projektowaniem, modą, stylem, Coco Chanel, jak również myśli nieco "głębsze", egzystencjalne, dotyczące takich spraw jak: życie, samotność, przeszłość, współczesność, książki, sztuka, czy też kreowanie pozorów i własnego wizerunku. Mnie najbardziej przypadł do gustu rozdział pt. "Karl o luksusie". Nie chcę Wam niczego zdradzać, powiem tylko, że zdziwicie się, co tak naprawdę dla projektanta oznacza luksus, pieniądze, gromadzenie przedmiotów czy dzieł sztuki.  


Książkę czyta się szybko (w jedno popołudnie lub też z tzw. doskoku, w przerwach między innymi lekturami) i jest to czas spędzony dość przyjemnie, niewątpliwie za sprawą humoru i treści samych wypowiedzi, jak i ciekawych grafik i zabawy fontem. Z drugiej strony, warto mieć na uwadze, że niektóre poglądy i stwierdzenia Lagerfelda są niesamowicie cięte i prowokacyjne, przez co osoby zbyt delikatne bądź przewrażliwione na swoim punkcie mogą się poczuć obrażone (jeśli, przykładowo, lubicie chodzić w dresach czy zbyt dużą wagę przywiązujecie do rozpamiętywania przeszłych wydarzeń). Ja mam bardzo luźny stosunek do tego typu obraźliwych czy miejscami nawet szokujących wypowiedzi Lagerfelda; często po prostu mnie one bawią, z niektórymi się utożsamiam, a z innymi po prostu się nie zgadzam i dalej robię swoje. 😉

Szczerze powiedziawszy, byłam raczej sceptycznie nastawiona do tej pozycji i nie robiłam sobie większych nadziei w związku z jej lekturą, niemniej muszę przyznać, że bawiłam się przy niej przednio i chyba nawet pozwolę sobie do niej jeszcze kilka razy wrócić. Jestem zaskoczona, że z takiego niepozornego zbioru aforyzmów można się dowiedzieć o projektancie znacznie więcej aniżeli z większości artykułów czy innych publikacji mu poświęconych. Ta książka jest nie tylko swoistą esencją ciętej riposty i lingwistycznej finezji, ale miejscami też mocno skłania do refleksji i weryfikuje nasze postrzeganie genialnego, acz trudnego i złośliwego człowieka, jakim jest Karl Lagerfeld. Myślę, że warto tę książkę polecić nawet kompletnym modowym ignorantom oraz tym, którzy za Lagerfeldem zwyczajnie nie przepadają. Dla mnie "Świat według Karla" był równie ciekawy i wciągający, co dobrze napisana beletrystyka; polecam się zapoznać, miejscami oburzyć lub też uśmiechnąć, ale niekoniecznie brać to wszystko do serca. Karl, którego znacie, to nie jest tak do końca prawdziwy Karl... 😏

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger