poniedziałek, 16 stycznia 2017

YVES ROCHER Plaisirs Nature, czyli Zapach vs zespół suchego półdupka

Mam fioła na punkcie zapachów i w związku z tym to, jak pachnie kosmetyk do codziennego użytku, ma dla mnie ogromne znaczenie. Mimo, iż uwielbiam zakupy online, to czasami wolę się jednak przejechać do sklepu stacjonarnego, zwłaszcza po to, by uniknąć kupowania kota w worku i zwyczajnie kosmetyk czy perfumy po prostu powąchać "na żywca". W salonach stacjonarnych YVES ROCHER podoba mi się fakt, iż przy każdym kosmetyku z linii Plaisirs Nature są wystawione flakoniki, dzięki którym można sobie poniuchać różne warianty i zdecydować, czy opis zapachu sprostał naszym oczekiwaniom. Przy przedostatniej wizycie w salonie YR skusiłam się na Energizujący żel pod prysznic i do kąpieli Mango & Kolendra w wersji XL (400 ml), bowiem zauroczył mnie swym zapachem już w pierwszej chwili, od pierwszego sztachnięcia. Myślałam, że wybiorę wersję zieloną albo czerwoną, ale jednak słodziutkie i energetyczne mango, przełamane lekko gorzką nutką kolendry, wymówiło szeptem moje imię i skutecznie wybłagało "Weź mnie, a  nie pożałujesz!" Czy aby na pewno? O tym już za moment... 


Kosmetyk ma duże, bardzo wydajne i solidne opakowanie, ale niestety zamykanie typu "klik" nie zawsze łatwo się otwiera (zwłaszcza, gdy rączki mokre, a paznokietki kruchutkie - wówczas można się nabawić połamania, rozdwojenia tudzież nieestetycznego zadziora). Konsystencja żelu jest lekko glutowata, taka wiecie "niezbyt gęsta i niezbyt lejąca", lecz w sam raz. Dobrze się pieni (ma w składzie Ammonium Lauryl Sulfate) i pachnie bardzo intensywnie; nawet kilka-kilkanaście minut po kąpieli, łazienka wypełniona jest słodkim i hipnotyzującym zapachem żelu Mangue Coriandre (bo tak w oryginale brzmi jego nazwa). Nawet po miesiącu czy dwóch codziennych pryszniców, wciąż jestem zakochana w tej nucie zapachowej, która absolutnie mi się nie nudzi (a żel na dniach mi się skończy). Niestety, piękne opakowanie i zapach to nie wszystko; jak mawiały nasze babcie, "z pięknej miski się nie najesz", domyślam się, że z pachnącej też niekoniecznie, ale do rzeczy - żel YR Mango i Kolendra rozczarował mnie ze względu na fakt, iż masakrycznie przesusza moją skórę i trochę ją podrażnia, czego efektem jest powrót nieestetycznych, suchych i lekko zaczerwienionych placków na ramionach - a to jest mój radar, jeśli chodzi o kosmetyki do ciała - jak coś przesusza lub uczula, to zawsze prędzej czy później wylezie w tamtym miejscu :( 


Zalety produktu:
  • ładne i solidne opakowanie
  • fantastyczny, intensywny zapach mango z nutką kolendry i aloesu
  • przyjemna konsystencja
  • dobrze się pieni i przyzwoicie myje ciało (choć ma w składzie ALS, czego niektórzy raczej wolą unikać)
  • dobra wydajność w przyzwoitej cenie (ok. 16 zł/400 ml)
  • 98% składników pochodzenia naturalnego, baza myjąca roślinna, bez parabenów i etoksylanów).
Wady produktu:
  • zamykanie ciężko się otwiera (warto w salonie nabyć pompkę za ok. 3 zł)
  • przesusza skórę i może wywołać reakcje alergiczne (w moim przypadku, są to suche, zaczerwienione "placki" na ramionach)
  • dostępność tylko w salonach stacjonarnych Yves Rocher oraz w sklepie online.


Żel pod prysznic ma przede wszystkim myć ciało i ładnie pachnieć, a przy tym fajnie, gdy ma przyjazny skład i nie przesusza skóry. Ten niestety ideałem nie jest. Fajnie wygląda, cudownie pachnie, skład ma całkiem ok (98% składników pochodzenia naturalnego, baza myjąca roślinna, bez parabenów i etoksylanów), choć eko-fanki i tak znajdą w nim pewnie kilka baboków (np. wspomniany wcześniej ALS). Dla mnie dyskwalifikujące jest niestety to przesuszanie skóry i z tego względu na pewno nie kupię go ponownie. Pomimo wspaniałego zapachu, oficjalnie obrażam się na nowe żele pod prysznic z serii Plaisirs Nature i z podkulonym ogonkiem wracam do Tołpy oraz w niedalekiej przyszłości mam zamiar wypróbować również żele pod prysznic The Body Shop, które ostatnio wpadły do mojego koszyka na wyprzedaży w Złotych Tarasach. Mam nadzieję, że one nie zrobią mi kuku. ;)

Dajcie mi znać, czy znacie żele YR i czy u Was też skończyło się przesuszeniem lub podrażnieniem skóry. Pozdrawiam cieplutko i do usłyszenia niebawem! xo

piątek, 13 stycznia 2017

LIFERIA Listopad 2016 - recenzja

Jak być może pamiętacie z mojego OPENBOX'a, listopadowa Liferia już na pierwszy rzut oka oczarowała mnie swoją zawartością. Jak się z czasem okazało, moje przypuszczenia co do kosmetyków z tej edycji w większości okazały się słuszne, zatem jeśli jesteście ciekawi mojej opinii na ich temat, zapraszam na recenzję...


UNANI Dermo Defense face mask 100 ml
Maseczka o konsystencji lekkiego żelu i delikatnym zapachu to mój ulubiony kosmetyk z listopadowego pudełka. Stosuję ją średnio 2-3 razy w tygodniu, nakładając na 10 minut a następnie zmywając. Już po pierwszym użyciu zauważyłam, iż maska fantastycznie koi skórę, zmniejsza zaczerwienienia, poprawia nawilżenie i jędrność. Produkt jest bardzo delikatny, łatwo się zmywa, a przy tym nie zastyga i nie tworzy nieprzyjemnej skorupy na twarzy. No, a opakowanie z pompką moim zdaniem zasługuje na medal. Dla mnie bomba! Oby starczyła mi na bardzo długo...


NAOBAY Mleczko do twarzy HydraPlus 200 ml
Po kilku tygodniach używania oceniam mleczko jako bardzo przyjemne i łagodne dla skóry (ponadto, ma aż 99% naturalnych składników!). Mleczko pachnie delikatnie i ma konsystencję jedwabistego kremu. Jeśli mam być szczera, to z oczyszczaniem twarzy z brudu i makijażu radzi sobie nieco gorzej niż płyny micelarne, ale jego plusem jest to, iż nie powoduje przesuszenia czy ściągnięcia skóry. Na zimę moja skóra lubi robić się sucha, zwłaszcza na policzkach (poza strefą T), więc mleczko Naobay wpisuje się idealnie w codzienną zimową pielęgnację. Skóra po użyciu produktu jest miękka, nawilżona i przyjemna w dotyku jak pupcia niemowlaka. Jednak jest jedno ale - już po pierwszym zastosowaniu zauważyłam, iż mleczko nie nadaje się u mnie do demakijażu oczu, bowiem zostawia tzw. efekt mgły, czego ja po prostu bardzo nie lubię. Zdecydowanie lepiej zmywa mi się makijaż z oka jakimś dobrym płynem micelarnym lub do demakijażu oczu.


FLOS-LEK Żel ze świetlikiem lekarskim i herbatą do powiek i pod oczy 10g
Ten żel, jak pewnie większość z Was, znam od lat i chętnie do niego wróciłam. Jest lekki i przyjemny w użyciu, aczkolwiek pozostawia na skórze pod oczami lepką warstewkę. Uwielbiam aplikować ten żel po uprzednim schłodzeniu w lodówce - cudownie koi zmęczone powieki, a przy tym nawilża skórę pod oczami. Kilka z Was pisało mi o jakichś podrażnieniach czy uczuleniach na ten żel - ja na szczęście nie mam z tym problemu. Jest to żel idealny po ciężkim dniu w pracy czy kilku godzinach spędzonych przed monitorem komputera, natomiast na dłuższą metę nie wystarczający dla skóry dojrzalszej lub z pierwszymi zmarszczkami. 




MR. SCRUBBER Kawowy Scrub do ciała 100g
Jak widać na załączonym obrazku, opakowanie po kilku użyciach wygląda jak po jakiejś klęsce żywiołowej i trochę szpeci moją łazienkę. Minusem jest kiepska wydajność (użyłam go raptem 3 czy 4 razy) oraz fakt, że potwornie brudzi całą wannę i kafelki wkoło. Plusem jest bogaty, naturalny skład (oprócz kawy, której zapach dominuje w tym peelingu, mamy tu także olej z pestek winogron, z orzeszków makadamia, arganowy, z awokado, oliwę z oliwek oraz masło shea) oraz dogłębne złuszczenie, wygładzenie i nawilżenie skóry całego ciała. Nie trzeba już po nim używać balsamu, bowiem pozostawia na skórze lekko tłusty, nawilżający i odżywczy film. 


VG Professional - Foundation Studio Fix (20 g) 
Puder mineralny w kompakcie w odcieniu 101 okazał się dla mnie zdecydowanie za ciemny, więc na razie nie jestem w stanie go używać - poczekam jeszcze do wiosny/lata, a potem ewentualnie dam Wam znać, czy się sprawdził. Na razie nałożony na twarz tworzy nieprzyjemny wizualny efekt maski, więc stwierdziłam, że nie będę się ośmieszać ani nikogo straszyć. Na razie zostawiam bez opinii.



***
Pudełko listopadowe oceniam bardzo dobrze. Pierwsze wrażenie, czyli zachwyt, w zasadzie trwa do dziś; jestem ogromnie zadowolona z możliwości przetestowania tak ciekawych i unikatowych na naszym polskim rynku kosmetyków. Moim ulubieńcem jest maska hiszpańskiej marki Unani, ponieważ cudownie nawilża i koi moją skórę, poza tym bardzo przyjemnie używa mi się mleczka Naobay (choć kremik nawilżający z poprzedniej edycji to była po prostu petarda!) i żelu polskiej marki Flos-Lek. Scrub kawowy był ciekawym produktem, ale trochę drażnił ze względów (nie)estetycznych. :) Generalnie, rewelacyjne jest to, iż dzięki Liferii miałam okazję poznać wiele nowych produktów oraz marek - szczególnie zainteresowała mnie oferta hiszpańskich marek Naobay i Unani oraz ukraiński Mr.Scrubber - te produkty pasują zarówno do mojego rodzaju skóry, jak i sposobu jej pielęgnacji. Uważam, iż drugie pudełko było jeszcze lepsze od pierwszego, ponieważ jest w nim mniej kosmetyków kolorowych (a te zazwyczaj w tego typu pudełkach mają nieodpowiednie dla nas kolory), a ponadto mamy w nim praktycznie same produkty pełnowymiarowe, które wystarczą na bardzo długo.

Aktualnie w sprzedaży znajdziecie pudełko grudniowe, a w nim m.in. takie rarytasy, 
jak żel aloesowy i maska w płachcie marki Mizon! Możecie je nabyć TUTAJ.

LIFERIA.PL

Dajcie znać, czy już się skusiłyście i który kosmetyk najbardziej Wam się spodobał, xo

środa, 11 stycznia 2017

DKNY Be Delicious - czy tak pachnie Nowy Jork?

Woda perfumowana DKNY Be Delicious to jedna z moich ukochanych od lat. W zasadzie tuż po premierze w 2004 roku i obejrzeniu reklam wiedziałam, że to będzie TEN zapach, że po prostu muszę go mieć. Pamiętam, jak udałam się wówczas z mamą do perfumerii po swój pierwszy egzemplarz. Był grudzień, gorączka przedświątecznych zakupów, a perfumy o pojemności 50 ml można było kupić w zestawie z antyperspirantem lub z balsamem do ciała. Ja na prezent gwiazdkowy dostałam wtedy wodę perfumowaną plus dezodorant w sztyfcie, oba zapakowane w urocze firmowe pudełko, w których do dziś trzymam zapasowe żarówki ;) Tak czy inaczej, pamiętam, że zarówno woda, jak i dezodorant pachniały przepięknie oraz były niesamowicie wydajne (sztyft służył mi chyba z rok, potem próbowałam go szukać w perfumeriach, ale niestety na próżno). Dzisiaj skończyłam właśnie kolejny flakon tych perfum i jakoś tak smutno mi się z nimi żegnać. Aby umilić sobie rozstanie i jeszcze długo pamiętać ten zapach, postanowiłam poświęcić mu osobny wpis...


DKNY Be Delicious, co widać na załączonym obrazku, to zapach - symbol Nowego Jorku, czyli jabłko. Jak głosi slogan, ta woda to 100% czystego NY. Sam flakon-jabłuszko prezentuje się niezwykle stylowo, młodzieńczo i nowocześnie; takie połączenie szkła i metalu może być kojarzone z typowo nowojorskim budownictwem (mi osobiście przywołuje na myśl wieżowce oraz apartamenty loftowe, które uwielbiam). Podobnie jak owoc, który przypomina, flakon tych perfum idealnie mieści się w dłoniach i trzeba tylko uważać, aby się nie pomylić i zwyczajnie nie próbować go schrupać ;) 

Wnętrze flakonu skrywa wodę o nietuzinkowym owocowo-kwiatowym zapachu. Z początku uderzy nas aromat grejpfruta, magnolii, ogórka (nuty głowy) i zielonego jabłka, który jest niesamowicie orzeźwiający i świeży. Z czasem jednak Be Delicious pięknie się rozwija i wzbogaca o nuty kwiatowe (nutami serca są m.in. tuberoza, róża, konwalia i fiołek, ale ja na szczęście ich tutaj prawie nie czuję), by wreszcie uwolnić nuty bazy, takie jak biała ambra i drewno sandałowe, dzięki którym perfumy DKNY Be Delicious zyskują zmysłową i apetyczną intensywność. Jest to własnie taki rodzaj zapachu, który z początkowej świeżości i pozornej delikatności przemienia się w mocno kobiecy, apetyczny, słodki i zmysłowy. Choć (jeszcze) nigdy w Nowym Jorku nie byłam, domyślam się, iż właśnie takimi przymiotnikami można opisać zarówno te perfumy, jak i miasto: świeże, dynamiczne, nowoczesne, energetyczne, intensywne, apetyczne, zmysłowe, uwodzicielskie, nietuzinkowe. Jeśli poczytacie opinie na temat tych perfum na stronach perfumerii Douglas czy Sephora, to pomyślicie, że jest to zapach "dziewczęcy, lekki, wiosenno-letni, etc." Ja nie do końca się z tym zgadzam. Te perfumy są takie przede wszystkim na początku, tuż po aplikacji, natomiast pod koniec dnia rozwijają się w bardzo ciekawą, jednocześnie słodką, owocową, kwiatową i uwodzicielską woń. 


Dla mnie DKNY Be Delicious to zapach niezwykły, pysznie owocowy i słodki, a przy tym baaaardzo zmysłowy, intensywny i trwały (oczywiście pod warunkiem, że kupicie oryginalną wodę perfumowaną, a nie podróbkę z Allegro!). Ja swój 30 ml flakon miałam już dobrych parę lat - spryskiwałam się wodą co prawda okazjonalnie, ale wystarczyła dosłownie kropelka, by cieszyć się wonią słodkiego NY aż do wieczora! :-)

Dzisiaj rozstaję się z moim zielonym jabłuszkiem. Być może na wiosnę wrócę do wersji różowej (Fresh Blossom), która jest zdecydowanie lżejsza i bardziej kwiatowa. Na razie jednak czuję, iż potrzebuję odmiany i czegoś bardziej waniliowego oraz otulającego na zimę. Niemniej, zapach ten zdecydowanie Wam polecam i zapewne za jakiś czas sama do niego powrócę (no, chyba że już się kompletnie zestarzeję!)... Znacie? Lubicie? xo

PS. Przypominam o ROZDANIU!!!

ROZDANIE

niedziela, 8 stycznia 2017

THE BEST OF 2016: Kosmetyczni ulubieńcy 2016 roku

Rok 2016 był dla mnie bardzo ciekawy pod względem spotkań i nowych współprac. Spełniło się kilka moich kosmetycznych (i nie tylko) marzeń, m.in. wreszcie miałam okazję poznać marki takie jak Urban Decay, Bath&Body Works, Sesderma, Obagi, Mincer Pharma, Indigo, Nuxe czy The Body Shop. Spełniło się również moje postanowienie o spróbowaniu kawy w Starbuck'sie, jednak dzisiejszy wpis będzie traktował wyłącznie o moich ulubionych kosmetykach i zapachach minionego roku. Zapraszam na mój subiektywny ranking...


PIELĘGNACJA TWARZY

Jak widać na załączonym obrazku, w 2016 odkryłam sporo perełek kosmetycznych do pielęgnacji twarzy. Moja facjata była chroniona najlepszymi dermokosmetykami już w lecie, dzięki czemu jesienią było przy niej nieco mniej roboty: Obagi Sun Shield z SPF50 stosowany wraz z genialnym serum Repaskin Mender marki Sesderma zapewniły mojej skórze najlepszą ochronę nie tylko na urlopie w Grecji, ale i zapobiegły jednej wielkiej hiperpigmentacyjnej katastrofie, która zwykle wcześniej miała miejsce jesienią. A propos jesieni, nie obyło się bez kuracji kosmetykami z moją ulubioną witaminą C: w tym roku z ogromną przyjemnością stosowałam złuszczającą domową mikrodermabrazję i krem pod oczy Mincer Pharma, a poza tym serum oraz krem nawilżający do twarzy z linii C-VIT marki Sesderma. Ponadto, odkryłam cztery fantastyczne maseczki do twarzy: oczyszczającą Himalayan Charcoal The Body Shop, odmładzającą Organic Ocean, nawilżającą Nuxe oraz Unani (która pochodzi z najlepszego boxa kosmetycznego 2016 roku, czyli Liferia).


Ponadto, najlepszym płynem micelarnym do codziennego demakijażu okazał się micel tołpa:dermo face, a jeśli chodzi o akcesoria, to gąbka Konjac Sponge do mycia i masażu twarzy marki Yasumi - jak dotąd miałam już 3, ale w 2016 odkryłam wersję charcoal (z węglem), którą polecam zwłaszcza osobom młodym i/lub borykającym się z problemem trądziku lub niedoskonałości. w 2017 chciałabym wypróbować wersję z likopenem, przeznaczoną dla osób walczących z przebarwieniami.



WŁOSY

Zacznijmy od tego, że w zeszłym roku wreszcie udało mi się zapuścić włosy, rozjaśnić je i, co się z tym wszystkim wiąże, bardziej o nie dbać. Oprócz szamponu, nie wyobrażam sobie teraz pielęgnacji włosów bez odżywki oraz maski, stosowanej po dokładnym oczyszczeniu włosów Szamponem głęboko oczyszczającym marki Pilomax. Co prawda, stosowałam ten szampon tylko raz lub dwa razy w tygodniu od wiosny 2016 i jak dotąd, nie zamieszczałam jego recenzji na blogu, niemniej uważam, iż jest genialny. Nie tylko bardzo dobrze oczyszcza włosy z brudu, tłuszczu, resztek produktów do stylizacji itp., ale ma też miłą, kremową konsystencję, ładny zapach, i nie plącze włosów. 


Po tym szamponie zazwyczaj nakładam na włosy jakąś dobrą maskę - moim największym odkryciem i nr 1 była zdecydowanie Lniana maska Sylveco, ale uwaga: stosowana PRZED MYCIEM WŁOSÓW (jeśli chcecie wiedzieć więcej, klikajcie tutaj). 


Ponadto, moje włosy wiosną wyglądały świetnie po szamponie i odżywce tołpa: green. odbudowanatomiast jesienią, po drastycznej zmianie koloru (z brązu na blond), doskonale zrobiła im kuracja kosmetykami Jantar od Farmony. Z czystym sumieniem Wam te kosmetyki polecam, a najlepiej w duecie szampon + odżywka! 



CIAŁO

Kosmetyków do ciała zużywa się chyba najwięcej, więc ulubieńców też było sporo. Do mycia ciała, najlepiej zapamiętałam dwa produkty, które trafiły mi się w wiosennej edycji pudełka Joybox: gruboziarnisty peeling kawowy Perfecta oraz naturalny i niezwykle delikatny żel do mycia ciała i włosów 2w1 BioIQ. Ponadto, moim ulubionym złuszczającym kremem pod prysznic był tołpa: specialist - nigdy bym nie przypuszczała, że pokocham tak delikatnego zdzieraka! Jeśli zaś chodzi o zwykły (tzn. nie złuszczający) żel pod prysznic, to najlepszy był Dove oraz The Body Shop Pinita Colada - w 2017 muszę koniecznie dorwać inne wersje zapachowe, np. brzoskwiniową lub malinową! :)



Jeśli natomiast chodzi o smarowidła, bardzo miło wspominam pięknie pachnące lawendą i wanilią masło do ciała marki Absolute Care, które właśnie kończę (-> smutek!) oraz balsam i krem do rąk z masłem shea (kocham masło shea!) z Organic Ocean. Te trzy kosmetyki pochodzą ze sklepu esentire.pl, do którego z pewnością jeszcze kiedyś zajrzę...


MAKIJAŻ

Niestety, nie było zbyt wielu odkryć w dziedzinie make-up'u, niemniej moją perełką do makijażu oczu była paletka Urban Decay Naked 2 Basics, którą odkryłam już na początku 2016 roku. Genialnie sprawdza się do moich wrażliwych oczu - cienie są trwałe, nie osypują się, nie uczulają, a kolory są neutralne i pasują w zasadzie do wszystkiego (choć z pewnością od czasu do czasu trzeba je ożywić jeszcze jakimiś mocniejszymi odcieniami). Ponadto, latem najlepiej spisywał się u mnie Fluid matujący Bielenda, po którym cera wyglądała naturalnie i nie świeciła się nawet bez użycia pudru (!), na paznokciach najczęściej nosiłam lakiery marki Indigo z serii The Nudes (plus olejek do skórek, bazę i top coat, które też są świetne), natomiast na ustach najbardziej komfortowo czułam się w pomadce Golden Rose Sheer Shine Stylo Lipstick (w kolorze 10), która nie przesusza ust i ma SPF25. Wszystkie 3 ostatnie pozycje odkryłam na konferencji Meet Beauty w kwietniu 2016. Mam nadzieję, że w 2017 roku będzie jeszcze lepiej i ciekawiej!


ZAPACHY

Jeśli miałabym wybrać tylko jedne perfumy i jedną świecę, które odkryłam w 2016, to z pewnością wskazałabym Lancome La Vie Est Belle oraz Kringle Candle Gold & Cashmere. Jeśli chodzi o świecę, to odkryłam ją dopiero w grudniu (pisałam o niej tutaj), natomiast perfumy - na razie tylko w miniaturze - dostałam jako prezent do zakupów w perfumerii Douglas (douglas.pl). Zapach La Vie Est Belle to świeża, pobudzająca i jednocześnie trochę słodka mieszanka kwiatowo-orientalnych nut (m.in. magnolii, irysa, paczuli). Jestem pewna, że w przyszłości skuszę się na jego pełną wersję; na szczęście, zapach jest bardzo trwały i ta miniaturka będzie mi uprzyjemniać jeszcze parę miesięcy 2017 roku... :)


Jeśli jednak mam być szczera, to rok 2016 był rokiem wielu wspaniałych zapachów i świec; nie sposób nie wspomnieć również o Pain Au Raisin od Yankee Candle, Seaside Citrus marki Bath & Body Works czy też Cappuccino z Polskich Świec. Bardzo miło wspominam je wszystkie i mam nadzieję, że w 2017 będę miała okazję poznać ich jeszcze więcej... xo


Znacie moich ulubieńców? A jakie kosmetyki 
skradły Wasze serca w 2016 roku?

czwartek, 5 stycznia 2017

Co mnie kręci i podnieca, czyli zimowy przegląd nowości kosmetycznych

Poza całym ogromem kosmetycznych dobroci, które na początku grudnia przywiozłam ze spotkania Beauty by Bloggers, ostatnio przygarnęłam również kilka ciekawych kosmetyków do pielęgnacji oraz makijażu, i jaram się nimi jak małe dziecko w sklepie z zabawkami (tudzież facet w salonie Ferrari). Oczywiście, minimalizm minimalizmem, porządki przed końcem roku musiałam w domu zrobić i powyrzucać wszystko to, co zbędne, kiepskie czy popsute. Co prawda, na razie postanowiłam nie robić już projektów denko, gdyż staram się oczyszczać dom ze śmieci na bieżąco (wyjątki będę robić tylko dla zużytych ulubieńców), a zalegające pod toaletką puste plastiki, słoiki i inne baboki zaczęły mnie już troszeczkę wkurzać (i straszyć po nocach ;). Tak czy inaczej, istotą moich porządków jest fakt, iż zrobiłam miejsce na nowe rzeczy i w związku z tym dzisiaj pragnę się z Wami podzielić tym, co wpadło w moje ręce w grudniu oraz tuż po Nowym Roku. Zapraszam na elfikowy noworoczny przegląd nowości!



Zacznijmy od tego, że pewnego grudniowego poranka kurier przyniósł mi prezent oraz życzenia świąteczne od marki MINCER PHARMA. Kompletnie się tego nie spodziewałam! W pudełku znalazła się maseczka rozświetlająca (uwielbiam maski!) oraz uroczy i bardzo przydatny gadżet (zdjęcie gdzieś mi zaginęło, ale może któraś z Was widziała zajawkę na Instastory...?). Kosmetyki marki miałam okazję testować jesienią i zimą tego roku (w zasadzie nadal zużywam resztki ;) i sprawdziły się bardzo dobrze, więc maseczka na pewno też się przyda. Oczywiście, za jakiś czas podzielę się moimi wrażeniami na jej temat... ale na razie musi trochę poczekać na swoją kolej w zapasach ;)



Dwie naturalne pasty peelingujące do ciała ORGANIC SHOP wpadły w moje posiadanie w grudniu. Pierwszą, z bambusem i solą morską, wyhaczyłam na wyprzedaży w pewnym sklepie online, natomiast drugą (z oliwą, glinką i solą) dostałam w prezencie od Marioli z bloga Praktycznie Kosmetycznie. Kochana, bardzo serdecznie Ci dziękuję za Twój prezent! Jestem tych kosmetyków bardzo ciekawa i już się nie mogę doczekać testowania! :)


Za marką ZIAJA co prawda nie przepadam, niemniej zestaw kosmetyków do ciała z serii masło kakaowe dostałam jako dodatek do mojego ulubionego Martini Bianco w Święta (nie to, żebym przedkładała alkohol nad kosmetyki!). W skład zestawu wchodzi mydło pod prysznic, mleczko do ciała oraz krem do rąk. Na razie będę się smarować właśnie tym kremem do rąk, natomiast żel pod prysznic i balsam będą musiały poczekać, aż zużyję wszystko, co stoi otwarte w łazience. Minimalizm rulez!


Na temat CATRICE HD Liquid Coverage Foundation w internecie krążą już legendy. A to, że ten podkład jest wprost genialny, a to że nigdzie nie można go dostać, a to że jak już pojawia się na Allegro, to osiąga dwukrotnie wyższą cenę itd. itp. Ja swój egzemplarz w najjaśniejszym odcieniu 010 Light Beige dorwałam w outlecie kosmetycznym LABOO za 28 zł. Jak dotąd, użyłam go zaledwie dwa razy, ale nie jestem pewna, czy pokocham go równie mocno, jak mój drogeryjny hicior Bourjois Healthy Mix. Na zimę wolałabym chyba jednak podkład bardziej nawilżający zamiast matującego, ale na dniach będę zmieniać krem do twarzy, więc może z nowym ten podkład lepiej się dogada...? Tak czy inaczej, pożyjemy, zobaczymy... ale na pewno dam znać, co o nim myślę! :)


Rozochocona krzepiącym smakiem (i %) galicyjskiego grzańca, wypitego na krakowskim rynku dzień przed Sylwestrem, wpadłam z kumpelą do pobliskiego sklepu ZARA i zakupiłam tam swoją pierwszą wodę toaletową tej marki. Zapach, jaki wpadł w moje łapki, czyli Twilight Mauve, kosztował jedynie 29,90 zł za 30 ml (uwielbiam takie małe pojemności zwłaszcza do wypróbowania zapachu, a poza tym większe szybko mi się nudzą). Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że nie są to perfumy z prawdziwego zdarzenia, a tylko lekka woda toaletowa do odświeżania na co dzień, niemniej pachnie tak ślicznie owocami i kwiatami, że za taką cenę jestem w stanie wybaczyć jej słabszą trwałość.  



W AVON nie zamawiałam już całe wieki, mimo iż nadal mam tam konto konsultantki. Wyjątek robię na upominki gwiazdkowe dla rodziny i krewnych i w tym roku zamówiłam całe 6 kilogramowe (!) pudło pachnidełek i gadżetów, zaś dla siebie zostawiłam jedynie szczotkę do włosów Advance Techniques z włosia sztucznego i naturalnego oraz tusz do rzęs Infinitize w kolorze Black. Tych produktów używam już jakieś 2 czy 3 tygodnie i jestem z nich bardzo zadowolona. Szczotkę widziałam na jakimś blogu (chyba Odcienie Nude???) i faktycznie jest lepsza od Tangle Teezer'a, który zaczął mnie już denerwować. Co do tuszy, to uwielbiam mascary marki Avon - uważam, iż są zazwyczaj świetne, nie sklejają rzęs, dodają im objętości i nie kruszą się. Moim faworytem jest oczywiście mascara SuperShock Max, do której na pewno jeszcze powrócę, ale na razie byłam ciekawa tej dużej podkręcającej szczoty Infinitize - lubię takie grube szczoteczki, gdyż rzęsy mam raczej długie, potrzebujące przede wszystkim pogrubienia.


Jeśli chodzi o pędzle z mojej wishlisty, to skorzystałam z wyprzedaży w sklepie GLAM-SHOP, gdzie za niecałe 70 zł plus kw wrzuciłam do koszyka aż 5 sztuk pędzli (głównie do makijażu oczu): SS6, SS7, SS8, O19 i T11 do konturowaniaBędąc na targach w Gdańsku 2015, kupiłam 2 sztuki pędzli do twarzy oraz gąbkę Glamsponge bezpośrednio od Hani i do dziś jestem zachwycona zarówno ich miękkością, jak i jakością wykonania. Stwierdziłam, że na razie nie muszę kupować droższych pędzli - jeżeli te nowe Glam Brush'ki również zdadzą egzamin na piątkę i pomogą mi trochę podszlifować blendowanie oraz generalnie nakładanie cieni do powiek (a mam z tym jednak nadal problemy :/), to będę w siódmym niebie i może dopiero za jakiś czas zainwestuję w coś z jeszcze wyższej półki...


No i na koniec, w tym tygodniu wreszcie wlazłam do perfumerii SEPHORA (moja biała karta nadal leży w portfelu i się śmieje ;) i skusiłam się na promocję -45% na limitowaną paletkę 16 cieni The Graceful. Of course, na mojej wishliście nadal króluje Zoeva, a po głowie chodzi mi jeszcze kolejna paletka Urban Decay Basics, niemniej mam nadzieję, że ta też okaże się całkiem spoko, bo na razie czytałam kilka pozytywnych opinii na jej temat. Opakowanie i kolory prezentują się bardzo sympatycznie - mamy tu miks cieni matowych i połyskujących, ale jak przetestuję, to dopiero dam znać, co i jak...



Wpadło Wam coś w oko? xo
PS. Jeśli i Ty chcesz przygarnąć fajne nowości, 
koniecznie weź udział w moim rozdaniu! :-)

ROZDANIE U ELFIE