ROSE GOLD #1: Living Room

ROSE GOLD #1: Living Room

Uwielbiam odcień różowego złota. Rose gold jest dla mnie najpiękniejszym kolorem, jeśli chodzi o dodatki do domu oraz biżuterię i zegarki. Od dłuższego czasu zbieram piękne przedmioty w tym kolorze, a w dzisiejszym wpisie chcę się z Wami podzielić moimi ostatnimi zdobyczami ze sklepu TK Maxx. W TK'u moim ukochanym działem jest dział domowy - podczas niemal każdej wizyty w Galerii Jurajskiej zaglądam i węszę, co nowego piszczy w dziale Home. 


Świeca - DW Home Candles @ TK Maxx
Lampka - Smukee @ Biedronka/Taca - Jysk
Koszyczki - IKEA / Książka - Empik

Ostatnio niemal godzinę wąchałam świeczki i ostatecznie zdecydowałam się na minimalistyczny i niezwykle elegancki słoik angielskiej marki DW Home - świeca nie tylko świeżo i pięknie pachnie herbatą o smaku białego melona (White Melon Tea), ale dodatkowo wieczko oraz etykieta są właśnie w odcieniu rose gold. Moim zdaniem, połączenie bieli i różowego złota sprawdza się najlepiej - jest to 100% klasy i ponadczasowej elegancji w najlepszym wydaniu. Ponadto, w dziale wyprzedaży przytuliłam do piersi metalową ramkę na zdjęcia, którą przeceniono z 40 zł na 20. Grzechem byłoby jej nie wziąć do domu. Jestem ogromnie usatysfakcjonowana moimi małymi zakupami. 




Ramka - Philip Whitney Ltd. @ TK Maxx



Dajcie znać, czy lubicie dodatki w tym kolorze oraz gdzie 
ewentualnie można je upolować w Waszych miastach. xo


Powtórka z klasyki: "Mały książę"

Powtórka z klasyki: "Mały książę"

Są czasem takie dni, kiedy mamy wszystkiego dosyć i najchętniej znowu stalibyśmy się beztroskimi dziećmi, choćby tylko na jeden dzień. Ostatnio właśnie tak się czułam, więc aby na chwilę uciec od problemów świata dorosłych, zatopiłam się w lekturze "Małego księcia" Antoine de Saint-Exupery'ego.


"Mały książę" to klasyka literatury, książka - lektura obowiązkowa, którą powienien znać każdy. Jednak z lekkim wstydem muszę Wam się przyznać, iż jakoś nigdy nie przeczytałam tej książki do końca. Oczywiście, pamiętałam doskonale niektóre obrazki, postaci Małego Księcia, Pijaka, Lisa, Róży, jak również niektóre cytaty, ale nigdy tak naprawdę nie wiedziałam, jak historia Małego Księcia się skończyła. Ostatnio postanowiłam jednak ten feler nadrobić, więc sięgnęłam po swój stary (z 1996 roku!), wyświechtany egzemplarz wydawnictwa PAX z oryginalnymi ilustracjami autora, w przekładzie Jana Szwykowskiego.


Powiem Wam, że mimo iż jest to lektura "szybka" (można ją przeczytać w godzinę lub dwie), którą czyta się łatwo i przyjemnie (ilustracje dodatkowo potęgują pozytywne wrażenia zmysłowe), to historia Małego Księcia naprawdę daje do myślenia. Po przeczytaniu książki naszło mnie sporo refleksji odnośnie miłości, przyjaźni i ludzkich przywar. W dzisiejszym świecie zdominowanym przez social media i selfie postać Próżnego wydaje mi się wyjątkowo aktualna. Czasem mam wrażenie, że dla większości liczą się tylko lajki, followersi i poklask. Ponadto, prostota języka w połączeniu z bogatą symboliką totalnie do mnie przemawia. Krótko mówiąc, zakochałam się ponownie w świecie Małego Księcia. Myślę, że raz na jakiś czas wyprawa na jego małą planetę dobrze zrobi każdemu, zarówno dzieciom, jak i dorosłym. xo 

Moja ocena: 10/10.
AutorAntoine de Saint-Exupery
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy PAX
Oprawa: Twarda
Ilość Stron: 84
Rok wydania: 1996.

Wiosenne nowości kosmetyczne z Meet Beauty Conference

Wiosenne nowości kosmetyczne z Meet Beauty Conference

W poprzednim wpisie, tj. relacji z konferencji Meet Beauty w Warszawie obiecałam, że pokażę Wam wszystkie nowości, które otrzymałam od sponsorów do przetestowania. Oczywiście, najbardziej interesuje mnie naturalna pielęgnacja, zatem nie wszystkie produkty i nie wszystkie marki przykuły moją uwagę. Stoiska makijażowe kompletnie mnie nie interesowały, więc oprócz tego, co organizatorzy wrzucili nam do toreb, nie przywiozłam żadnej kolorówki. 


Co prawda nie brałam udziału w warsztatach marki Neess (nie jestem zwolenniczką hybryd), lecz mimo to jestem zaintrygowana ich innowacyjną bazą peel-off - być może wypróbuję sobie mani hybrydowy z użyciem tych produktów i dam Wam znać (najprędzej na moim Instagramie, gdzie pojawiam się najczęściej). Ucieszyłam się również z pędzla do różu/do konturowania, aczkolwiek zauważyłam, że jeszcze przed jego użyciem włoski zaczęły wypadać :(


Od marki Mediheal otrzymałyśmy 3 maski w płacie o całkiem niezłym składzie, więc zużyję je dosyć szybko.


Od marki Tołpa przytuliłam aż dwie torebki z kosmetykami. Jestem bardzo ciekawa peelingu 3 enzymy, a ponadto już używam produktów na trądzik (wysypało mnie ostatnio na dekolcie) oraz Micelarnego żelu do demakijażu - jest rewelacyjny! 


Natura Siberica podarowała nam po warsztatach ogromne masło modelujące do pielęgnacji ciała z linii Faroe Islands - już się nie mogę doczekać, aż zacznę go używać (na razie mam otwarty balsam innej marki). Z marką nie miałam jeszcze przyjemności obcować, ale jestem oczarowana ich składami oraz filozofią.


Na temat warsztatów O2 pisałam już w relacji. Kosmetyki są dla mnie ciekawostką, jednak ze względu na skład najprędzej sięgnę po serum, natomiast kremy chyba podaruję mamie lub mężowi do wypróbowania. Co do kolorówki So chic!, którą producent wrzucił do naszych pudełek, nie jestem zainteresowana. Poza tym, jak widać na załączonym zdjęciu, lakier do paznokci jest popsuty :/


Marka Annabelle Minerals podarowała nam  dwa mineralne cienie do powiek w delikatnych pastelowych odcieniach. Mimo iż nie lubię sypkich produktów do makijażu, być może je sobie zostawię i jednak wypróbuję.


Bardzo jestem ciekawa również kremu wzmacniającego nowej polskiej marki Bartos. W 100% naturalny skład, żadnego phenoxyethanolu i innego syfu, poza tym produkt wegański, więc wstępnie jestem bardzo na tak.


Firma Biooil podarowała nam słynny olejek w wersji mini (25 ml). Ze względu na skład nie będę go używać, ale mój mąż chętnie wypróbuje na rozstępy.


Na stoisku marki Efektima dostałam płatki pod oczy (zużyte od razu w hotelu) oraz miniaturowe peelingi i balsam wyszczuplający. Od Roge Cavailles dostałam do testów kremowy żel pod prysznic o cudownym zapachu, natomiast po badaniu skóry przedstawicielka marki Pollena Eva wręczyła mi krem do twarzy na noc oraz krem do rąk na parafinie. Składy wszystkich wyżej wymienionych kosmetyków trochę mnie rozczarowały, ale mój mąż nie wybrzydza i już pomaga mi je zużyć.




Najbardziej ciekawią mnie nowości marki Tołpa (przetestowałam już mnóstwo ich kosmetyków i większość sprawdziła się bardzo dobrze), a ponadto Natura Siberica i Bartos  Cosmetics - marki te mają fantastyczne składy oraz filozofie bliskie memu sercu, więc z przyjemnością będę je testować. Poza tym, na wykładzie o aromaterapii jako bonus dostałam naturalny olejek pomarańczowy marki Hebda, który już stał się moim ulubieńcem. 


Dajcie znać, czy znacie jakieś produkty i jak się u Was spisały. xo


PS. Dziękuję Organizatorom oraz Sponsorom IV edycji 
Konferencji Meet Beauty w Warszawie za produkty do testów.
Konferencja MEET BEAUTY IV w Warszawie, 21-22 kwietnia 2018

Konferencja MEET BEAUTY IV w Warszawie, 21-22 kwietnia 2018


Wiecie, dlaczego w zeszłym roku nie zgłosiłam się na Meet Beauty? Przez pracę. Wspaniałomyślnie (nie po raz pierwszy zresztą) zgodziłam się wziąć zastępstwo za dziewczynę w ciąży, która miała takie zaległości ze swoimi zajęciami, że nie mogło być mowy o wzięciu wolnej soboty - wszystko wzięłam na siebie i robiłam, co mogłam, by ten bajzel ogarnąć i uratować zeszłorocznych maturzystów. Wiecie, dlaczego też w zeszłym roku nie pojechałam na planowane we wrześniu wczasy? Oczywiście, przez pracę. Wzięłam ostatni intensywny kurs wakacyjny, który w dodatku zazębił się z moimi kursami śródrocznymi, i oczywiście pod koniec września z zapaleniem gardła musiałam jakoś to wszystko ciągnąć. Jednak bez odpowiedniego wypoczynku, cały rok szkolny infekcje górnych dróg oddechowych wracały niczym bumerang. Ze względu na pracę zrezygnowałam nie tylko z wakacji, ale też ze swoich pasji i zainteresowań. Blogowanie zeszło na boczny tor i skupiłam się na tym, co jak myślałam, robię najlepiej i co zapewnia mi środki do życia. Niemniej jednak, już zimą poczułam, że potrzebuję odpoczynku i że chciałabym powrócić do blogowania. Zaplanowałam zatem wyjazd na konferencję, dwa miesiące wcześniej zarezerwowałam hotel, zaś w pracy poinformowałam o moim wyjeździe. Niestety, pech chciał, że z przepracowania i osłabionej odporności, kilka dni przed konferencją złapałam infekcję. Lekarz w przychodni zdiagnozował zapalenie gardła, przepisał leki i na szybko poprawił mój stan zdrowia, więc w sobotę wyruszyłam do Warszawy. Niestety, okazało się, że już w Warszawie wysiadła mi krtań i struny głosowe - na konferencji nie odzywałam się praktycznie do nikogo, a po powrocie do domu strasznie się załamałam. Mimo wszystko, nie żałuję, że wzięłam udział w tej konferencji. Sporo się nauczyłam i sporo rzeczy sobie po niej przemyślałam. Jeśli jesteście ciekawi, jak z mojej perspektywy wyglądała 4. edycja największej konferencji dla blogerów urodowych, to zapraszam do dalszej części postu.


21.04, Sobota

Zacznijmy od tego, że po raz kolejny nawigacja wyprowadziła mnie w pole - zabłądziłam w Warszawie (jakimś cudem udało mi się nawet wjechać na teren lotniska!), więc na miejsce dotarłam dopiero przed południem. Chciałam wziąć udział w panelach dotyczących Instagrama, ale nie zdążyłam. Na pocieszenie, od razu miałyśmy wolny pokój w hotelu, więc przed kolejnymi warsztatami, udało nam się z Mariolą zameldować i rozpakować. Po dłuższej chwili, zeszłyśmy na dół na wykład o aromaterapii.

12:30-13:15 "Za kulisami aromaterapii: jak olejki eteryczne mogą pomóc skórze?" Klaudyna Hebda

W tym roku nastawiłam się głównie na wykłady i na warsztaty pielęgnacyjne. Wykład Klaudyny Hebdy był rewelacyjny - dziewczyna z ogromną pasją, wiedzą i doświadczeniem prawie dwie godziny opowiadała nam o takich zagadnieniach jak destylacja czy działanie niektórych olejków aromatycznych na skórę (i nie tylko). Na koniec  otrzymałyśmy w prezencie olejek pomarańczowy, który jest moim aktualnym ulubieńcem. 




Prosto z wykładu wskoczyłyśmy w kolejkę na badanie skóry na stoisku Pollena Eva. Jak się okazało, moja cera w wieku 36 lat nie ma aż tak dużo przebarwień i zmarszczek, jak się obawiałam. Brakuje mi przede wszystkim nawilżenia. Nieco psychicznie podbudowana, wraz z Mariolą udałam się na lunch - w tym dniu skosztowałam pysznej zupy krem z papryki oraz ryżu z kurczakiem i warzywami. 



15:45-16:30 Warsztaty O2 SKIN - działanie tlenu w kosmetykach

To było największe moje rozczarowanie tej edycji. W zasadzie, o tlenie w kosmetykach można było zrobić prezentację w 20 minut. Reszta czasu była poświęcona na krytykowanie konkurencji oraz klub wzajemnej adoracji marki O2 Skin i jej ambasadorek. Dla mnie to była strata czasu, ale ciekawa jestem, czy chociaż kosmetyki się obronią. 



Po tym niezbyt udanym wydarzeniu, poszłyśmy pooglądać stoiska marek, a potem został nam już tylko odpoczynek w pokoju hotelowym, kolacja i upragniony sen (moja koleżanka ze względu na dojazd nie spała całą noc, dacie wiarę?). 







22.04, Niedziela

10:00 Warsztaty Natura Siberica - Dzikie zbiory, czyli pochodzenie ma znaczenie

To były najlepsze warsztaty z całej konferencji. Po pierwsze, oczarowała mnie filozofia marki oraz sama prowadząca, która konkretnie i merytorycznie opowiadała o pochodzeniu kosmetyków, ręcznych zbiorach czy roślinach adaptogennych oraz poinstruowała nas, jak własnoręcznie wykonać peelingi cukrowe.




Po warsztatach była przerwa, podczas której musiałyśmy się wymeldować z hotelu i pozbierać klamoty do auta, następnie wypiłyśmy kawę i poszłyśmy na wykład mojej ukochanej marki Tołpa.

12:00-12:45 Wykład przedstawicielki marki Tołpa - 
"Spędza sen z powiek i przegania uśmiech z twarzy. Trądzik"


Przedstawicielka Tołpy, którą miałam przyjemność poznać podczas drugiej edycji MB, jak zwykle fachowo i ciekawie opowiadała o pielęgnacji cer problematycznych. Mimo iż trądzik nie jest moim problemem, wykład był dla mnie niezwykle interesujący i wzbogacający. Po wykładzie dostałyśmy dodatkowe paczuszki od firmy z kosmetykami, które mają nam pomóc zwalczyć niedoskonałości.



Po tym wykładzie została nam już tylko długa przerwa (trzeba było doładować  baterie - nasze własne oraz te w telefonie przed podróżą), lunch, odprowadzenie M. na przystanek, potem wzmacniająca kawa i, ze względu na złe samopoczucie, opuszczenie Hotelu Lord. Chciałam jeszcze zostać na panelu dyskusyjnym pt. "Metamorfoza bloga - case study", prowadzonym przez Anię Pytkowską z BLOGmedia, Sylwię Lewczuk z bloga czerwonousta.pl oraz Magdę Ostrowską z Monkey Business, ale czułam się naprawde kiepsko bez możliwości odezwania się do kogokolwiek. Na szczęście, czerwonousta udostępniła cały panel na żywo na swoim IG, więc obejrzałam całość z łóżka w poniedziałek rano. 
Hotel Lord

Zatrzymałyśmy się w Hotelu Lord, który jest bardzo elegancki, wygodny i czysty. Jedzenie w restauracji podano nam na zasadzie szwedzkiego stołu (wszystko było bardzo smaczne i świeże), obsługa bez zarzutu. Niestety, nie spodobały mi się w hotelu dwie rzeczy. Po pierwsze, klimatyzacja w sali konferencyjnej i w kilku innych miejscach (np. w holu przy recepcji) była podkręcona za mocno - ja z reguły nie znoszę klimy i zazwyczaj niemiłosiernie wtedy marznę. Po drugie, jako gość hotelu, który normalnie płacił za nocleg, musiałam dopłacić ekstra 60 zł za dwie doby parkingu samochodu - pierwszy raz spotkałam się z czymś takim, aby klient hotelu płacił za parking, no ale cóż... przynajmniej miałam wszystko na miejscu. Poza tym, w pokojach znajdowały się czajniki, kawka, herbatka, woda, natomiast łazienki były wyposażone w suszarki, co jest dużym plusem. Generalnie, hotel polecam zwłaszcza na wyjazd służbowy i/lub konferencje.




Nieprzyjemne konsekwencje mojego wyjazdu

Niestety, w tym roku choroba pokrzyżowała trochę moje plany - w sobotę wieczorem straciłam całkiem głos i w konsekwencji miałam potem nieprzyjemne klimaty w pracy (nie mówiąc o wszystkich zaplanowanych i odwołanych lekcjach i urlopie w czerwcu, o którym teraz mogę jedynie pomarzyć). Byłam tak przepracowana i zmęczona, że dostałam zapalenia krtani i strun głosowych. Niestety, pewne osoby w pracy nie potrafiły docenić tego, że od 2 lat spalałam się, prowadząc zajęcia, uczestnicząc w każdym mniej lub bardziej przydatnym szkoleniu, brałam wszystkie możliwe zastępstwa za koleżanki na urlopach macierzyńskich, a w zeszłym roku zrezygnowałam nawet z wyjazdu na wczasy. Byłam potrzebna, to pracowałam. Co kilka miesięcy powracające zapalenia gardła oraz krtani dały mi w tym roku nieźle popalić. Dwa miesiące wcześniej zarezerwowałam hotel, zaplanowałam wszystko i poinformowałam koleżanki, że 21 maja mam konferencję i zajęcia odrobię w innym terminie. Niestety, okazało się, że nie powinnam była być chora przed i po konferencji. Nie powinnam była jechać do Warszawy. Nie zasługuję na chwilę odpoczynku oraz na to, by rozwijać swoje pasje. Jestem tylko pionkiem w grze, który nie zasługuje na żaden szacunek, ma tylko zapieprzać i zostaje oceniany jak jakaś siksa, której znudziła się praca, a zachciało się jechać na szkolenie kosmetyczne i pewnie jeszcze jakieś grubsze after party. Mam dość. Pojechałam i nie żałuję. Żałuję tylko tego, że byłam praktycznie na każde zawołanie w pracy, w której i tak nie jestem doceniana. W tym roku koniec z bycia jeleniem na każde zawołanie i zastępstwo. Potrzebuję odpoczynku i w wakacje zamierzam po prostu odpoczywać. Po konferencji przemyślałam sobie wiele spraw i mam nadzieję, że znowu będę miała więcej czasu na swoje pasje i hobby, jakim jest na przykład pisanie bloga. Wybaczcie mi proszę moją wylewność i te gorzkie żale. Zbierało się to we mnie od jakiegoś czasu i w końcu wybuchło. Zrezygnowałam z siebie, zrezygnowałam ze swojej pasji, bo praca była dla mnie wszystkim. Teraz to się musi zmienić, więc mam nadzieję, że wpisy będą pojawiać się minimum dwa razy w tygodniu. Tak czy inaczej, w następnym poście pokażę Wam, co przywiozłam z konferencji i co będę w najbliższym czasie testować. Trzymajcie za mnie kciuki! Do usłyszenia niebawem... xo


BIOLOVE Cleansing Oil: Normal to combination skin

BIOLOVE Cleansing Oil: Normal to combination skin

Dokładnie rok temu po raz drugi sięgnęłam po "Sekrety Urody Koreanek" Charlotte Cho i tym razem postanowiłam porządnie wziąć się za k-beauty w praktyce. Oprócz koreańskich filtrów (SPF w granicach 38 - 50 PA+++), zaczęłam również wdrażać wieloetapowe oczyszczanie cery przy użyciu olejków. Jako że od ponad roku kupuję tylko naturalne produkty do pielęgnacji, sięgnęłam po Olejek Oczyszczający do cery normalnej i mieszanej marki Biolove. Olejek był ze mną niemal rok (pełen wzlotów i upadków), dlatego dzisiaj zapraszam Was na moje wrażenia z jego stosowania.



Począwszy od opakowania, niestety nie mam zbyt dobrych informacji: olejek zamknięto w plastikowej buteleczce o pojemności 150 ml z bardzo niepraktycznym zamykaniem (góra/dół). Uważam, że olejki do demakijażu powinny być wyposażone w pompkę, nawet, jeśli miałabym dać za taki produkt kilka złotych więcej. Wygoda użytkowania jest dla mnie bardzo istotna, zwłaszcza w przypadku tłustych konsystencji. Tutaj, z powodu braku pompki, produkt wylewał się z butelki, niemiłosiernie ją tłuścił, a w rezultacie początkowo całkiem ładna i zgrabna buteleczka zamieniła się w obślizgły i wiecznie upaćkany twór.

Przejdźmy teraz do najważniejszej kwestii, czyli stosowania i działania kosmetyku. Olejek stosowałam jako drugi etap demakijażu (tuż po płynie micelarnym, którym wstępnie zmywałam oczy i twarz). Aplikowałam go na zwilżoną buzię oraz oczy, delikatnie masowałam, następnie zbierałam nadmiar tłustego produktu z twarzy specjalną szmatką lub dużym bawełnianym wacikiem, a na końcu zmywałam żelem lub pianką i tonizowałam, przygotowując skórę do nałożenia kosmetyków pielęgnacyjnych. W moim odczuciu, bambusowa szmatka Biolove za niecałe 10 zł to strata pieniędzy, bowiem dla mnie nie różniła się ona niczym od kawałka pieluchy tetrowej lub delikatnej gazy, a po kilku czy kilkunastu użyciach nadawała się już raczej tylko do śmieci. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem do ściągania tłustego oleju z buźki było używanie jednorazowych dużych (koniecznie zwilżonych!) wacików. Niemniej, olejek Biolove był tak niemiłosiernie tłusty, że czasem nawet żel micelarny Tołpa lub pianka do demakijażu nie dawały rady go domyć (najlepiej w tym celu sprawdziły się u mnie dwa produkty: pianka Holika Holika oraz Himalaya Herbals). Przez tę potwornie tłustą konsystencję oraz fakt, iż olejek nie emulgował, bardzo się z nim męczyłam i nie mogłam się doczekać, aż się wreszcie skończy (aby przyspieszyć denkowanie produktu, używałam go nawet do czyszczenia obuwia skórzanego).

Aby jednak oddać diabłu sprawiedliwość, opowiem Wam krótko o plusach, czyli składzie i działaniu kosmetyku. 



Składniki (INCI):
PRUNUS AMYGDALUS DULCIS OIL, VITIS VINIFERA SEED OIL, RICINUS COMMUNIS SEED OIL, SIMMONDSIA CHINENSIS SEED OIL, TOCOPHERYL ACETATE, ARGANIA SPINOSA KERNEL OIL, HIPPOPHAE RHAMNOIDES FRUIT OIL, PLUKENETIA VOLUBILIS SEED OIL, SCLEROCARYA BIRREA SEED OIL, PARFUM.

Jak widzicie powyżej, olejek Biolove to tak naprawdę miks naturalnych olejków: olej ze słodkich migdałów, olej z pestek winogron, olejek rycynowy, olej jojoba, olej arganowy, olej z owoców rokitnika, olejek sacha inchi oraz olejek marula (według kolejności na liście składników). Ponadto, na 5. miejscu w składzie znajdziemy jeszcze tylko octan tokoferylu (witaminę E) oraz na samym końcu parfum, czyli substancję zapachową.

Jeśli zaś chodzi o działanie, to po pierwsze delikatnie zmywał makijaż oraz kremy z wysokim filtrem. Po drugie, olejek nie podrażniał i nie szczypał w oczy (a moje są z reguły dosyć wrażliwe). Ponadto, po dłuższym stosowaniu cera wyglądała bardzo ładnie - była mięciutka, przyjemna w dotyku, doskonale nawilżona i pełna zdrowego blasku. W połączeniu z pianką Holika Holika można było mówić o efekcie wow. Dla porównania podaję zestawienie zalet i wad produktów - już na oko widać, że jest tak mniej więcej pół na pół... 


Plusy:

  • naturalny skład - zawiera multum różnych olejków, tocopheryl acetate i parfum
  • olejek delikatnie zmywa makijaż, sebum, brud, nie podrażnia i nie szczypie w oczy
  • podczas stosowania kosmetyku, skóra wygląda bardzo ładnie; jest dobrze nawilżona, gładka i pełna blasku
  • bardzo ładny zapach
  • kosmetyk bardzo wydajny (moja 150 ml wystarczyła mi na prawie rok, ale nie używałam olejku codziennie).

Minusy:

  • niepraktyczne zamykanie - brak pompki sprawiał, że butelka była wiecznie tłusta i upaćkana
  • olejek nie emulguje, przez co ciężko jest go zmyć z twarzy (najlepiej w tym celu spisywała się bawełniana szmatka lub dużych rozmiarów waciki, a z kosmetyków pianka Himalaya Herbals z serii Neem oraz pianka Holika Holika)
  • aplikacja bardzo uciążliwa, kilka razy olejek rozlał mi się na ubranie (plam niestety nadal nie udało się doprać, więc jestem mega zła!)
  • ograniczona dostępność: kontigo.com.pl, sklepy stacjonarne Kontigo w Warszawie 
  • cena bez promocji - 35 zł.


Jeśli mam być szczera, to nawet nie wiem, jaką ocenę mam wystawić (z zestawienia wychodzi 5/10 punktów), natomiast biorąc pod uwagę moje zniszczone ubrania i bieliznę nocną oraz fakt, że męczyłam się z tym produktem niemiłosiernie, mam ochotę wystawić mu marną dwóję albo tróję. Pomijając naturalny skład oraz ładny i zdrowy wygląd mojej cery (zwłaszcza jesienią i zimą), aplikacja była na tyle uciążliwa, że na pewno do tego olejku już nie wrócę, nawet jeśli miałabym go dostać za darmo (no, chyba że producent usprawni opakowanie i/lub nieco formułę). Oczywiście, naturalne składy i dobre działanie są dla mnie sprawą kluczową, jednakże wygoda i czystość stosowania to dla mnie równie istotne kwestie. Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, żegnam olejek do demakijażu Biolove z ogromnym westchnieniem ulgi. Jest to pierwszy produkt tej marki, który się u mnie kompletnie nie sprawdził. Mimo to, produkty do mycia i pielęgnacji ciała Biolove nadal wielbię.

Dajcie znać, czy używacie olejków do demakijażu i jakie ewentualnie jesteście w stanie mi polecić. Bo jeśli za każdym razem mam mieć tłuste, niezmywalne plamy na piżamach lub odzieży, to za oleje serdecznie podziękuję. xo



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Elfie's planet , Blogger